Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych powraca!

Maj 23rd, 2016

Już bez żadnych wątpliwości – Ministerstwo Finansów powraca do projektu Donalda Tuska i Jacka Kapicy z 2009/2010 r., czyli pomysłu blokowania stron internetowych z nielicencjonowanym hazardem (wtedy nazywało się to Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych i upadło po silnych protestach internautów i organizacji społecznych – protestujący zwracali się m. in. do prezydenta Lecha Kaczyńskiego).
Jeszcze 25 stycznia MF oficjalnie zapewniało, że nie pracuje nad zmianami w ustawie hazardowej, a na (zaproponowaną przeze mnie) interpelację posłów Kukiz’15 w sprawie pojawiających się w przeciekach prasowych zamiarów blokowania stron odpowiedziało 12 kwietnia wymijająco. Niedawno całkiem podobny pomysł zaprezentował też, jako pomysł swego ugrupowania, wicepremier Jarosław Gowin.
Jak widać, rząd się zmienił, ale za sznurki pociągają ci sami lobbyści.

Ustawa antyterrorystyczna czy antyobywatelska?

Maj 6th, 2016

Wyobraźmy sobie, że za parę miesięcy – lub za parę lat – jakieś posunięcia rządu doprowadzają do protestów społecznych. Organizowane są demonstracje pod hasłami wycofania się rządu z tych posunięć lub jego ustąpienia. Podczas jednej, lub kilku z nich dochodzi do zamieszek – np. bójek z policją, obrzucenia jajkami jakiegoś polityka – spowodowanych przez niektórych ich uczestników, przypadkowych chuliganów lub prowokatorów. Zamieszki nie ustają po rozwiązaniu demonstracji przez przedstawiciela gminy. Kilku uczestnikom prokuratura stawia zarzut, że brali czynny udział w zbiegowisku wiedząc, że jego uczestnicy wspólnymi siłami dopuszczają się gwałtownego zamachu na osobę lub mienie (art. 254 kk).
Jako że czyn ten zagrożony jest karą pozbawienia wolności, której górna granica wynosi 3 lata, celem demonstracji było zmuszenie rządu do podjęcia określonych czynności, a weszła już w życie ustawa o działaniach antyterrorystycznych obniżająca górną granicę kary pozbawienia wolności, przy której czyn zabroniony uznawany jest za przestępstwo o charakterze terrorystycznym, do 3 lat – premier, po konsultacji z ministrem spraw wewnętrznych oraz szefem ABW, uznaje to za zdarzenie o charakterze terrorystycznym (wg definicji z ww. ustawy – sytuację, co do której istnieje podejrzenie, że powstała na skutek przestępstwa o charakterze terrorystycznym) i wprowadza w związku z tym na terenie całego kraju czwarty stopień alarmowy przewidziany przez tę ustawę. Czwarty – bo zdarzenie już wystąpiło i spowodowało zagrożenie dla porządku publicznego. Umożliwia to ministrowi spraw wewnętrznych wprowadzenie zakazu odbywania zgromadzeń publicznych w całej Polsce. A ministrowi obrony narodowej – przydzielenie oddziałów Sił Zbrojnych do pomocy policji. Też zgodnie z przepisami wprowadzonymi wspomnianą ustawą.
Osoby, co do których istnieje podejrzenie, że brały udział w demonstracji uznanej za zbiegowisko zatrzymywane są, a ich mieszkania przeszukiwane, w nocy. Prokuratorzy wnioskują o ich tymczasowe aresztowanie na okres 14 dni, ponieważ uprawdopodobnienie popełnienia przestępstwa o charakterze terrorystycznym stało się – zgodnie z nowymi, „antyterrorystycznymi” przepisami – samoistną przesłanką aresztowania.
Odbywają się kolejne – tym razem już nielegalne – publiczne protesty, z których część – tam, gdzie dochodzi do starć z policją  – uznawana jest za kolejne przestępstwa o charakterze terrorystycznym. Ponieważ ogłoszono czwarty stopień alarmowy, Komendant Główny Policji korzysta ze swego nowego uprawnienia i zarządza zastosowanie przez policję urządzeń uniemożliwiających telekomunikację, by utrudnić demonstrantom porozumiewanie się i gromadzenie. Szef ABW zmusza natomiast dostawców Internetu do zablokowania na 30 dni dostępu do Facebooka, za pośrednictwem którego protestujący się zwołują…
Taki scenariusz może stać się teoretycznie rzeczywistością. Bo aktualny projekt ustawy o działaniach antyterrorystycznych, poza nadaniem nowych uprawnień premierowi, ministrom, szefom policji i służb oraz prokuraturze, zmienia definicję przestępstwa terrorystycznego, obniżając górną granicę trwania kary pozbawienia wolności czynu za takie przestępstwo uznawanego z 5 do 3 lat. I „łapią się” tu takie czyny, jak właśnie udział w antyrządowej demonstracji, która przerodziła się w zamieszki, albo np. ujawnienie tajnej (lub nawet poufnej albo zastrzeżonej, jeśli ujawnia funkcjonariusz publiczny) informacji dotyczącej jakichś niekoniecznie uczciwych zamiarów polityków – jeśli tylko uzna się, że celem jest tu zmuszenie rządu do określonych działań lub odstąpienia od nich. Jest to wprawdzie ocena, którą można uznać za kontrowersyjną i naciąganą – tyle, że nie będzie ona należała tu – poza decyzją w sprawie tymczasowego aresztowania – do sądu, a do polityków i ich podwładnych. W efekcie ustawa mająca przeciwdziałać terroryzmowi stanie się podstawą do działań antyobywatelskich.
Można powiedzieć, że nie ma się czego obawiać, bo nie jest to celem projektodawców ani obecnego rządu. Być może. Lepiej jednak nie polegać na obietnicach dobrej woli polityków. A nawet, jak obecnie rządzący nie mają zamiaru wykorzystać uprawnień, które otrzymają, w sposób opisany powyżej, należ pamiętać, że do władzy mogą dojść inni ludzie, którzy nie będą mieli takich skrupułów.

Znowu grozi cenzurowanie Internetu

Kwiecień 24th, 2016

Po odstąpieniu na początku 2010 r., w obliczu zmasowanej krytyki, rządu Donalda Tuska od pomysłu Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych temat cenzurowania Internetu poprzez blokowanie dostępu do jego zasobów w zasadzie ucichł. Wprawdzie z Ministerstwa Finansów pojawiały się sporadyczne głosy o możliwości powrotu do idei blokowania stron z nielicencjonowanym hazardem (głównym „spiritus movens” był tu były wiceminister Jacek Kapica), nigdy nie wyszły one poza etap pomysłu. Po wyborach w 2015 r. i zmianie rządu wydawało się, że temat zostanie zamknięty na dobre, jako że Prawo i Sprawiedliwość podczas całego okresu rządów koalicji PO-PSL występowało raczej w obronie wolności Internetu i nie zgłaszało (poza pomysłem wprowadzenia obowiązkowej darmowej usługi dostępu do Internetu z zablokowanymi stronami pornograficznymi zgłaszanymi przez Solidarną Polskę, obecnego koalicjanta PiS) pomysłów jego cenzurowania.
Jednak temat wrócił. Pierwszą jego oznaką były doniesienia prasowe na początku 2016 r., że Ministerstwo Finansów pracuje nad zmianą ustawy regulującej hazard i rozważa pomysł blokowania stron internetowych z grami hazardowymi należących do nielicencjonowanych podmiotów. Doniesienia te zostały szybko zdementowane przez ministerstwo, jednak po paru miesiącach okazało się, że prace nad zmianą ustawy „hazardowej” są jednak prowadzone i faktycznie bierze się pod uwagę cenzurowanie stron z nielicencjonowanym hazardem. Wiceminister Marian Banaś pytany przez posłów sejmowej Komisji Kultury Fizycznej i Sportu stwierdził, że obecnie „brakuje instrumentów, by wprowadzić blokadę w wypadku stron na serwerach zagranicznych”, ale „dokonujemy bardzo głębokiej i pełnej analizy, aby temu przeciwdziałać”.
W międzyczasie posłowie Jakub Kulesza, Jacek Wilk, Tomasz Jaskóła, Magdalena Błeńska i Rafał Wójcikowski wnieśli do ministra finansów interpelację, której projekt przygotowałem. W interpelacji pytali o następujące rzeczy:
„Czy prawdą jest, że planowany jest przez Pana ministerstwo projekt zmian w ustawie przewidujący blokowanie stron internetowych?
A jeżeli tak, to:
1. Czy obowiązek ten będzie nałożony na dostawców Internetu, czy będzie technicznie realizowany przez państwo?
2. Czy przewiduje się w związku z tym również blokowanie połączeń VPN, sieci TOR, I2P, JAP i serwerów proxy na całym świecie, mogących służyć do obejścia takiej blokady?
3. W jaki sposób zamierza się zapewnić, że przy okazji nie będą blokowane także inne zasoby znajdujące się w tej samej domenie czy pod tym samym adresem IP, co blokowane strony?
4. Czy oszacowano koszty, jakie państwo lub dostawcy Internetu będą musieli ponieść w celu zapewnienia technicznych możliwości takiego blokowania?
5. Czy nie obawia się Pan, że stworzenie prawnego i technicznego mechanizmu pozwalającego na blokowanie stron internetowych oferujących nielicencjonowany hazard może być w łatwy sposób wykorzystane do blokowania dowolnych innych treści w Internecie, w tym niezależnych informacji i krytyki władz, jak np. w Chinach – niekoniecznie przez obecny rząd, ale przez któryś z następnych?
6. Czy jest to wykorzystanie gotowego projektu pozostałego po poprzednim rządzie i wiceministrze Jacku Kapicy?”
Odpowiedź na tę interpelację, podpisana przez sekretarza stanu Wiesława Janczyka, była bardzo ogólnikowa i sprowadzała się do sformułowania, że „podejmując inicjatywę ustawodawczą w zakresie zmiany wspomnianych regulacji, kwestie poruszone w Interpelacji nr 1880 poddam pogłębionej analizie”. Jak na razie projekt zmian w ustawie nie został opublikowany, jednak istnieje realna możliwość, że zapisy nakazujące blokadę stron z nielicencjonowanym hazardem jednak się pojawią. Zwłaszcza, że pomysł wydaje się mieć poparcie również Platformy Obywatelskiej – na wspomnianym wyżej spotkaniu z wiceministrem Banasiem poseł PO Ireneusz Raś sugerował zasłanianie takich stron „kurtynkami” i blokowanie kont bankowych osób, które próbowałyby je obchodzić.
Równocześnie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji opracowało projekt ustawy o działaniach antyterrorystycznych. Projekt ten zawiera zapis umożliwiający szefowi ABW zarządzenie zablokowania lub zażądanie od administratora systemu teleinformatycznego zablokowania dostępności określonych danych informatycznych w systemie teleinformatycznym, w celu „zapobiegania i wykrywania przestępstw o charakterze terrorystycznym oraz ścigania ich sprawców”. Wymagane jest wprawdzie późniejsze zatwierdzenie tego przez sąd, jednak takie zarządzenie obowiązywać ma już od momentu wydania.
Jako że pojęcie „systemu teleinformatycznego” nie jest zdefiniowane w tym projekcie, nie ma przeszkód w interpretowaniu tego zapisu tak, że zezwala on również na zarządzenie zablokowania dostępu do danych znajdujących się w Internecie na serwerach poza granicami Polski i zażądanie tego od przedsiębiorców telekomunikacyjnych świadczących usługi dostępu do Internetu (dostawców Internetu) lub zarządzających sieciami szkieletowymi (operatorów). Taka interpretacja zgodna jest z definicją systemu teleinformatycznego znajdującą się w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną („zespół współpracujących ze sobą urządzeń informatycznych i oprogramowania, zapewniający przetwarzanie i przechowywanie, a także wysyłanie i odbieranie danych poprzez sieci telekomunikacyjne za pomocą właściwego dla danego rodzaju sieci telekomunikacyjnego urządzenia końcowego w rozumieniu ustawy z dnia 16 lipca 2004 r. – Prawo telekomunikacyjne (Dz. U. Nr 171, poz. 1800, z późn. zm.)”) – zgodnie z tą definicją zarówno całą ogólnoświatową sieć Internet, jak i jej fragment zarządzany przez danego przedsiębiorcę telekomunikacyjnego można uznać za system teleinformatyczny.
W praktyce oznacza to, że projektowana ustawa dałaby szefowi ABW prawo do zarządzenia zablokowania dostępu do dowolnych danych znajdujących się w Internecie, czyli cenzury całego Internetu, i to z dopiero następczą kontrolą ze strony sądu. Jednocześnie obarczyłaby przedsiębiorców telekomunikacyjnych problemem technicznego rozwiązania takiej blokady (zwłaszcza, jeżeli dane, do których dostęp ma być zablokowany znajdują się w tzw. darknecie) oraz ewentualnymi kosztami, które w związku z tym musieliby ponieść.
Z jednej strony całkowite zablokowanie dostępu do wskazanych danych (również za pośrednictwem serwerów proxy, VPN, sieci TOR itd.) jest technicznie bardzo trudne, co mogłoby narażać przedsiębiorców telekomunikacyjnych na odpowiedzialność, z drugiej – obowiązek zapewnienia takiej blokady może skłaniać tych ostatnich do jak największego ograniczenia dostępu do wszelkich usług zapewniających anonimowość oraz blokowania wszystkich zasobów znajdujących się pod adresem IP, pod którym znajdują się wskazane dane. Niewykluczone, że przedsiębiorcy telekomunikacyjni zainwestują w infrastrukturę pozwalającą na bardziej wyrafinowane filtrowanie (np. blokowanie hybrydowe – jak NetClean Whitebox), co potencjalnie może okazać się bardzo niebezpieczne. Możemy skończyć jak Chińczycy za „złotą tarczą”.

Za seksting do rejestru przestępców seksualnych?

Styczeń 18th, 2016

27 stycznia w Sejmie odbędzie się pierwsze czytanie projektu ustawy o przeciwdziałaniu zagrożeniom przestępczością na tle seksualnym. Wzorem amerykańskim, sprawcy gwałtów oraz przestępstw o charakterze pedofilskim (również osoby, przeciwko którym warunkowo umorzono w takich sprawach postępowanie oraz nieletni, wobec których za takie czyny orzeczono środki wychowawcze, poprawcze lub wychowawczo-lecznicze) mają być wpisywani do specjalnego rejestru, do którego dostęp ma mieć policja, prokuratura, sądy, służby specjalne, w szczególnych przypadkach też organy administracji oraz pracodawcy i inne podmioty przed dopuszczeniem osoby do działalności związanej z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub z opieką nad nimi. Osoby znajdujące się w rejestrze nie będą mogły być dopuszczane do takiej działalności, będą musiały też zgłaszać na policji każdorazową zmianę adresu pobytu. Sprawcy zgwałceń ze szczególnym okrucieństwem na małoletnich poniżej 15 lat oraz recydywiści będą wpisywani do rejestru publicznego, do którego dostęp ma mieć każdy, a wpis do niego ma być dożywotni.
Niestety okazuje się, że katalog przestępstw mających być podstawą do wpisu do rejestru jest na tyle szeroki, że może się okazać, iż do rejestru na równi z gwałcicielami i pedofilami będą trafiać sprawcy stosunkowo mało szkodliwych czynów. A ponieważ wprowadza się sztywne kryterium powrotu do przestępstwa jako podstawę umieszczenia w rejestrze publicznym, może okazać się, że niektóre z takich osób zostaną dożywotnio publiczne napiętnowane. O jakich czynach mowa?
Art. 200 par. 3 kk przewiduje karę za rozpowszechnianie treści pornograficznych w sposób umożliwiający małoletniemu poniżej lat 15 zapoznanie się z nimi. Zarzut popełnienia takiego czynu można postawić w zasadzie każdemu właścicielowi strony internetowej z treściami pornograficznymi, do której dostęp nie jest weryfikowany w sposób wykluczający takich małoletnich (np. kartą kredytową czy podpisem elektronicznym – kliknięcie w przycisk „Mam 18 lat” jest tu niewystarczające). Co więcej, gdyby się uprzeć, to można go postawić też osobom zamieszczającym własne porno-treści na takich stronach (np. forach, serwisach randkowych czy stronach z seks-kamerkami). Dotychczas przepis ten był pod tym względem w zasadzie martwy, ale nie znaczy to, że praktyka organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości nie może się tu zmienić. A po wejściu w życie ustawy o przeciwdziałaniu zagrożeniom przestępczością na tle seksualnym autor nieszkodliwej amatorskiej stronki porno albo dziewczyna pokazująca się na seks-kamerkach nie dość, że mogą zostać skazani, to jeszcze trafią do rejestru z koniecznością meldowania na policji zmiany adresu pobytu. Choćby nawet sprawę im warunkowo umorzono. A jeśli zostaną za to skazani dwukrotnie (w tym za pierwszym razem trafią choćby na krótko do więzienia), to w rejestrze znajdą się dożywotnio i zostaną ujawnieni publicznie jako przestępcy seksualni.
Jeżeli nastolatek mający poniżej 18 lat zrobi i wyśle swoje nagie zdjęcia swojej dziewczynie lub chłopakowi (tzw. seksting – zjawisko stosunkowo popularne wśród młodzieży), to może odpowiadać z art. 202 par. 3 kk („Kto w celu rozpowszechniania produkuje, utrwala lub sprowadza, przechowuje lub posiada albo rozpowszechnia lub prezentuje treści pornograficzne z udziałem małoletniego”), a osoba, której je wysłał z art. 202 par. 4a kk („Kto przechowuje, posiada lub uzyskuje dostęp do treści pornograficznych z udziałem małoletniego”). W obu przypadkach skazanie lub choćby warunkowe umorzenie sprawy skutkuje wpisem do rejestru. Jeżeli osoba, której zostaną wysłane takie zdjęcia ma poniżej 15 lat, to wysyłający może odpowiadać też z art. 200 par. 3 kk, a jeżeli sam ma poniżej 17 lat, to może być orzeczony wobec niego środek wychowawczy. W tym przypadku (nawet, jeśli dostanie jedynie upomnienie) też oczywiście trafi do rejestru i będzie musiał się meldować na policji przy każdej zmianie adresu pobytu – mimo że ten ostatni obowiązek dotyczy jedynie „skazanych”. Ale zgodnie z art. 18 ust. 4 proponowanej ustawy taka osoba też jest w jej świetle uznawana za skazaną.
Art. 202 par. 4b kk przewiduje karę dla tego, kto „produkuje, rozpowszechnia, prezentuje, przechowuje lub posiada treści pornograficzne przedstawiające wytworzony albo przetworzony wizerunek małoletniego uczestniczącego w czynności seksualnej”. Czyli inaczej mówiąc, pornograficzne rysunki mające przedstawiać osoby małoletnie – na przykład anime hentai. Przepis ten trafił do polskiego kodeksu karnego jako realizacja dyrektywy unijnej i o ile można przypuszczać, że sądy będą w przypadku posiadaczy hentai stosować raczej warunkowe umorzenie, to i tak nie uchroni przed wpisem do rejestru ze wszystkimi jego konsekwencjami.
W projektowanej ustawie jest wprawdzie furtka dająca sądowi możliwość wyłączenia zamieszczenia danych o skazanym w rejestrze, gdy „zamieszczenie danych spowodowałoby niewspółmiernie surowe skutki dla skazanego”. Jest to jednak wyjątek, z którego sądy nie muszą korzystać. Pytanie, czy nie lepiej usunąć czyny określone art. 200 par. 3, art. 202 par. 3, art. 202 par. 4a i art. 202 par. 4b z katalogu przestępstw, za które grozi wpis do rejestru? Ostatecznie w tym katalogu nie mają znaleźć się np. sutenerzy (chyba, że popełniliby przestępstwo na szkodę małoletniego), jak również osoby, które znęcają się nad dziećmi czy nawet mordercy (bo to nie przestępczość seksualna). Renata K., która zamordowała swojego pasierba, a po wyjściu z więzienia wróciła do pracy w szkole, nie znalazłaby się w projektowanym rejestrze. Dlaczego mają do niego trafiać autorzy stronek porno, miłośnicy hentai czy nastolatki wysyłający sobie nawzajem swoje nagie fotki?

Telewizja publiczna

Styczeń 7th, 2016

Jedynym medium naprawdę publicznym jest Internet. Każdy może nie tylko korzystać z większości informacji w nim zamieszczanych za darmo, ale może też je tam umieszczać. Każdy, nawet nie dysponując szczególnymi środkami finansowymi, może – umieszczając materiały interesujące dla innych i umiejętnie je promując – stać się gwiazdą Internetu, zdobyć popularność i nawet na tym zarabiać.
Jednocześnie większość elementów składających się na Internet jest własnością prywatną. Internet nie ma władz, narzuconych przez państwa prezesów i dyrektorów. Żadne państwo nie decyduje o tym, co jest w nim zamieszczane i co można oglądać – może co najwyżej próbować, nakładem ogromnych środków, go cenzurować – ale cenzura ta nie jest nigdy stuprocentowo szczelna.
Medium publiczne, którym nigdy nie udało się być żadnej telewizji. Nawet te nazywane „publicznymi” są narzędziami określonych grup, które decydują, co i kiedy nadawać – zwykle rządów.
Jeśli rząd chce stworzyć telewizję prawdziwie publiczną, to mam pomysł – czemu nie zrobić namiastki Internetu w telewizji? Niech na antenę trafiają materiały przygotowywane przez samych telewidzów. O tym, które, decydowałoby np. głosowanie społeczności takie jak na np. Wykop.pl. Każdy mógłby się zarejestrować na specjalnym telewizyjnym portalu, wrzucać tam swoje materiały wideo, wykopywać i zakopywać. Najlepsze trafiałyby – tak jak na Wykopie na stronę główną – na antenę. Im więcej plusów, tym w lepszym czasie antenowym.
Może taka telewizja nie każdemu by odpowiadała. Ale byłaby naprawdę publiczna.

Konstytucyjna kontrola władzy

Grudzień 4th, 2015

Ponad 34 lata temu, 7 października 1981 roku, I Krajowy Zjazd  Delegatów NSZZ „Solidarność” uchwalił program związku, w którym znalazł się następujący postulat: „Powołanie niezawisłego Trybunału Konstytucyjnego (albo też odpowiedniej Izby Sądu Najwyższego), którego zadaniem będzie orzekanie o zgodności ustaw z Konstytucją oraz zgodności aktów niższego rzędu z ustawami. Badaniu powinna podlegać również zgodność prawa wewnętrznego z ratyfikowanymi konwencjami i Międzynarodowymi Paktami Praw”. Dostrzegano wtedy problem z nieposzanowaniem ówczesnej – formalnie względnie przyzwoitej – konstytucji przez władzę i była to propozycja jego rozwiązania.
Teraz, zarzucając Trybunałowi Konstytucyjnemu upolitycznienie, niektórzy proponują ograniczenie jego uprawnień, powołując się przy tym na reformy Viktora Orbana i FIDESZ na Węgrzech. W rzeczywistości uprawnienia węgierskiego Trybunału Konstytucyjnego są znacznie szersze od polskich – zgodnie z węgierską konstytucją oraz ustawą organiczną regulującą jego działalność ma on m. in. prawo:
- w ramach skargi konstytucyjnej (którą można złożyć bez zastępstwa przez adwokata lub radcę prawnego) badać zgodność orzeczeń sądowych z konstytucją;
- badać zgodność z konstytucją dowolnych aktów prawnych zastosowanych w określonej sprawie na wniosek dowolnego sędziego;
- na wniosek dowolnej osoby zbadać zgodność z konstytucją uchwały parlamentu zarządzającej referendum lub odmawiającej jego zarządzenia;
- na wniosek organizacji religijnej zbadać legalność uchwały parlamentu odmawiającej jej uznania za legalny kościół;
- badać zgodność z konstytucją (a w ramach skargi konstytucyjnej lub na wniosek sędziego w określonej sprawie także z ustawami i ogólnymi normami prawnymi) aktów prawa miejscowego wydawanych przez samorządy;
- badać zgodność z konstytucyjnymi procedurami zmian konstytucji.
Pełni też częściowo rolę polskiego Trybunału Stanu – może usunąć z urzędu Prezydenta Republiki.
Nie należy iść w kierunku ograniczania możliwości konstytucyjnej kontroli władzy i potencjalnego uzurpowania sobie przez Sejm roli samowładnego suwerena, którym nie jest i nie powinien być. Byłby to powrót do sytuacji z 1981 roku. Odwrotnie, należy poszerzyć kontrolę konstytucyjną choćby na wzór węgierski. Lepiej, by samowola organów władzy państwowej, choćby wybranych demokratycznie, była ograniczona.
Z drugiej strony, organ kontroli konstytucyjnej nie może być narzędziem politycznych grup nacisku, a tak zawsze będzie, jeżeli jego sędziowie będą wybierani zwykłą większością przez parlament (którego działalność mają kontrolować), a potem przechodząc w stan spoczynku będą mogli równocześnie zajmować różne stanowiska państwowe, otrzymanie których może zależeć od polityków (np. być urzędnikami państwowymi, prokuratorami, funkcjonariuszami policji lub służb specjalnych, członkami KRRiT, prezesami Samorządowych Kolegiów Odwoławczych, zajmować stanowiska prezesa NBP, GIODO, prezesa, wiceprezesa lub dyrektora generalnego NIK, rzecznika praw obywatelskich czy rzecznika interesu publicznego).
Węgierski Trybunał Konstytucyjny wybierany jest przez parlament większością 2/3 głosów i w podobnym kierunku idzie poprawka zgłoszona przez posłów z klubu Kukiz’15. Daje to szansę na większą niezależność wybieranych sędziów od jednej opcji politycznej.
Jednak lepiej byłoby rozważyć rozwiązanie podobne do amerykańskiego, gdzie kontrolę konstytucyjności sprawują sądy, na czele z Sądami Najwyższymi poszczególnych stanów i federalnym Sądem Najwyższym. Sędziowie sądów powszechnych i SN mają obecnie większe gwarancje niezawisłości od Sejmu i rządu niż sędziowie TK, nie będąc wybierani przez parlament, nie będąc ograniczeni kadencją i nie mogąc po przejściu w stan spoczynku zajmować wymienionych stanowisk państwowych. Owszem, również i im stawia się zarzuty upolitycznienia, ale jednak czynników upolityczniających jest mniej i może temu w pewnej mierze zapobiec bezpośrednie wybieranie sędziów. Też jak w USA.
Napisanie nowej Konstytucji to odrębna sprawa.

Wszyscy zapłacimy za rządową propagandę

Listopad 28th, 2015

Niemal dwa lata temu byłem inicjatorem listu blogerów do ówczesnego ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego. Blogerzy domagali się od ministra opłaty za samą możliwość czytania ich blogów. List był odpowiedzią na pomysł wprowadzenia powszechnej opłaty audiowizualnej, którą – w odróżnieniu od dotychczasowego abonamentu – planowano pobierać nawet od osób nieposiadających odbiorników i tym samym niekorzystających z programów publicznego radia i telewizji.
Opłaty audiowizualnej ostatecznie za rządów koalicji PO-PSL nie wprowadzono. Jednak nowy rząd powraca do tego pomysłu. Minister kultury Piotr Gliński i pełnomocnik ds. zmian w mediach publicznych Krzysztof Czabański już zapowiedzieli likwidację abonamentu i wprowadzenie takiej opłaty, pobieranej albo razem z podatkiem dochodowym, albo z opłatami za energię.
Pokazuje to, że Prawo i Sprawiedliwość nie różni się niczym od Platformy Obywatelskiej w dążeniu do ściągania ze społeczeństwa haraczu na finansowanie rządowej propagandy, zwanej górnolotnie „misją”. Haracz ten mają płacić również ci, którzy tej propagandy nie oglądają i nie słuchają, a nawet ci, którzy nie posiadają radia i telewizora. Jedyna różnica będzie polegała na tym, że państwowe media zamiast „publiczne” będą nosiły etykietkę „narodowe”. Jednak faktycznie będzie to – jak dotychczas – tuba propagandowa polityków, a naród nie będzie miał żadnego wpływu na to, co się będzie w nich pojawiać, musząc płacić tak czy inaczej.
Widać ogromną różnicę w stosunku do modelu funkcjonującego w USA, gdzie „telewizja publiczna” to prywatna organizacja non-profit dostarczająca program do 350 stacji będących własnością 160 podmiotów, z których jedynie niewielka część należy do władz stanowych i lokalnych – większość to organizacje społeczne i placówki edukacyjne. Jeżeli komuś zależy na faktycznie niezależnych mediach, edukujących społeczeństwo, pełniących funkcję kontrolną w stosunku do polityków, a boi się zdominowania rynku przez media komercyjne, powinien rozważyć przekształcenie obecnych mediów „publicznych” – wkrótce „narodowych” – w kierunku tego modelu.

Państwo i kultura

Listopad 23rd, 2015

Minister kultury Piotr Gliński zażądał zaniechania przygotowań do premiery spektaklu „Śmierć i dziewczyna” w Teatrze Polskim we Wrocławiu, argumentując, że jest on „pornograficzny”. Dyrektor teatru, poseł Nowoczesnej Krzysztof Mieszkowski odmówił i w rewanżu zażądał dymisji ministra. W dniu premiery przed teatrem odbył się protest osób niezadowolonych z „promowania pornografii”.
Na obronę ministra wysuwa się argument, że teatr dofinansowywany jest przez państwo, a więc z pieniędzy podatników – a nie wszystkim podatnikom, jak widać, podoba się wystawianie spektaklu, który uznają za pornograficzny i tym samym niemoralny.
Powstaje jednak pytanie: dlaczego akurat „porno” z pieniędzy podatników jest złe, a co innego z pieniędzy podatników już jest dobre?
Obojętnie na co zostaną przeznaczone pieniądze z dotacji na „kulturę”, zawsze znajdzie się jakaś grupa, której nie będzie się podobało, że ich pieniądze zostały zabrane im na cel, którego nie popierają.
Ręczne sterowanie przez ministra repertuarem teatru nie spowoduje, że podatnicy odzyskają swoje pieniądze, ani że zostaną one przeznaczone na cel, który się im wszystkim podoba. Spowoduje jedynie to, że podatnicy przymusowo sfinansują to, co się podoba ministrowi zamiast tego, co mu się nie podoba.
Z dwojga złego, lepiej już, by o repertuarach dotowanych teatrów decydowały same teatry niż minister – wtedy przynajmniej jest większa szansa, że będą zaspokajały zróżnicowane gusta większej grupy ludzi, a nie tylko gust ministra.
Ale najlepiej nie dotować teatrów i innych placówek kultury z pieniędzy podatników. Niech płacą zainteresowani danym spektaklem, kupując bilety, albo prywatni mecenasi, którym akurat podoba się taka, a nie inna tematyka czy forma. Wtedy nie będzie problemu, że pieniądze jakiejś osoby zostały wydane na coś, co się tej osobie nie podoba.

E-biurokracja

Październik 21st, 2015

Złożyłem wniosek o wydanie zaświadczenia o prawie do głosowania w miejscu pobytu. Zrobiłem to elektronicznie, używając profilu zaufanego ePUAP. Okazało się jednak, że nie można było tego zrobić bezpośrednio przez portal ePUAP (wyskoczył mi błąd) – trzeba było skorzystać z systemu SEKAP, obsługującego urzędy w województwie śląskim. Musiałem najpierw to odkryć (wchodząc w tajemniczy link „SEKAP” w menu „e-Urząd” na stronie Urzędu Miejskiego), założyć tam skrzynkę, następnie odnaleźć w systemie właściwy urząd, właściwą sprawę, wypełnić formularz, do którego doczepiłem wypełniony wcześniej załącznik w formacie Word pobrany z BIP Urzędu Miejskiego (nie wiem, czy był konieczny, ale informacja na stronie urzędu sugerowała, że tak). Potem podpisać to profilem zaufanym ePUAP (na szczęście kiedyś taki sobie wyrobiłem i mam gdzieś jeszcze zapisane hasło), potwierdzając podpis kodem przesłanym przez SMS (wg informacji na stronie kod miał być przesłany na adres e-mail). Zapisać (nie zauważyłem opcji „wyślij” bezpośrednio na stronie edycji formularza). I na koniec odnaleźć ikonkę umożliwiającą wysłanie wniosku zapisanego w skrzynce roboczej.
Jestem ciekawy, jak duży odsetek petentów korzysta z elektronicznej drogi składania oficjalnych pism do urzędów, zwłaszcza przez system SEKAP. Podejrzewam, że niewielki (nie udało mi się znaleźć danych statystycznych). Pomijając niezbyt dobrą w tym przypadku informację o tym, jak z takiej drogi skorzystać oraz konieczność wyrobienia sobie profilu zaufanego ePUAP lub podpisu elektronicznego, system jest mało przyjazny dla użytkownika. Jeżeli wydał się taki mnie – osobie zawodowo pracującej w branży IT i do tego już wcześniej korzystającej z różnych wersji e-urzędów, to jak odbierze go przeciętny, niespecjalnie wyrobiony użytkownik komputera? Ciekawe, czy przy tworzeniu tego systemu robiono testy na potencjalnych użytkownikach? Pytanie też, po co został stworzony dodatkowy system SEKAP, skoro każdy urząd może korzystać bezpośrednio z platformy ePUAP?
Obawiam się, że pieniądze wydane na informatyzację urzędów w niewielkim tylko stopniu przekładają się na oszczędności w kosztach pracy tych urzędów i czasie petentów.
Oczywiście samo zaświadczenie i tak muszę odebrać osobiście, bo nie ma możliwości skorzystania bezpośrednio z ewentualnego elektronicznego oryginału przez komisję wyborczą, a honorowanie wydruków doprowadziłoby do sytuacji, że mógłbym zagłosować dowolną liczbę razy.

KORWiN zachęca liberałów, ale nadal nierealistyczny

Październik 17th, 2015

Partia KORWiN ogłosiła swój program – „Dumna bogata Polska”. Dla wielu może być on zaskoczeniem – jako że w pewnych kwestiach rozmija się on dość mocno z dotychczasowymi wypowiedziami jej lidera Janusza Korwin-Mikkego oraz tematami uwypuklanymi w jej kampanii wyborczej. I tak zamiast postulowania sojuszu z Rosją mamy akceptację członkostwa Polski w NATO i postulat wspierania jego zdolności do szybkiego reagowania, a nawet pomysł rozszerzenia NATO na Szwecję, Finlandię i Mołdawię. Zamiast oskarżania Niemiec o pretensje terytorialnepostulat stałej współpracy wojskowej z tym państwem. Zamiast postulowania zniszczenia Unii Europejskiej – czym JKM kończy prawie każde swoje wystąpienie w Parlamencie Europejskim – a nawet jej opuszczenia przez Polskę jest jedynie postulat odstąpienia od Traktatu Lizbońskiego i przebudowy bazy traktatowej UE oraz poparcie dla odbiurokratyzowania Unii. Pojawia się nawet pomysł finansowania przez UE sił zbrojnych państw biorących na siebie ciężar ochrony zewnętrznych granic Unii (czyli m. in. Polski). Zupełnie pominięta jest, dotychczas centralna w kampanii wyborczej, kwestia imigracji oraz „kwot imigrantów” ustalanych dla Polski przez UE.
Jeżeli chodzi o sprawy ustrojowe, to wbrew linii prezentowanej przed wyborami prezydenckimi oraz referendum 6 września KORWiN wyraźnie opowiada się za ordynacją wyborczą opartą o jednomandatowe okręgi wyborcze. Mają one obowiązywać zarówno w Sejmie (którego kompetencje mają być ograniczone do uchwalania podatków i w pewnym zakresie kontroli władzy wykonawczej), jak i w Senacie (który ma być najważniejszym organem stanowiącym ustawy). W przypadku Senatu wprawdzie każdy okręg wyborczy (ziemię) ma reprezentować dwóch senatorów, ale każdy z nich ma być wybierany na swoją sześcioletnią kadencję w odrębnych wyborach (wybory mają odbywać się co 3 lata). W przypadku Sejmu w programie zaznaczone jest, że posłowie mają być wybierani w okręgach jednomandatowych „w systemie pojedynczego głosu przechodniego (STV)”, takie sformułowanie świadczy jednak o niekompetencji osób piszących program – STV to ordynacja proporcjonalna możliwa do wprowadzenia w życie jedynie w okręgach wielomandatowych. Najprawdopodobniej autorom programu chodzi o ordynację jednomandatową z „głosem alternatywnym” (AV) obowiązującą np. w Australii.
Wpisanie do programu postulatów sprzecznych z dotychczasową linią lidera (wspieranie i rozszerzanie NATO, JOW) lub łagodniejszych (przebudowa i odbiurokratyzowanie UE zamiast jej zniszczenia lub wystąpienia z niej) oraz przemilczenie kwestii mocno podnoszonych w kampanii wyborczej (imigranci) może świadczyć o chęci przypodobania się innemu elektoratowi niż ten, do którego do tej pory kierowany był głównie przekaz. Z treści tych postulatów można wywnioskować, że chodzi o wyborców nastawionych mniej nacjonalistycznie, bardziej prozachodnio, nieco mniej antyunijnie i bardziej obywatelsko (JOW) – w stronę tych ostatnich idą też postulaty wybierania sędziów i prokuratorów gminnych w wyborach (tego nie ma w programie poprzedniej partii JKM, czyli Kongresu Nowej Prawicy). Pokrywa się to mniej więcej z dużą częścią elektoratu Pawła Kukiza w wyborach prezydenckich, którą politolog Rafał Chwedoruk nazwał „elektoratem libertariańskim” – antyestablishmentowym, prorynkowym i niezainteresowanym sporami kulturowymi (niekoniecznie muszą być to oczywiście libertarianie sensu stricto, choć mogą), a która obecnie może wahać się między Kukiz’15, Nowoczesną lub niepójściem na wybory. Na chęć pozyskania tego elektoratu może wskazywać też brak w programie sprzeciwu wobec zrównania małżeństw z innymi związkami „seksualnymi i semi-seksualnymi”, który obecny jest w programie KNP.
Z drugiej strony, ukłon w stronę elektoratu libertarian i antyestablishmentowych liberałów jest nie do końca konsekwentny. Pojawia się postulat ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci (wyłączywszy karę śmierci), którego w programie KNP nie ma, a który musi odrzucić od KORWiN osoby akceptujące w jakimkolwiek zakresie aborcję i eutanazję. W porównaniu z programem KNP brak też postulatów wskazujących na chęć zakończenia prohibicji narkotyków i represjonowania osób zażywających narkotyki, pojawia się natomiast dążenie do usunięcia z kodeksu karnego instytucji znikomej szkodliwości społecznej czynu, co przy dzisiejszym stanie prawnym oznacza zabranie prokuratorom i sędziom możliwości umorzenia postępowania o posiadanie niewielkiej ilości narkotyku na własny użytek. Ten ostatni postulat jest też ogólnie postulatem antyobywatelskim, stawiając sztywną literę prawa ponad interpretacją jego ducha przez wybranych sędziów i prokuratorów.
Wątpliwości z punkt widzenia elektoratu proobywatelskiego budzi też niekonsekwencja w postulacie zakazu łączenia stanowisk we władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Najwyższy organ władzy wykonawczej – Prezydent – ma mieć bardzo silny wpływ na ustawodawstwo, poprzez powoływanie członków Rady Stanu wstępnie zatwierdzającej projekty ustaw oraz bardzo silne weto wobec uchwalonych ustaw (obalane większością co najmniej 4/5 składu Senatu), a także powoływać 1/3 składu Sądu Najwyższego oraz sędziów sądów kapturowych (dyscyplinarnych orzekających w sprawach o korupcję sędziów).
Brak też szczegółowych postulatów dotyczących wolności słowa oraz wolności osobistej (do pewnego stopnia obecnych w programie KNP). Jest jedynie ogólna wzmianka o umieszczeniu w Konstytucji zapisu, że prawo sprzeczne z zasadą „Chcącemu nie dzieje się krzywda” nie obowiązuje. Jednak autorzy programu KORWiN najprawdopodobniej rozumieją tę zasadę – w ślad za swoim liderem – błędnie. Ta stara rzymska zasada jest już stosowana w polskim prawie (choć nie jest wpisana do Konstytucji) i oznacza, że nie są uprawnione roszczenia o naprawę szkody powstałej wskutek świadomego podjęcia ryzyka przez poszkodowanego – a nie, że nie wolno zakazywać ludziom postępowania narażającego jedynie ich samych na ryzyko szkody (jak zdaje się to rozumieć Janusz Korwin-Mikke: np. niezapinania pasów w samochodzie, zażywania narkotyków, nieoszczędzania na starość, nieubezpieczania się od choroby itd.). Takie sformułowanie z jednej strony osłabia wolnościowy przekaz, z drugiej zaś naraża na niezrozumienie i stwarza możliwość różnego interpretowania tego punktu programu.
W programie KORWiN widać też chęć urealnienia postulatów dotyczących gospodarki i reformy finansów państwa, krytykowanych dotąd jako nierealistyczne i populistyczne. Przy zachowaniu radykalnych postulatów docelowych pojawiają się propozycje szeregu rozwiązań przejściowych w różnych dziedzinach, takie jak rozszerzony w stosunku do obecnej subwencji „bon oświatowy” w edukacji (dopóki państwo będzie finansowało działalność edukacyjną), oparcie finansowania studiów na systemie kredytów, czy nawet – dość zaskakujące z punktu widzenia libertarianina – rozszerzenie finansowania świadczeń zdrowotnych ze środków publicznych na wszystkich włącznie z osobami niezatrudnionymi i niezarejestrowanymi jako bezrobotni (czyli np. na tych, którzy nie chcą podjąć pracy). Niemiłą dla libertarianina niespodzianką jest uznanie, że „kluczowe strategiczne przedsiębiorstwa związane z infrastrukturą” powinny pozostać w rękach państwa nawet docelowo. W porównaniu z programem KNP i dotychczasowymi hasłami autorzy programu KORWiN podejmują także próbę dokładniejszego opisania postulatów dotyczących reformy podatków i finansów państwa.
Niestety jest to najsłabszy punkt tego programu. Z jednej strony przyjmuje się likwidację podatków dochodowych (zarówno PIT, jak i CIT), likwidację ZUS i KRUS z finansowaniem emerytur z ogółu podatków, a także zmniejszenie do minimalnego poziomu stawek akcyzy i docelowo także VAT (15%). Oznacza to zmniejszenie dochodów publicznych o ponad 230 mld zł (przyjmując dane z 2014 r.), jeśli uwzględnić tylko składki na ZUS i KRUS oraz podatki dochodowe. Jednocześnie zakłada się „stopniową i konsekwentną obniżkę wydatków publicznych do co najwyżej 1/3 PKB”, co oznacza (przyjmując dane z 2014 r.) zmniejszenie ich o niecałe 60 mld zł (w 2014 r. była to mniej więcej wysokość deficytu finansów publicznych) 135-150 mld zł. [EDIT: Mateusz Benedyk z Instytutu Misesa zwrócił uwagę na błąd wynikły z przeliczenia PKB po niewłaściwym kursie dolara]. Jedynym sposobem, by przy takiej wysokości obniżki wydatków publicznych (która nawet nie jest założona jako natychmiastowa) zlikwidować wymienione wyżej podatki i jednocześnie dotrzymać obietnicy zmniejszenia długu publicznego („tempo obniżki wydatków powinno być dużo szybsze niż dochodów”) jest zapewnienie innego źródła dochodów państwa. Autorzy programu KORWiN jednak tego źródła nie wskazują (proponują jedynie dodatkowy podatek od kopalin, który raczej takiego dochodu nie przyniesie; nierealne jest też liczenie na nagły wzrost w takiej skali przychodu z podatków pośrednich wskutek ożywienia gospodarczego – PKB musiałoby wzrosnąć tu o mniej więcej 50% 40%). Trzeba więc dojść do wniosku, że program ten jest w tym zakresie nierealny – do spełnienia obietnic likwidacji podatków dochodowych i składek na ubezpieczenie społeczne i jednoczesnego zmniejszenia długu publicznego bez wprowadzania lub zwiększania innych podatków wymagane są cięcia w wydatkach publicznych znacznie bardziej radykalne niż to, co się w nim postuluje. Należy przy tym pamiętać, że KORWiN postuluje zwiększenie o połowę – a więc o dodatkowe ok. 20 mld zł – wydatków na obronność. Cięcia innych wydatków musiałyby wynieść więc przynajmniej ćwierć biliona złotych.
Podsumowując – program KORWiN jest, w stosunku do dotychczasowych wypowiedzi liderów tej partii (zwłaszcza Janusza Korwin-Mikkego) krokiem w stronę rozsądku, nadal jednak pozostaje nierealistyczny.