O teoretycznej wyższości monarchii nad demokracją i praktyce, która nie chce jej potwierdzać

Hans Hermann-Hoppe, profesor ekonomii na Uniwersytecie Nevady w Las Vegas, jest znany jako autor teorii, zgodnie z którą (między innymi) państwa o monarchicznej formie rządów są ze swej istoty ekonomicznie i etycznie lepsze od państw demokratycznych. Według Hoppego, jest to spowodowane przede wszystkim tym, że mając w perspektywie władzę teoretycznie dożywotnią, a często i dziedziczną, monarcha będzie kierował się w swoich działaniach bardziej „długofalowymi” celami, dążąc do utrzymania, a nawet zwiększania bogactwa kraju, którym rządzi:
„Zarówno królowie i prezydenci będą produkować „zła”, choć król, z powodu, że jest „właścicielem” monopolu, który może sprzedać czy przekazać potomnym, będzie raczej troszczył się o reperkusje swoich działań w ważkich kwestiach. Jako właściciel całego pakietu akcji do „swojego” terytorium, król będzie porównywalnie bardziej zorientowany w przyszłość. W celu zachowania, czy zwiększenia wartości swojej własności, będzie ją eksploatował niezbyt mocno, z pewnym wyrachowaniem. Dla kontrastu, tymczasowy i wymienialny demokratyczny zarządca nie jest właścicielem kraju, ale jak długo pozostaje na urzędzie, ma zezwolenie na wykorzystywanie tego faktu na swoją korzyść. Nie posiada akcji, ale jest prezesem zarządu. To nie eliminuje wyzysku, ale sprawia, że wyzysk jest nastawiony na czas teraźniejszy i niezbyt wyrachowany, to jest działania nie biorą pod uwagę wartości akcji”. (Cytat stąd).
„Król był właścicielem jakiegoś terytorium i mógł je przekazać synowi, dlatego starał się zachować jego wartość. Władca demokratyczny był i jest tymczasowym dzierżawcą, próbuje więc maksymalizować bieżące przychody rządu z rozmaitych źródeł kosztem wartości kapitału, tym samym marnując go”. (Cytat stąd).
Ten sam mechanizm zdaniem Hoppego działa też w przypadku wojen:
„Z powodu tego, że koszty własnej agresji królowie i prezydenci mogą (za pośrednictwem podatków) przerzucać na innych, będą bardziej niż „normalnie” agresywni i skłonni do wojen. Jednakże motywacja króla do wszczęcia wojny jest typowo oparta na konflikcie o posiadanie/dziedziczenie. Cel jego wojny jest materialny i terytorialny: objęcie kontroli nad jakimś kawałkiem terenu i jego mieszkańcami. I aby osiągnąć ten cel, jest w jego interesie rozróżniać pomiędzy wojownikami (wrogami i celami ataku) a cywilami i ich własnością (aby nie została wciągnięci w wojnę i zniszczeni). Demokracja przemieniła ograniczone wojny królów w wojny totalne. Motywy wojny stały się ideologiczne – demokracja, wolność, cywilizacja, ludzkość”. (Cytat stąd).
Ponadto, wg Hoppego, demokratyczna forma rządów – w odróżnieniu od monarchicznej – sprzyja dostawaniu się do władzy jednostek niemoralnych:
„Królowie, którzy otrzymują swoje stanowisko poprzez urodzenie, mogą być nieszkodliwymi dyletantami albo przyzwoitymi ludźmi. (Jeśli trafi się „szaleniec”, zostanie szybko ograniczony, albo, jeśli zajdzie potrzeba, zabity, przez tych krewnych, którym zależy na własności dynastii). Zupełnie przeciwnie, wybór rządowych władców w powszechnych wyborach sprawia, że jest praktycznie niemożliwym, aby nieszkodliwa czy przyzwoita osoba kiedykolwiek dotarła na szczyty. Prezydenci i premierzy docierają na swoje pozycje z powodu swojej efektywności w roli moralnie nieograniczonych demagogów. W ten sposób demokracja zapewnia, że tylko niebezpieczni ludzie dotrą do szczytów rządu”. (Cytat stąd).
Teoria ta, przedstawiona w szczegółach w książce Demokracja, bóg, który zawiódł,wydaje się sensowna i logiczna. Hoppe przytacza też historyczne fakty, które mają świadczyć o jej słuszności:
„W trakcie trwania epoki monarchicznej, w okresie przed I Wojną Światową, wydatki rządowe, rozumiane jako procent PKB, rzadko przekraczały 5%. Od tamtego czasu wzrosły one średnio do 50%. Przed I Wojną Światową rządy zatrudniały zwykle mniej niż 3% pracującej populacji. Od tamtej pory odsetek ten wzrósł do poziomu 15 – 20%. Era monarchiczna wiązała się z pieniądzem kruszcowym (złotem), którego siła nabywcza stopniowo rosła. Dla odmiany, era demokratyczna jest erą pieniądza papierowego, którego siła nabywcza nieustannie maleje.
Królowie stale pogrążali się w długach, jednak podczas okresów pokoju zwykle je spłacali. W czasach demokracji długi rządów, zarówno podczas wojny, jak i pokoju, wzrosły do niewiarygodnych rozmiarów. Faktyczna stopa oprocentowania w epoce rządów monarchii stopniowo spadała do wartości równej w przybliżeniu 2%. Od tej pory realne stopy oprocentowania (wartości nominalne z uwzględnieniem inflacji) wzrosły do poziomu 5% – równego wartościom XV-wiecznym. Legislacja praktycznie nie istniała aż do końca XIX wieku. Dzisiaj, w ciągu pojedynczego roku ustanawia się dziesiątki tysięcy ustaw i regulacji. Poziom oszczędności, zamiast rosnąć wraz ze wzrostem dochodów, maleje, a wskaźniki rozpadu rodziny i przestępczości stale pną się do góry”
. (Cytat stąd).
Jednak teoria Hoppego wydaje się załamywać w przypadku większości dzisiejszych i XX-wiecznych dyktatur. Okazuje się bowiem, że większość wpółczesnych państw rządzonych niedemokratycznie, przez autokratycznych władców, których można porównać z niegdysiejszymi monarchami, charakteryzuje się wysokim poziomem ingerencji państwa w gospodarkę, niskim stopniem wolności gospodarczej (a przeważnie i wolności w innych obszarach życia) oraz dużą agresją. Są to też na ogół kraje zaliczające się do biednych, z kilkoma wyjątkami reprezentującymi państwa dysponujące dużymi bogactwami naturalnymi, głównie ropą naftową.
Aby nie być gołosłownym: w tegorocznym Indeksie Wolności Ekonomicznej sporządzonym przez Heritage Foundation (biorącym pod uwagę takie czynniki, jak wolnosć prowadzenia biznesu, wolność handlu, wolność od interwencji w pieniądz, wolność od podatków, wolność rynku pracy, wolność inwestowania, wolność rynku finansowego, wolność od korupcji, poszanowanie praw własności, stopień wydatków rządu) na 20 państw o najmniejszej wolności jest 10 ewidentnych dyktatur (Korea Północna, Kuba, Libia, Birma, Kongo-Brazzaville, Angola, Czad, Syria, Laos, Wietnam), 4 państwa z silnymi cechami dyktatury (Zimbabwe, Iran, Białoruś, Togo) i 3 kraje, które niedawno przestały być (przynajmniej formalnie – wybory) dyktaturami (Turkmenistan, Gwinea-Bissau, Sierra Leone). Trzy ostatnie miejsca okupują kraje, gdzie dyktatorzy rządzą bardzo długo (Korea Północna, Kuba i Libia). Trzy państwa (Korea Północna, Syria i Togo) to państwa, gdzie doszło do odziedziczenia władzy.
Dla odmiany, w pierwszej dwudziestce Indeksu, wśród państw pozwalających na największą wolność gospodarczą, nie ma ani jednej dyktatury, pomijając stanowiący część Chin Hongkong, który jednak swoją pozycję osiągnął będąc kolonią państwa jak najbardziej demokratycznego – Wielkiej Brytanii. Ale nie jest to dowód na dobrodziejstwa braku demokracji w Chinach, bo kraj ten w rankingu zajmuje dopiero 119 miejsce.
Przewagi współczesnych dyktatur nad demokracjami nie pokazują też inne rankingi, takie jak Fraser Institute (wolność gospodarcza), Transparency International (korupcja) czy Freedom House (prawa jednostki i autonomia osobista, wolność sumienia i wyznania, wolność prasy). Również statystyki pokazujące np. dochód narodowy na głowę w danym kraju (np. autorstwa Banku Światowego) nie wskazują, aby dyktatury były pod tym względem lepsze.
No i największymi mordercami ludności cywilnej w XX wieku były państwa rządzone po dyktatorsku: Chiny Ludowe, ZSRR, III Rzesza, Chiny Czang-Kai-Szeka, cesarska Japonia w latach 1936-1945, Kambodża Pol Pota i Imperium Osmańskie za rządów „młodoturków”.
Jaki jest powód tego, że teoria Hoppego w tym przypadku wydaje się nie sprawdzać?
Przyznaję, że nie mam na to jednoznacznej odpowiedzi. Mam kilka hipotez:
1) Istotnym czynnikiem jest możliwość sprzedania całości lub części posiadanego kapitału (w tym przypadku terytorium, nad którym się panuje). Ponieważ we współczesnym świecie nie jest to akceptowane przez prawo i praktykę międzynarodową, władcy-dyktatorzy nie biorą tego pod uwagę, co zmniejsza ich dbałość o to, by nie eksploatować nadmiernie kraju, którym rządzą.
2) Władcom nie opłaca się podnosić wartości kraju, którym rządzą powyżej pewnej granicy, bo musiałoby to być koniecznie związane z tym, że spadną ich osobiste zyski. Być może istnieje zależność powodująca, że np. dwukrotne zwiększenie bogactwa kraju wskutek odpowiedniej polityki władcy skutkuje z konieczności tym, że on sam w tym bogactwie będzie miał trzykrotnie mniejszy udział. Czy Fidel Castro, którego majątek szacowany jest na 900 milionów dolarów, byłby w stanie go zgromadzić prowadząc taką politykę, która poprawiłaby dobrobyt na Kubie?
3) Władcom nie opłaca się podnosić wartości kraju, którym rządzą, bo osłabiliby swoją władzę. Łatwiej rządzić biednymi masami, niż społeczeństwem z silną niezależną klasą średnią.
4) Monarcha czy dyktator nigdy nie rządzi sam. Musi opierać się na aparacie władzy, który ma własne interesy. Członkowie tego aparatu są tak samo w sytuacji „zarządców” jak politycy i biurokraci w demokracji i zachowują się tak samo, dążąc do maksymalizacji swojej władzy i będąc w swej masie nakierowani na krótkoterminowe zyski. Etatyzacja jest procesem żywiołowym, którego autokrata, tak samo jak rząd demokratyczny, zasadniczo nie kontroluje. Różnica pomiędzy stopniem etatyzmu w „erze demokracji” i „erze monarchii” nie wynika ze zmiany formy rządów, ale jest wynikiem ciągłego, postępującego procesu mającego w rzeczywistości inne źródła. Zastąpienie monarchii demokracjami było (nieskutecznym co do swoich celów) rezultatem oporu przeciwko temu procesowi (pośrednio Hoppe też to zauważa: „To właśnie wygórowane koszty sprawiedliwości oraz wykoślawianie przez króla – postawionego w roli monopolistycznego sędziego i rozjemcy – prastarych praw, uruchomiło w przeszłości opozycję przeciwko monarchii”). Ta hipoteza opiera się na nie-Marksowskim materializmie historycznym prof. Leszka Nowaka.
Jest jeszcze hipoteza 5), której jednak osobiście nie przyjmuję, bo jest dla mnie bzdurna. Hipoteza ta mówi, że współczesne dyktatury, zwłaszcza te komunistyczne, są w rzeczywistości przejawami demokracji. Sam Hoppe wyraża pogląd (moim zdaniem w oczywisty sposób mylny), że sowiecki socjalizm ma swoje źródło w demokracji.
Być może ktoś znajdzie lepsze wytłumaczenie?
Zapraszam do dyskusji.

27 odpowiedzi do “O teoretycznej wyższości monarchii nad demokracją i praktyce, która nie chce jej potwierdzać”

  1. Patryk Says:

    Wynika to z prostej zasady Arystotelesa który podzidzielił ustroje na dobre (monarchia, arystokracja ,politeja) i złe (dyktatura, oligharchia i demokracja)
    Pozdrawiam

  2. Patryk Says:

    Stąd też monarchia to co innego niż dyktatura!

  3. sierp Says:

    A co takiego te ustroje różni?
    Dla Hoppego decydującym czynnikiem jest stopa preferencji czasowej. Nie ma powodu, by ktoś, kto nazywa się wprawdzie nie królem, tylko wodzem, prezydentem, sekretarzem generalnym, przewodniczącym, dyktatorem itp., ale ma władzę taką jak monarcha, rządzi w nadziei rządów dożywotnich i czasami nawet przekazuje tę władzę swoim dzieciom (Haiti, Korea Pn., Syria, Togo) ma mieć inną stopę preferencji czasowej niż ktoś, kto nosi na głowie koronę.
    A skoro tak, to dlaczego nie zachowuje się zgodnie z przewidywaniami teorii Hoppego?

  4. Patryk Says:

    Nie chodzi raczej o nazewnictwo
    (chociaż może forma też jest ważna?- kto wie)
    ale o gwarantowaną dziedziczność władzy wiem nic nie jest pewne i wieczne- mimo to dziedzicznośc powoduje naturalny odruch gospodarowania, (kiedy ojciec ma działkę dba o nią mówiąc często do syna pomóż – kiedyś będzie twoje itp.)
    Ja nie upieram się przy monarchii- uważam rzeczywiście że jest ona lepsza od demokracji, a rządy aristo (RP szlachecka) albo brak organów władzy poza sądami( czasy sędziów w starożytnym Izraelu- już raczej nierealne)
    też mi się podobają a ważniejszy jest wg. mnie wolny rynek.

  5. sierp Says:

    Kim Ir Sen, Hafiz al-Assad, Francois Duvalier, Gnassingbe Eyadema rządzili do śmierci i przekazali władzę synom, jak dziedziczni monarchowie. Dlaczego więc nie wygląda na to, by mieli w stosunku do swoich krajów naturalny odruch gospodarowania?
    A może mieli? Może tak z punktu widzenia władców wygląda „dobre gospodarowanie”? W końcu inwestowali w najważniejsze źródła władzy i dochodu – armię, policję polityczną….

  6. Patryk Says:

    Ale czy byli monarchami?
    Nie.
    Król/książę a dyktator to inna sprawa, dyktator może zostać królem ale nie musi.

  7. sierp Says:

    No ale co w takim razie różniło ich od monarchów? Brak korony, berła i gronostajowego płaszcza?
    Przecież chodzi o realną władzę, a nie o pozory.
    Z punktu widzenia teorii Hoppego, byli raczej „właścicielami”, a nie „zarządcami”.

  8. Patryk Says:

    Jest jednak różnica między monarchią (ustrojem dobrym)a dyktaturą (złym).
    W Polsce był okres monarchi elekcyjnej i wybierano swojego czasu ludzi z tego samego rodu- ale nie blyli oni w tym zanczeniu monarchami o którym mówimy mimo że rzeczywiście dziedziczyli władzę.
    Jeżeli ten sam prezydent będzie wybrany przez dwie kadencje a późnej jego syn to nie jest to monarchia.

  9. emjot Says:

    1. Trzeba przyjąć definicje monarchii i demokracji.

    2. Trzeba wykazać, że tak zdefiniowane twory są trwałe, czyli monarchia w starożytności to to samo (w zakresie cech istotnych), co monarchia dziś itd. Porównujmy te same kategorie!

    3. Z takimi definicjami przejdźmy do dzisiejszych kategorii gospodarczych (np. demokracja ?= spółdzielnia) i porównajmy efektywność dzisiejszych modeli, i stosowność takiego doboru.

    4. Zastanówmy się nad efektem skali!

    Moim zdaniem kluczowa jest hipoteza 4). Monarchia to może być w wiosce lub kilkutysięcznym miasteczku. Pytanie czy w większych ‚monarchiach’ na szczeblu lokalnej władzy dominują delegaci ‚monarchy’ czy też jakieś samorządy..

  10. Patryk Says:

    Zgadzam się że im mniejsze państewko tym lepiej, ale jeżeli dla państwa o takiej powierzchni miałbym wybór monarchia czy demokracja wybrałbym monarchię.
    Żeby nie było wątpliwości: nie ma ustrojów idealnych.

  11. sierp Says:

    „Jest jednak różnica między monarchią (ustrojem dobrym)a dyktaturą (złym).”
    Na czym ona polega? Czy po prostu jeśli wladca rządzi źle, to nazywamy go dyktatorem, a jeśli dobrze, to monarchą?
    Problem polega nie na nazewnictwie, tylko na tym, dlaczego ci z dzisiejszych realnych władców, którzy rządzą dożywotnio (a więc powinni mieć niską stopę preferencji czasowej) wydają się nie zachowywać tak, jak by to wynikało z teorii Hoppego.
    „Jeżeli ten sam prezydent będzie wybrany przez dwie kadencje a późnej jego syn to nie jest to monarchia.”
    Ale jeżeli prezydent rządzi dożywotnio, a potem jego syn tak samo, albo do momentu, w którym jest zmuszony ustąpić lub ograniczyć swoją władzę, a przy tym mają realną władzę, to już jest monarchia.

  12. emjot Says:

    Dyskusja toczy się w oparach absurdu, bo jeśli przyjąć, że monarchia jest już wtedy, gdy jedna osoba rządzi do śmierci (+ następcy) to nie można wyciągnąć żadnych wniosków na temat racjonalności gospodarowania. Jeśli właściciel jest „głupi” (w sensie ekonomicznym), to straci majątek! Tu się zgodzę z p. Sierpińskim – preferencja czasowa nie zależy od stanowiska a od charakteru władcy! W tym zakresie Hoppe bredzi..

  13. sierp Says:

    Hoppe zauważył fakt, że królowie mogą być różni. Twierdzi jednak, że statystycznie władca w monarchii powinien mieć niższą stopę preferencji czasowej niż władca (polityk) w demokracji, właśnie dlatego, że w perspektywie ma dłuższe rządy i możliwość ciągnięcia zysków przez długi czas. Tak samo, jak właściciel przedsiębiorstwa. Zdarzają się właściciele niekompetentni, ale statystyczny właściciel dba lepiej o firmę niż np. statystyczny prezes mianowany przez państwo, który może być w każdej chwili odwołany.
    Więc zgodnie z teorią Hoppego można było się spodziewać jednostkowych przypadków rządów autokratycznych „gorszych” od demokracji, ale statystyczne państwo rządzone autokratycznie powinno być „lepsze”, jeśli już nie pod względem dobrobytu (bo na ten mogą wpływać różne inne czynniki), ale przynajmniej pod względem wskaźników wolności gospodarczej czy niskiej korupcji. A tymczasem tak nie jest.
    Przyszła mi na myśl jeszcze jedna hipoteza – że mechanizm wynoszenia dyktatora do władzy sprzyja ludziom przeciwkompetentnym, jeśli chodzi o prowadzenie biznesu – wierzącym w metody wojskowe, nakazowe, z którymi stykali się całe życie. Być może oni szczerze wierzą w to, że etatyzm to dobra droga do rozwoju gospodarki?
    Ich bezpośredni potomkowie też mogą w to wierzyć, bo zostali w tym duchu wychowani. Może zmieniłoby się po kilku pokoleniach?

  14. emjot Says:

    Tu jest zasadniczy błąd w rozważaniach! Niby dlaczego władca ma mieć inną preferencję czasową? Preferencja jest cechą osobniczą (charakteru), nie wynika ze stanowiska (choć zmienia się z wiekiem).

    Natomiast możliwe, że istnieje mechanizm doboru, który sprawia, że ludzie o niższej preferencji zostają monarchami. Tyle, że Hoppe niczego takiego nie pokazał, a z życia wiadomo, że to raczej ludzie o wysokiej preferencji mają skłonności ku władzy.

  15. FatBantha Says:

    A jak nazwać ustrój Watykanu?

    Największą przewagą monarchii nad demokracją jest jednak fakt, że odpowiedzialność za działania władzy skupiają się na jednostce. Spróbujcie wyciągnąć jakieś konsekwencje wobec połowy z 38 milionów ludzi… ;)

    Jeśli musi być już jakaś władza, lepiej aby była łatwa do identyfikacji i rozliczania. Dlatego też wolałbym ustrój managerski a nie kolektywny.

    O ile do myśli Hoppego o wyższości monarchii nad demokracją nie mam żadnych wątpliwości, to muszę jednak zaznaczyć, że ten nie bierze pod uwagę jednego ciekawego zjawiska. Jeśli mamy ród „wyhodowany” do pełnienia jakiejś roli – np. rządzenia, prędzej czy później znajdzie się w nim osobnik, któremu taka rola nie będzie pasowała i w tym wypadku, żadne odwołania do tradycji rodzinnej, zaszczytach, i innych takich nie pomogą.

    Zaobserwowano to w tzw. firmach rodzinnych, dziedziczonych przez kolejnych potomków – w pewnym momencie zawsze znajduje się ‚czarna owca’, której biznes nie w głowie, bo albo jakiś artysta, albo naukowiec się przytrafi i rzuca w cholerę ‚odziedziczony fach’ albo swym niezaangażowaniem doprowadza do jego upadku.

    Zrujnować królestwo to w końcu też wyjście, aby przestać być królem, nie?

    Inna sprawa, że faktycznie musi to być hodowla managerów a nie władców dla samej władzy. Wypada porównać władców europejskich, okiełznanych chrześcijaństwem z tymi azjatyckimi…

  16. sierp Says:

    FatBantha: skoro nie masz wątpliwości co do myśli Hoppego, to jak uzasadnisz fakt, że współczesne autokracje, o których mowa wyżej, nie spełniają jego przewidywań?
    Można wynajdywać najrożniejsze teoretyczne powody o wyższości jednej formy rządów nad inną, brzmiące bardzo logicznie. Tylko dlaczego praktyka wygląda tak, a nie inaczej?
    Rozdźwięk między poprawną logicznie teorią i praktyką bierze się najczęściej stąd, że teoria pomija te czynniki, które okazują się istotne. Warto byłoby ich poszukać…

  17. sierp Says:

    dostałem mailem komentarz od Fugaziego:

    „Dowody na wyższość rządów króla nad demokratycznym prezydentem należy szukać w sposobie wyboru i odwołania tegoż.
    Jak wiadomo, króla się nie wybiera.
    Jedynym uprawnionym do wyniesienia na stolec jest bóg. Nawet zakładając, że działa pod przykryciem rodziny, arystokracji czy innej wpływowej grupy bezsprzecznie jest to, że to on powołuje i odwołuje władcę.
    W dyktaturze i innej demokracji władcę wybiera wojsko, partia czy co gorsza cała tłuszcza.
    Gdyby demokrację ograniczyć dając prawa do wyboru samym mędrcom ( a jak wiemy głosują przede wszystkim głupcy) i tak nie dorównamy boskiej woli :-)
    Nawet przyjmując za błędne założenie o boskiej interwencji w wyniesienie i odwołanie króla o ileż łatwiej jest otruć, powiesić czy rozstrzelać jednego człowieka niż wszystkich odpowiedzialnych za błędy w systemie demokratycznym.
    Ostatecznie wszyscy uczestnicy wyborów a głosujący na zwycięską formację powinni w momencie blamażu faworytów poddać sie egzekucji. Tego się zrobić nie da.
    Przyjmując założenie, że większość zazwyczaj nie ma racji wynika wprost, że rację (zazwyczaj) ma mniejszość.
    Niech króla, czy jak mu tam będzie wybiera mniejszość. A najlepiej jeden.
    Z zasady i z założenia wybierze lepiej niż większość.”

    moje uwagi:
    W dyktaturze nie zawsze dyktatora ktoś „wybiera” (armia, lud itp.); bywa, że dyktator dziedziczy władzę po ojcu, jej objęcie to czysta formalność (np. Jean Claude Duvalier, Kim Dzong Il, Baszir al-Assad); bywa, że dyktator sam wywalcza sobie władzę jako przywódca armii lub zbrojnej organizacji (np. Lenin); z drugiej strony, różni historyczni królowie również zdobywali tron w boju (zwykle dotyczyło to założycieli dynastii) lub w wyniku zamachu stanu (np. wielu cesarzy rzymskich i bizantyjskich), a ideologia boskiej sankcji byla dorabiana post factum.
    Chyba, że wierzysz, że króla faktycznie powołuje Bóg, nawet jeśli wydaje się, że robią to ludzie. Wobec tego pytanie: jak odróżnić powołanie przez Boga rękami ludzi od wyboru przez ludzi (lub… powołania przez szatana)? Jak zapewnić, by władca był powoływany przez Boga?

  18. fugazi Says:

    Sierp napisał:
    „Można wynajdywać najrożniejsze teoretyczne powody o wyższości jednej formy rządów nad inną, brzmiące bardzo logicznie. Tylko dlaczego praktyka wygląda tak, a nie inaczej?”

    Sądzę, że przeceniasz wpływ formuły sprawowania władzy na rozwój państwa czy państwowości obserwowany z perspektywy dzisiejszego dnia.

    To nie jest tak, że dyktatura prowadzi do upadku a demokracja już nie koniecznie.
    Pamiętaj, że państwa budowano od dołu. To spontanicznie tworzone formy i struktury społeczne zbudowały dzisiejsze USA z jej potęgą. Związki obywateli posiadały własne prawodawstwo, własne sądy, własną władzę i formy nacisku czy egzekucji prawa. Oczywiście nie funkcjonowały w oderwaniu od aparatu państwowego.

    To lokalne struktura demokratyczne budują i tworzą dobrobyt. Centralne wyłącznie się korumpują i degenerują trwoniąc ów dobrobyt albo co gorsza wszczynają wojny w imię źle pojętego interesu jakiegoś lobby.
    Demokracja wyniosła Hitlera do władzy. Największa współczesna demokracja paliła Wietnam a dziś Irak. Historia nie zna takich przypadków ażeby z pełna rozumu król wysyłał swoich poddanych do walki pod czyimś naciskiem . Dzisiaj wszystko jest możliwe.
    Dzisiaj demokracja jest na służbie władzy tchórzy. Pozostających anonimowymi i sprawujących władzę z tylnego siedzenia bez płynących z tego tytułu konsekwencji.
    Na dodatek bez boskiego namaszczenia.

    Pozdrawiam
    Fugazi

  19. sierp Says:

    Nie twierdzę, że demokracja jest ustrojem idealnym, i że nie może doprowadzić do upadku.
    Twierdzę jedynie, że państwa o monarchicznej (autokratycznej) formie rządów nie wyglądają obecnie tak, jak to miałoby wynikać z teorii Hoppego. Mają takie same, albo i większe, wady, jak państwa demokratyczne.
    Jeśli prawdziwa jest hipoteza (4), to nie ma zasadniczej różnicy pomiędzy demokracją a monarchią.

  20. TPJ Says:

    Myślę, że nie chodzi o nazewnictwo (monarcha, dyktator), ani nawet o władzę (dyktator ma taką samą władzę, jak monarcha), tylko właśnie o to, o czym pisał HHH: o niską stopę preferencji czasowej. Kiedy się ją ma? Wtedy, kiedy jest się PEWNYM tego, iż po śmierci przekaże się swoją własność (np. państwo) potomkom.

    Dawniej monarcha mógł mieć taką pewność, bo przypadki pozbawienia władzy monarchy nie były wcale tak częste. Współczesne dyktatury nie są już tak stabilne (dziedziczność władzy), jak dawniejsze monarchie. Dyktator nie jest uważany za kogoś wyjątkowego; to człowiek jak każdy inny (jego otoczenie o tym dobrze wie…). A jak nie ma się pewności, że można przekazać władzę potomkom, to ta stopa procentowa może wzrastać…

    Nie można stawiać znaku równości pomiędzy rządami dyktatorskimi (autokracjami) a monarszymi. Zróbmy prosty eksperyment myślowy: czy wolelibyśmy żyć pod rządami współczesnych dyktatorów (do wyboru), czy XVI-wiecznego monarchy? Nie będę tutaj tego uzasadniał (za dużo by pisać), wystarczy poczytać, co o monarchiach (a nie: o dyktaturach) piszą konserwatyści (monarchiści). Nie chodzi o to, czy się z nimi ktoś zgadza, czy nie – ale o to, że MECHANIZMY działania monarchii są inne, niż mechanizmy działania dyktatury.

    A duża część tego zamieszania wynika właśnie z tego, iż – jak zauważył emjot – nie przyjęliśmy żadnych definicji monarchii i demokracji.

  21. sierp Says:

    Myślę, że niektórzy dyktatorzy (Kim Ir Sen, Francois Duvalier, Hafiz al-Assad) mogli być pewni, że po ich śmierci odziedziczą tron ich potomkowie.
    Tak samo z królem Fahdem z Arabii Saudyjskiej (85 miejsce w rankingu Heritage, dwa miejsca przed Polską, dochód na głowę mieszkańca niższy od m. in. Słowenii i Malty mimo ogromnych zasobów ropy naftowej) czy królem Sobhuzą z Suazi (wtedy monarchia absolutna, teraz za rządów jego syna niby konstytucyjna, ale bez konstytucji, jednopartyjna i z prawie dyktatorską pozycją króla, 64 miejsce w rankingu Heritage, 12 pozycji za sąsiadującą RPA).
    Dlaczego państwa te nie wyglądały i nie wyglądają tak, jakby miało to wynikać z teorii Hoppego?
    Pewnie, że wolałbym żyć pod rządami przeciętnego XIX-wiecznego monarchy niż przeciętnego współczesnego dyktatora. Ale co z tego? XIX-wieczne monarchie były lepsze – ale dlaczego?
    Teoria Hoppego wg mnie na to nie daje odpowiedzi, bo jeśli byłaby prawdziwa, to państwa wyżej wymienionych władców powinny charakteryzować się niższym stopniem etatyzacji niż demokracje.

  22. FatBantha Says:

    „Pewnie, że wolałbym żyć pod rządami przeciętnego XIX-wiecznego monarchy niż przeciętnego współczesnego dyktatora. Ale co z tego? XIX-wieczne monarchie były lepsze – ale dlaczego?”

    Dlatego, że monarchowie byli lepsi, bardziej wykwalifikowani i kompetentni. Tu już jest prosta piłka – wszystko zależy od władcy i jego umiejętności czy też wiedzy. Dlaczego Anglia, tocząca wojny w zasadzie przez całą swą historię zawsze była mocarstwem a na przykład Imperium Ottomańskie pomimo chwilowej potęgi się rozpadło? To tylko kwestia jakości ‚managerów’ i tego jakie mniemanie o sobie mają.

    Jak już wspominałem, Europa miała niezłych władców w porównaniu z Azją. Nawet jeśli nie wierzyli, że władza pochodzi od Boga i to do czegoś zobowiązuje, Kościół był wystarczająco potężny, żeby zbuntować przeciw nim tłumy, co było wystarczającym środkiem zapobiegawczym przeciw różnym wariactwom.

    Kolejna różnica między dawnymi monarchami a dzisiejszymi dyktatorami: tamci nie byli narażeni na socjalizm i jego pochodne – własność nie była kwestionowana (w sensie, że nie było żadnych pomysłów na redystrybucję, inna sprawa, że nie każdy mógł posiadać…), teraz spora część dyktatorów swoje kraje doprowadza do ruiny socjalizmem.

    Ogólnie jednoosobowe rządy są o tyle lepsze od demokracji, że w żaden sposób nie można hamować procesu podejmowania decyzji – jeśli władca podejmuje dobre decyzje, w krótkim czasie może osiągnąć tyle, ile demokratycznemu państwu z jego biurokracją zajęłoby to wieki (na skutek częstych zmian kursów w polityce przeciwnych sobie obozów, wahadłowo się wymieniających). Jeśli władca jest marny, to kraj doprowadzi do ruiny także w krótkim czasie. Ryzyko totalnej klęski przy jednej osobie jest większe, ale jeśli trafi się dobry lider, można automatycznie dużo więcej osiągnąć.

    Demokracja nie odnosi ani specjalnych sukcesów, ani nie ponosi spektakularnych katastrof.

    Najciekawsze jest pytanie, jak sprawić, by wybieranoby tylko kompetentnych na to stanowisko. Najlepiej minarchistów z przygotowaniem militarnym – taktyka+strategia.

    Król musi być wolnorynkowcem i tyle.

  23. FatBantha Says:

    Ech, jakoś tak po polskawemu mi się napisało tego posta. Spać.

  24. sierp Says:

    Z tego co piszesz wynika, iż „lepszość” monarchii w XIX wieku wynikała raczej z osobistych predyspozycji królów oraz ze szczególnych warunków w owych czasach, które obecnie nie występują – pozycja Kościoła, brak narażenia na socjalizm.
    Dzisiaj warunki są inne, więc jaka szansa na króla wolnorynkowca?
    Szansa, by dobierano władców tak jak w powieści „Aristoi” W. J. Williamsa (skomplikowany system terminowania i egzaminów, które mogli zdać jedynie rzeczywiście najlepsi – ale i tak zdarzyły się czarne owce, a sam system okazał się podatny na oszustwa!) jest niewielka.
    Przy okazji, twierdzenie, że decydujące są warunki historyczno-kulturowe i predyspozycje osobiste przeczy teorii Hoppego – dla niego monarchia jest lepsza od rządu publicznego ze swej istoty, zawsze i wszędzie. Choć ma sens – władca może mieć niską stopę preferencji czasowej, ale być na tyle niekompetentny (np. wierzyć, że wzbogaci kraj upaństwawiając gospodarkę), że ta niższa stopa może nie mieć znaczenia. Czyli model Hoppego jest zbyt uproszczony, pomija istotny czynnik.

  25. sneer Says:

    @ FatBantha
    Nie było to całkiem tak jak pan pisze – w Anglii w XIX wieku władza monarchy była już mocno ograniczona. A Imperium Ottomańskie trzymało się, z innych powodów, całkiem długo(zdolności administracyjne,zwłaszcza pierwszych, sułtanów są godne podziwu). Moim zdaniem to jest bardziej tak jak Pan Jacek napisał :

    „4) Monarcha czy dyktator nigdy nie rządzi sam. Musi opierać się na aparacie władzy, który ma własne interesy. Członkowie tego aparatu są tak samo w sytuacji “zarządców” jak politycy i biurokraci w demokracji…”

    W średniowieczu był bardzo „skostniały” podział społeczny (czy też, mówiąc marksem, klasowy) i możliwości awansu były mocno ograniczone. Właściwie to preferencja czasowa przeciętnego monarchy mogła być wyższa (i to sporo) niż preferencja czasowa przeciętnego przedstawiciela ogółu baronów, książąt czy hrabiów. Przemawia za tym fakt że zmianom dynastii, pomijając skutki ewentualnej wojny, nie towarzyszył zawsze jakiś znaczący spadek zamożności. W wielu przypadkach było wręcz przeciwnie. Oprócz tego monarchom przydarzały się zamachy, otrucia, wypadki na polowaniach, bitwy itd. – przez co mogli być nastawieni bardziej konsumpcyjnie.
    Upierałbym się za tym, że monarchia i demokracja różnią się tylko w detalach. De facto natomiast zawsze jest ktoś kto rządzi i jakaś grupa interesu która go popiera(lub nie, na czym nie jeden król się przejechał).
    Każdy system jest więc z natury oligarchiczny, a to jak się aktualnie nazywa ma znaczenie drugorzędne. Preferencję czasową należałoby więc rozpatrywać w odniesieniu do danej oligarchii a więc:

    -Średniowiecze – oligarchia(czyli arystokracja, szlachta etc.) jest jak pisałem ograniczona do pewnej grupy – awans społeczny bliski zeru. Do tego brak konkurencji na obszarze swoich włości. Stąd nastawienie raczej na długotrwały rozwój.
    Statystyczny monarcha rzeczywiście rządzi lepiej niż dzisiejszy dyktator, ale mamy np. Cesarstwo Rzymskie(Narodu Niemieckiego) gdzie władca jest wybierany przez elektorów(kilku czy kilkunastu + stojące za nimi grupy interesów) i jakaś średnia preferencji czasowej dla epoki nie jest zachwiana. Podobnie pierwsi królowie elekcyjni w I RP…No demokracja!

    -Współczesność – oligarchia w kraju rządzonym przez dyktatora wyłania się w wyniku selekcji naturalnej, stąd ciągłe walki ambitnych jednostek chcących się podłączyć do koryta ze starymi oligarchami. Dyktatorowi nie opłaca się nic z tym robić dopóki nie walczą przeciwko niemu. Słowem każdy chce jak najszybciej się obłowić i wiać z kraju na odgłos pierwszych strzałów.

    Wniosek – więcej zależy od ludzi stojących za królem/dyktatorem niż od samego władcy, który bez pospolitego ruszenia, wojska, bezpieki czy pieniędzy na kampanię wyborczą wiele nie dokona. W średniowieczu taka swoista elita miała zapewnioną przyszłość, dzisiaj z powodów czysto ekonomicznych taka sytuacja jest niemożliwa i stąd różnice w preferencji czasowej.

  26. FatBantha Says:

    sierp:

    Ech, to tylko moje mniemanie oparte na niezobowiązującej wieczornej spekulacji. Jako wciąż jeszcze amatorski apriorysta i trochę fenomenolog zajmujący się istotami rzeczy, rzadko skupiam się na tzw. kontekście społecznym tudzież historycznym, na jaki uwielbiają powoływać się zlewaczali socjolodzy, ale tutaj może on faktycznie mieć jakieś znaczenie.

    Kiedyś żaden król nie rozdawał majątku bogatych plebsowi, nawet wątpię, żeby na taki pomysł wpadł. Dzisiaj ludzkość ma do dyspozycji dodatkową opcję: szkodliwy -izm pana Karola M. W dodatku z tego co widzimy, ludziom on wyjątkowo smakuje i niemalże bez przerwy domagają się aplikacji tego syropu nieszczęścia.

    Dla króla vox populi był nieważny. Monarcha rządził dla siebie i swojej rodziny i jeśli robił to dobrze, społeczeństwo na tym korzystało. Natomiast nie robił tego (oficjalnie, bo wg. takiego Augustyna jednak tak) specjalnie dla ludu.

    Dzisiejszy dyktator bardzo często rządzi pod publiczkę, w celu zabezpieczenia władzy podejmuje decyzje popularne, ale i szkodliwe. Ilu dyktatorów dokonywało koniecznych reform i uwalniało rynek, a ilu karmiło swoich poddanych mrzonkami, jakie ci chcieli łykać?

    Jeśli chcemy rozpatrywać sytuację bez tego kontekstu, bo tak też można, to pozostaje tylko ocena rządzącego i pytanie o jego kompetencje i nic więcej.

    —————————

    sneer:

    Ogólnie ma Pan rację, natomiast jeśli chodzi o Anglię, to nie chodziło mi już o sam XIX wiek, ale o cały czas, który do niego prowadził. Wiadomo, że monarchia się powoli marginalizowała, ale jednak poza etapem cromwellowskim nie pamiętam jakiegoś wyjątkowo marnego władcy Albionu.

    A Turcy tych sułtanów to jednak sporo wyżynali (dusili, truli) i poza kilkoma „odnowicielami” rządzili średniacy albo totalne miernoty. W pewnym momencie w krótkim okresie czasu nastąpiło tam mnóstwo zmian rządzących i średnia panowania ostro spadła.

    To prawda, że istnieją różne grupy interesów, ale dobry władca potrafi je sobie podporządkowywać i ustawiać tak, by zrealizować własne cele. Czyżby dzisiejsi dyktatorzy pod tym względem najbardziej kuleją? Są nieodporni na presję otoczenia?

  27. Jacek Sierpiński “O Teoretycznej wyższości monarchii nad demokracją i praktyce, która nie chce jej potwierdzać” « Liberalis Says:

    [...] Tekst pochodzi z bloga Jacek Sierpiński [...]

Dodaj odpowiedź

Musisz się zalogować aby dodać komentarz.