Ulepszanie polskiego „bonu oświatowego”

Kwiecień 14th, 2019

Niektórzy politycy i publicyści upatrują receptę na niedomagania polskiej oświaty w tzw. bonie edukacyjnym, to znaczy systemie, w którym kwota środków publicznych przypadających na danego ucznia przydzielana jest szkole, która zostanie wybrana dla niego przez rodziców / opiekunów (czy też jego samego, jeśli jest pełnoletni) – czy to publicznej, czy prywatnej. Zgodnie z tą koncepcją, państwo wyposaża uczniów w bony, którymi oni lub ich rodzice / opiekunowie płacą szkołom, a następnie wykupuje te bony od szkół. Szkoły prywatne mogą, choć nie muszą, żądać dodatkowego czesnego.
Według zwolenników tej koncepcji, spowodowałoby to realną konkurencję o uczniów między szkołami (również publicznymi i prywatnymi), co podniosłoby jakość kształcenia. Zwiększyłoby również swobodę wyboru szkół przez uczniów i ich rodziców lub opiekunów, ponieważ duża część (jeśli nie całość) czesnego w szkołach prywatnych byłaby pokrywana z „bonu”.
Taki system proponowali już wiele lat temu politycy AWS czy (początkowo) PO, teraz proponują go m. in. Jacek Wilk, Konrad Berkowicz czy Robert Gwiazdowski. Bon edukacyjny znajduje się również w programie Ruchu Narodowego. Z publicystów pomysł ten popierają np. Łukasz Adamski czy Bartosz Bartczak.
Mało kto jednak uzmysławia sobie, że taki system – choć bez fizycznych bonów – już, w większej części, od wielu lat w Polsce istnieje.
Subwencja oświatowa z budżetu państwa, którą otrzymują samorządy, jest ostatecznie rozdzielana w dotacjach na szkoły (publiczne i niepubliczne) proporcjonalnie do liczby uczniów. Publiczne i niepubliczne szkoły tego samego typu (np. podstawowe) na ucznia tego samego typu (np. nie niepełnosprawnego) dostają pośrednio z budżetu państwa tyle samo (nie dotyczy to szkół prowadzonych bezpośrednio przez państwo, ale ich nie jest dużo). Pieniądze z budżetu państwa więc „idą za uczniem” dokładnie tak jak w przypadku proponowanego „bonu edukacyjnego”.
Resztę dopłacają w przypadku szkół prywatnych rodzice uczniów w czesnym, a w przypadku szkół publicznych oraz niepublicznych należących do podmiotów będących własnością samorządów (np. samorządowych spółek) samorządy ze środków „własnych” (tzn. niepochodzących z subwencji oświatowej). Z „mapy wydatków państwa” za rok 2016 wynika, że wydatki samorządów na szkoły wynosiły ok. 63 mld zł. Subwencja oświatowa w tym samym roku wynosiła ok. 41,5 mld zł. Oznacza to, że subwencja oświatowa pokrywa średnio mniej więcej 2/3 kosztów funkcjonowania szkół i w tym zakresie funkcjonuje, można powiedzieć, „wirtualny bon oświatowy”.
Jednak „środki własne” przeznaczane na szkoły przez samorządy to też środki publiczne, pochodzące z podatków. Oznacza to, że szkoły publiczne (i niepubliczne będące własnością podmiotów samorządowych) otrzymują większe dofinansowanie ze środków publicznych niż prywatne. „Wirtualny bon” z założenia nie pokrywa (średnio) kosztów utrzymania szkół, więc czesne w szkołach prywatnych jest wyższe, niż gdyby mogło być w przypadku otrzymywania przez nich dofinansowania takiego, jakie otrzymują szkoły publiczne i niepubliczne samorządowe. Rodzice posyłający dziecko do szkoły prywatnej i tak muszą dopłacać w podatkach do szkół publicznych, będąc jednocześnie zmuszonymi płacić to samo w czesnym. W efekcie konkurencja jest zaburzona, wielu ludzi nie stać na płacenie wysokiego (zwykle kilkaset złotych miesięcznie lub więcej) czesnego, a szkoła prywatna musi zaoferować różnicę w jakości kształcenia wycenianą przez „klienta” na co najmniej wartość tego czesnego.
Tak naprawdę realizacja postulatu wprowadzenia „bonu edukacyjnego” sprowadzałaby się w tej sytuacji do przeznaczenia dla szkół prywatnych dodatkowych środków publicznych w wysokości równej tym, jakie dodatkowo poza subwencją oświatową otrzymują obecnie szkoły publiczne oraz niepubliczne należące do podmiotów samorządowych – bądź też „obcięcia” tych dodatkowych środków tym ostatnim. To drugie rozwiązanie oznaczałoby zmuszenie do płacenia dość wysokiego czesnego również w szkołach publicznych i (pomijając niezgodność z obecną Konstytucją) byłoby, w warunkach obowiązku szkolnego, dodatkowym podatkiem narzuconym na rodziny uczniów. Nieakceptowalność społeczna tego rozwiązania jest raczej oczywista. Praktycznie pozostaje więc rozwiązanie pierwsze, które można zrealizować albo ze środków samorządowych (pozostawiając samorządom wolną rękę bądź im to nakazując – należy tu jednak zwrócić uwagę, że zmuszenie samorządów do równego dotowania uczniów we wszystkich szkołach ze środków własnych naruszałoby ich autonomię i mogłoby być uznane za niekonstytucyjne), albo ze środków budżetu państwa. W tym drugim przypadku nie można jednak faworyzować szkół prywatnych (tzn. doprowadzić do sytuacji, w której podobna kwota dofinansowania na ucznia w przypadku szkoły prywatnej pokrywana jest w całości ze środków budżetu państwa, a w przypadku szkoły samorządowej częściowo ze środków budżetu państwa, a częściowo ze środków samorządu). Oznacza to, że subwencja oświatowa musiałaby być zwiększona nie tylko o dodatkowe środki dla szkół prywatnych, ale i o te środki, które obecnie na szkoły przeznaczają samorządy – łącznie o jakieś dwadzieścia kilka miliardów złotych. Jeżeli nie chce się zwiększać deficytu budżetowego ani zwiększać podatków, to środki te trzeba byłoby komuś zabrać – samorządom (które nie będą już musiały dopłacać ze środków własnych do szkół) lub innym dziedzinom finansowanym z budżetu centralnego. Okazuje się więc, że wprowadzenie pełnego „bonu edukacyjnego” wymagałoby zarazem reform w dziedzinie finansów publicznych.
Pytanie też, czemu równemu finansowaniu ze środków publicznych nie miałaby podlegać również edukacja domowa? Obecnie jest ona dozwolona i traktowana jako szczególny przypadek edukacji szkolnej (za zezwoleniem dyrektora szkoły), a dofinansowanie otrzymuje szkoła, do której formalnie jest zapisany uczeń, a nie jego rodzice / opiekunowie na zakup podręczników lub pomocy edukacyjnych czy zatrudnianie nauczycieli / korepetytorów. Jeżeli edukacja domowa ma być realną alternatywą dla edukacji szkolnej, to dofinansowanie z subwencji oświatowej / „bonu” powinno być przeznaczane na faktyczne koszty kształcenia ucznia w domu.
Należy w końcu zauważyć, że konkurencja między szkołami nie będzie pełną konkurencją nawet w przypadku równego finansowania szkół publicznych i prywatnych ze środków publicznych, dopóki będą musiały one realizować podobny, narzucany przez państwo program. Owszem, szkoły mają w tym zakresie pewną autonomię, ale jednak podstawa programowa obowiązuje wszystkie. „Poluzowanie” podstawy programowej lub całkowite odejście do niej na rzecz swobodnego ustalania programu przez same szkoły pozwoliłoby na większe dopasowanie oferty edukacyjnej do zapotrzebowania i predyspozycji uczniów, i wprowadziło rynkową konkurencję również na poziomie programowym. Jeśli „bon” (fizyczny czy wirtualny) ma spełniać swoją funkcję, to powinien służyć finansowaniu każdej edukacji wybranej przez ucznia czy jego rodziców, a nie tylko tej wg ścisłych wytycznych urzędników.

Rafał Ziemkiewicz i taksówkarstwo

Kwiecień 13th, 2019

„To nie jest wolny rynek, że sprowadza się człowieka z Pakistanu, który nie wiadomo, czy w ogóle ma jakieś prawo jazdy” – stwierdził publicysta Rafał Ziemkiewicz, wyśmiewając w telewizyjnym studio ludzi, którzy postanowili na ulicy zaprotestować przeciwko taksówkarstwu. Taksówkarstwu – to znaczy lobby taksówkarskich związkowców, domagających się już nie tylko wprowadzenia licencji na działalność Ubera i podobnych mu firm w celu zrównania warunków konkurencji, ale – w obliczu rządowego projektu ustawy te warunki w jakiś sposób zrównującego – natychmiastowego zablokowania dostępu do internetowych aplikacji tych firm oraz utrzymania egzaminów z topografii dla taksówkarzy (które ten projekt likwiduje, z słusznym uzasadnieniem, że „zniesienie obowiązkowych szkoleń i egzaminów ułatwi zainteresowanym podmiotom dostęp do zawodu taksówkarza”). Padły też słowa o zagranicznych korporacjach „wyciskających z Polski ogromną kasę”.
Otóż, panie Ziemkiewicz, wolny rynek jest właśnie wtedy, gdy konsumentowi wolno kupić towar lub usługę – w tym przypadku przewóz i ewentualnie pośrednictwo w jego uzyskaniu – od kogo chce: czy to Polaka, czy Pakistańczyka, czy korporacji polskiej, czy zagranicznej, bez konieczności uzyskiwania przez oferującego ten towar i usługę specjalnego pozwolenia od państwa. Jeśli nie wolno, to rynek – czyli przestrzeń zawierania umów sprzedaży i wymiany między ludźmi – nie jest wolny.
Prawo jazdy nie ma tu nic do rzeczy, bo prawo jazdy jest ogólnym wymogiem dotyczącym kierujących pojazdami na drogach publicznych, a nie świadczenia usługi przewozu. I taki Uber wymaga od swoich kierowców posiadania prawa jazdy, i to ważnego minimum od roku (a także – swoją drogą – zaświadczenia o niekaralności, co jest wymogiem bardziej restrykcyjnym niż wymóg na licencję taksówkarską, gdzie wymaga się jedynie, by taksówkarze nie byli skazani za przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu oraz przeciwko wolności seksualnej i obyczajności – jak widać państwowa licencja nie zabezpiecza przed tym, że za kierownicą taksówki nie będzie siedział skazany złodziej).
Zagraniczne korporacje, takie jak Uber czy Taxify, tworzą w tym przypadku w Polsce dodatkowe bogactwo, oferując usługi łączenia potencjalnych przewoźników i klientów. Klienci płacą im za wymierną korzyść w postaci tańszego lub lepszej jakości (np. z koniecznością krótszego czekania) przejazdu, a wielu kierowców może dzięki nim zarabiać, mając dostęp do zleceń. Zresztą, są już na rynku ich polskie odpowiedniki – takie jak EkoTaxi czy Number One. I taksówkarstwo domaga się zablokowania dostępu również do ich aplikacji. Żeby ludzie nie mogli zamawiać przewozów przez Internet i byli skazani na taksówkarstwo. Które wtedy będzie mogło narzucić wyższą cenę, od czasu do czasu oszukać (bo żadna aplikacja nie pokaże najkrótszej drogi i nie oszacuje ceny), kazać klientowi poczekać, lub w ogóle do niego nie przyjechać (jak mi zdarzyło się w noc sylwestrową z 2016 na 2017 r.) i nie ponieść tego konsekwencji.
Taksówkarstwo chce rękami władzy państwowej odciąć Polaków od bogactwa tworzonego dzięki technologii, przez przedsiębiorców tak zagranicznych, jak i polskich. Ograniczyć im dostęp do lepszych z ich punktu widzenia usług. A innym Polakom chce utrudnić zarabianie, tak by więcej zarabiało samo taksówkarstwo.
Rafał Ziemkiewicz, stając po stronie taksówkarstwa, opowiedział się jednoznacznie nie tylko przeciw wolnemu rynkowi, ale i przeciwko interesom milionów Polaków. Milionów, bo sam Uber już ponad rok temu miał półtora miliona użytkowników w Polsce. A jeszcze jest Taxify, Mytaxi, EkoTaxi…
Wyszedł po prostu na zamordystę ukrywającego się pod nacjonalistycznymi sloganami i udającego dalej wolnorynkowca, którym kiedyś może i był.

Całkowita delegalizacja Ubera i BlaBlaCara?

Kwiecień 4th, 2019

Rząd przyjął projekt zmiany ustawy o transporcie drogowym oraz niektórych innych ustaw, mający uregulować działalność Ubera i podobnych mu firm w Polsce. Wprowadzono pojęcie „pośrednictwa przy przewozie osób” („działalność gospodarcza polegająca na przekazywaniu zleceń przewozu osób samochodem osobowym, pojazdem samochodowym przeznaczonym konstrukcyjnie do przewozu powyżej 7 i nie więcej niż 9 osób łącznie z kierowcą lub taksówką oraz:
a) zawieraniu umowy przewozu w imieniu klienta lub przedsiębiorcy
wykonującego przewóz osób lub
b) pobieraniu opłaty za przewóz osób, lub
c) umożliwianiu zawarcia umowy przewozu lub umożliwianiu uregulowania opłaty za przewóz osób
– samochodem osobowym, pojazdem samochodowym przeznaczonym konstrukcyjnie do przewozu powyżej 7 i nie więcej niż 9 osób łącznie z kierowcą lub taksówką za pośrednictwem dostarczonych lub udostępnionych do tych celów środków komunikacji elektronicznej, domen internetowych, aplikacji mobilnych, programów komputerowych, systemów teleinformatycznych lub innych środków przekazu informacji”), które będzie wymagało uzyskania licencji i spełnienia określonych wymogów (m. in. wpisu do polskiego CEIDG lub KRS, prowadzenia rejestru zleceń oraz obowiązku zlecania przewozu osób wyłącznie przedsiębiorcom posiadającym odpowiednią licencję). Wygląda więc na to, że kierowcy Ubera będą musieli prowadzić zarejestrowaną działalność gospodarczą, a Uber będzie musiał prowadzić działalność w Polsce przez polską spółkę-córkę. I nadal będzie można korzystać z usług Ubera.
Ale czy aby na pewno?
Bo oto projekt wprowadza do ustawy o transporcie drogowym artykuł 5e:
„Zabrania się prowadzenia pośrednictwa przy przewozie osób w przewozach okazjonalnych wykonywanych pojazdem samochodowym przeznaczonym konstrukcyjnie do przewozu nie więcej niż 7 osób łącznie z kierowcą”.
Zgodnie z definicją w ww. ustawie, „przewóz okazjonalny” to „przewóz osób, który nie stanowi przewozu regularnego, przewozu regularnego specjalnego albo przewozu wahadłowego”. Czyli wszelki przewóz osób, który nie jest przewozem osób w określonych odstępach czasu i określonymi trasami lub wielokrotnym przewozem zorganizowanych grup tam i z powrotem. Nie ma wyjątku wyłączającego spod tego pojęcia przewozy taksówką czy tym bardziej przewozy osób przez kierowców Ubera. (Choć w samej ustawie stosowane jest ono niekonsekwentnie, np. w art. 18, ust. 5 zdaje się ono być ono rozumiane jako coś różnego od przewozu taksówką).
Żeby nie było wątpliwości – samochód osobowy jest jak najbardziej pojazdem samochodowym przeznaczonym konstrukcyjnie do przewozu nie więcej niż 7 osób łącznie z kierowcą.
Tak więc wychodzi na to, że wszelkie pośrednictwo przy przewozach osób taksówkami lub o podobnym charakterze – nieregularnych – ma być po prostu zabronione. W tym Uber.
I nie tylko Uber, bo np. BlaBlaCar też można podciągnąć pod wyżej wymienioną definicję pośrednictwa przy przewozie osób. Bo przekazuje zlecenia przewozu i umożliwia zawarcie umowy przewozu samochodem osobowym, za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej. Kierowcy składają na ich stronie oferty przewozu i potencjalni pasażerowie mogą za pośrednictwem tej strony się z nimi skontaktować i zawrzeć umowę. To, że nie są to umowy o charakterze komercyjnym (od pasażera można żądać jedynie partycypacji w kosztach) nie ma tu znaczenia, bo sam BlaBlaCar prowadzi działalność gospodarczą i zarabia.
Tak, że nawet, jeśli zamiarem autorów projektu nie jest pełna delegalizacja Ubera i przewozy świadczone przez przedsiębiorców mających licencję na przewóz osób taksówką lub samochodem osobowym w trakcie prac w Sejmie wyjmie się spod pojęcia „przewozów okazjonalnych”, to nadal będzie groziła delegalizacja BlaBlaCara.
A przecież można prościej – znieść licencje na przewóz osób taksówką, samochodem osobowym i pojazdem samochodowym przeznaczonym konstrukcyjnie do przewozu 9 osób. I nie wprowadzać licencji na pośrednictwo.
No ale to nie jest w interesie urzędników ani taksówkarzy.

Jakub Bierzyński mija się z prawdą

Kwiecień 2nd, 2019

Jakub Bierzyński, doradca Roberta Biedronia i prezes domu mediowego OMD – stwierdził, że dyrektywa o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym (popularnie zwana „ACTA2”) nie tylko nie nakazuje cenzury w portalach społecznościowych (jak twierdzą jej przeciwnicy, m. in. ja), ale wręcz przed nią chroni. „Pozbawia platformy prawa do cenzury”napisał na Twitterze, a w opinii zamieszczonej na wp.pl wyjaśnił dlaczego. Otóż jego zdaniem wynika to z art. 17, pkt 7 dyrektywy:
„Współpraca między dostawcami usług udostępniania treści internetowych a podmiotami uprawnionymi nie może prowadzić do uniemożliwiania dostępności utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez użytkowników, które nie naruszają prawa autorskiego i praw pokrewnych”.
Niestety, nie wynika.
Bo z tego, że „do uniemożliwiania dostępności utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez użytkowników, które nie naruszają prawa autorskiego i praw pokrewnych” nie może prowadzić „współpraca między dostawcami usług udostępniania treści internetowych a podmiotami uprawnionymi” nie wynika, że „dostawcy usług udostępniania treści internetowych a podmiotami uprawnionymi” nie mogą uniemożliwiać tej dostępności na własną rękę, z powodów zupełnie niezwiązanych z prawem autorskich (np. dlatego, że treści te naruszają ich wewnętrzny regulamin).
Ten punkt mówi tylko tyle, że działania podjęte przez tych dostawców (np. Facebooka) w ramach współpracy z „podmiotami uprawnionymi” (właścicielami praw autorskich lub organizacjami zbiorowego zarządzania takimi prawami, np. ZAiKS) – wymagane przez dyrektywę! – nie mogą skutkować blokowaniem dostępności treści, które praw autorskich nie naruszają. Czyli Facebook blokując (zgodnie z nakazem dyrektywy – art. 17, pkt 4 b i c) treści objęte prawem autorskim, na które nie wykupił licencji nie może tego zrobić w sposób blokujący również inne treści, które niczyich praw autorskich nie naruszają – na przykład zbiorowo usuwając wszystkie zdjęcia w albumie, który zamieścił użytkownik, jeśli prawa autorskie narusza tylko jedno z nich.
Ten punkt natomiast nie mówi nic o tym, czy Facebook może bądź nie usuwać treści niezgodne z jego wewnętrzną polityką – np. przedstawiające „mowę nienawiści”, „nadmierną przemoc” czy „nacechowane seksualnie”. Bo to robi Facebook z własnej inicjatywy, a nie w wyniku współpracy z „podmiotami uprawnionymi” w rozumieniu dyrektywy. Dyrektywa w ogóle nie zajmuje się kwestiami innymi niż prawa autorskie i pokrewne. Tak więc zablokowanie profilu np. Jacka Międlara dlatego, że Facebook (czy Youtube) uzna, że zamieszczone na nim treści to „mowa nienawiści” nadal będzie możliwe, wbrew temu co w swoim tekście napisał p. Bierzyński.
Okazuje się więc, że Robert Biedroń ma doradcę, który albo nie potrafi czytać ze zrozumieniem, albo świadomie manipuluje – zarzucając jednocześnie manipulację przeciwnikom „ACTA2”.
I jakoś wiedząc o tym, że p. Bierzyński jest wytrawnym specjalistą od marketingu, trudniej jest mi uwierzyć w to pierwsze…
(Co istotne, art. 17 pkt. 7 dyrektywy wcale nie zapobiegnie też do końca blokowaniu treści nienaruszających prawa autorskiego w wyniku filtrowania narzuconego samą dyrektywą. Bo takie coś będzie zdarzało się omyłkowo. Do sprawdzania, czy treści zamieszczane przez użytkowników nie naruszają czyichś praw autorskich będą musiało być wykorzystane oprogramowanie – nie jest możliwe, by ludzie sprawdzali miliardy wpisów, komentarzy, zdjęć i filmów dziennie – i nie ma mocnych, by to oprogramowanie się tu nie myliło, tak jak myli się obecnie Content ID na Youtube. Oczywiście będzie tu droga odwoławcza, co zresztą p. Bierzyński z triumfem w swoim tekście zauważył i uznał za dowód na to, że wcale nie jest prawdą, iż w wyniku dyrektywy „automaty zablokują ludzi”. Ale co z tego, skoro na rozpatrzenie odwołania przez człowieka trzeba będzie czekać – może i kilka albo kilkanaście dni (dyrektywa nakazuje rozpatrywać takie skargi „bez zbędnej zwłoki”, co tak naprawdę nie oznacza konkretnie nic)? Wpis na Twitterze czy Facebooku często ma sens w danym momencie, a po kilku czy kilkunastu dniach się dezaktualizuje. A na samo złożenie skargi też trzeba poświęcić czas. Z punktu widzenia użytkownika możliwość przywrócenia zamieszczonych przez niego treści po złożeniu skargi i odczekaniu jakiegoś czasu niewiele różni się od zablokowania ich na stałe i bardzo obniża atrakcyjność usługi).

Puste strony starych gazet

Marzec 25th, 2019

Ogólnopolskie dzienniki, takie jak np. „Rzeczpospolita”, „Fakt”, „Gazeta Wyborcza” czy „Dziennik Gazeta Prawna” ukazały się dziś z pustymi stronami tytułowymi. Dlaczego? Bo domagają się, by polscy europosłowie poparli w głosowaniu (które będzie prawdopodobnie za dwa dni) projekt dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, czyli tzw. „ACTA2”.
Projekt, który w aktualnym kształcie zmusza portale społecznościowe do sprawdzania i cenzurowania wszystkich treści zamieszczanych przez ich użytkowników, w celu uniknięcia odpowiedzialności za ewentualne zamieszczenie przez któregoś z nich treści naruszającej czyjeś (np. właśnie tych dzienników) prawa autorskie.
Łączna jednorazowa sprzedaż wszystkich ogólnopolskich dzienników (w formie zarówno papierowej, jak i elektronicznej) to obecnie nieco ponad 600 tysięcy (a wraz z regionalnymi nieco ponad 800 tysięcy) egzemplarzy (dane można sprawdzić tu). I stopniowo spada – jeszcze kilkanaście lat temu było to ponad półtora miliona.
Dla porównania, liczba polskich użytkowników Facebooka czy Youtube to ok. 20 milionów. Z serwisów polskich – Wykop ma 9,5 mln użytkowników, CDA.pl – 5 milionów użytkowników, Chomikuj.pl – 3,5 mln, Demotywatory.pl – ok. 2 milionów, Joemonster.org – 1,5 mln, a Kwejk – ok. miliona.
Czyli biznes zarabiający na dostarczaniu informacji kilku procentom Polaków (nawet jeśli przyjąć, że jeden egzemplarz czytają średnio trzy osoby, to nie jest to więcej niż 5-6%) chce, by cenzurowano aktywność internetową większości Polaków. A oprócz tego – większości mieszkańców Unii Europejskiej.
Politycy – czyj interes będzie dla was ważniejszy? Większości Polaków korzystających z serwisów społecznościowych, czy odchodzącej powoli w niebyt branży?

Konfederacja, czyli wolność to niewola

Marzec 19th, 2019

„Ja dzisiaj opowiadam się za penalizacją aktywności homoseksualnej jako takiej. (…) Wystąpię z takim wnioskiem, zobaczymy, jak zostanie on przyjęty na forum Parlamentu Europejskiego” – to słowa Grzegorza Brauna, lidera jednego z ugrupowań tworzących komitet wyborczy Konfederacja Korwin Braun Liroy Narodowcy, w wywiadzie dla internetowej telewizji wRealu24 (fragment od minuty 7. do 10.).
Inaczej mówiąc, pan Braun domaga się karania ludzi przez państwo po prostu za to, że uprawiają seks z osobami tej samej płci. Tak, jak było za Stalina, Chruszczowa i Breżniewa w ZSRR (gdzie homoseksualiści siedzieli w więzieniach i obozach koncentracyjnych), za Hitlera w Niemczech (tak samo) czy w Wielkiej Brytanii jeszcze niedługo po II wojnie światowej, gdy skazano i w efekcie doprowadzono do samobójstwa wybitnego (i zasłużonego dla wysiłku wojennego przez wkład w łamanie niemieckich szyfrów) matematyka Alana Turinga.
(Przy okazji – coś takiego jest sprzeczne z polską tradycją, nawet w przypadku Polski przedrozbiorowej udokumentowane przypadki skazywania za homoseksualizm są bardzo rzadkie, a po odzyskaniu niepodległości karalność homoseksualizmu jako takiego istniała jedynie dopóty, dopóki obowiązywały kodeksy karne zaborców – i nie była specjalnie egzekwowana poza przypadkami prostytucji).
Wymieniony wyżej komitet wyborczy nazywany jest przez wielu jego zwolenników i niektórych liderów „wolnościowym” czy „koalicją wolnościowców”. Jak widać, słowo „wolność” nabiera tu powoli nowego znaczenia i postulat karania za stosunki homoseksualne jako takie jest, oprócz protekcjonizmu gospodarczego (zawartego wprost w programie Ruchu Narodowego), walki z imigracją, sprzeciwu wobec zwrotu mienia zagrabionego przez PRL osobom pochodzenia żydowskiego oraz żartobliwie rzuconego postulatu wprowadzenia „bykowego”, ważnym elementem tworzącym tę nową wolność.
„Wolność to niewola. Ignorancja to siła”.

Haracz dla dzieciatych

Luty 23rd, 2019

Program „Rodzina 500+” zostanie rozszerzony na pierwsze dziecko i to już od 1 lipca. Zapowiedział tak Jarosław Kaczyński na konwencji PiS. A ponieważ za takim rozwiązaniem opowiedziała się wcześniej także Platforma Obywatelska oraz partia Roberta Biedronia, można przypuszczać, że będzie obowiązywał on w takiej formie przez najbliższe kilka, a może kilkanaście lat.
40 miliardów złotych rocznie na program Rodzina 500+.
Oznacza to, że każdy pracujący w Polsce będzie średnio przeznaczał na ten cel rocznie (bezpośrednio lub pośrednio) ok. 2400 zł, a proporcjonalnie do zarobków – około dwóch trzecich swojego miesięcznego wynagrodzenia netto.
Mam prawie pięćdziesiąt lat. Jestem singlem. Nie mam dzieci i szansa na to, bym je kiedykolwiek miał jest prawie zerowa. Zresztą nie planuję mieć dzieci.
Oznacza to, że 2/3 moich miesięcznych zarobków „na rękę” rocznie państwo zabiera przymusowo na cel, z którego nigdy nie skorzystam. Owszem, na inne cele – np. emerytury, edukację, infrastrukturę komunikacyjną. media publiczne czy lecznictwo – może zabierać jeszcze więcej, ale w tym przypadku mam przynajmniej świadomość, że z tego korzystam, mam szansę skorzystać lub kiedyś skorzystałem – czyli z mojego punktu widzenia coś mam przynajmniej w zamian.
A w tym przypadku czuję się dosłownie tak, jakbym płacił haracz mafii. Nawet gorzej, bo od mafii też coś zwykle się dostaje – ochronę przed mniejszymi gangami. Tu nie dostaję i nigdy nie dostanę nic. Równie dobrze mógłbym płacić na budowę Wielkiej Piramidy Kaczyńskiego (czy Schetyny, czy Biedronia).
I nie przekonują mnie argumenty, że ktoś będzie musiał wytwarzać dobra, z których będę korzystał na emeryturze. Jest mi zupełnie obojętne, czy będą je wytwarzać Polacy, Hindusi czy roboty. Pełnej automatyzacji wytwarzania dóbr pewnie się nie doczekam, ale liczba ludności świata nadal rośnie i to szybko. Jak będzie zbyt mało polskich rąk do pracy, pojawią się zagraniczne.
Zresztą już widać, że program „Rodzina 500+” praktycznie nie wpływa na rodzenie się większej liczby dzieci, a jeśli wpływa, to w stopniu znikomym.
Czyli tak naprawdę płacę haracz na to, by politycy mieli czym przekupić wyborców mających dzieci. Albo po prostu haracz dla tych, którzy mają dzieci. Klasy obecnie uprzywilejowanej w Polsce.
A za to mam bardziej dziadowską publiczną „służbę zdrowia”, bardziej kiepskie drogi i w perspektywie niższą niż mogłaby być emeryturę. Już nie mówię o tym, że państwo mogłoby mi tych pieniędzy nie zabierać i mógłbym sobie np. pojechać za nie na dłuższe wakacje.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wychowywanie dzieci kosztuje. Ale urodzenie dziecka to, poza skrajnymi przypadkami, wybór. Jeden woli nie mieć dzieci, a za to np. mieć więcej oszczędności na koncie, lepszy samochód, jeździć sobie na lepsze wakacje, lepiej jeść, mieć kilka kotów lub psów – a drugi woli mieć dziecko lub dzieci. Dlaczego wybór tego drugiego ma być finansowany przez tego pierwszego? A odwrotnie nie?

Oddać Żydom, oddać Polakom

Luty 18th, 2019

„Oczekiwania, aby Polska zadośćuczyniła za niemieckie zbrodnie oparte są na fundamentalnym nieporozumieniu”powiedział premier Mateusz Morawiecki zapytany o skomentowanie wypowiedzi sekretarza stanu USA wzywającej do restytucji prywatnej własności „tych, którzy utracili ją w czasach Holokaustu”. Innymi słowy, premier Morawiecki uważa, że jeśli Niemcy podczas II wojny światowej skonfiskowali czyjąś własność lub po prostu zamordowali jej właściciela, a po wojnie państwo polskie tę własność przejęło – to nie ma obowiązku zwracać jej spadkobiercom tego właściciela.
To tak, jakby bandyci napadli Kowalskiego i Malinowskiego, zabili Malinowskiego, zabrali jego portfel z pieniędzmi, a Kowalski wdał się z nimi w walkę i ten portfel z częścią pieniędzy odzyskał, po czym powiedział synowi Malinowskiego: „oczekiwania, bym zadośćuczynił ci za zbrodnie bandytów oddając ci pozostałe pieniądze ojca oparte są na nieporozumieniu”.
Poszanowanie prywatnej własności level zero – używając nowoczesnego slangu.
Z takim podejściem rząd Polski nadal będzie pracował na opinię Polski jako kraju, który może i nie współpracował z Niemcami w przeprowadzeniu Holokaustu (to da się obronić), ale na pewno na nim skorzystał. Nawet jeśli w rzeczywistości uprawnionych (z punktu widzenia poszanowania własności prywatnej) roszczeń do mienia po ofiarach Holokaustu nie ma aż tak dużo, bo w wielu wypadkach spadkobiercy po prostu nie istnieją.
Gorzej, że (wbrew temu, co niektórzy myślą) roszczenia żydowskie – po ofiarach Holokaustu i ocalałych z niego – stanowią tylko część roszczeń pośrednio związanych z czasami wojny.
Bo mienie podczas II wojny Niemcy zabierali nie tylko Żydom, ale i Polakom. A potem państwo polskie przejmowało je w tymczasowy zarząd i na mocy (nadal obowiązujących!) ustaw i dekretów z 1946 r. i 1958 r. – nacjonalizowało. Czasem za urzędowo ustalonym odszkodowaniem, głównie w papierach wartościowych (Encyklopedia PWN podaje, że odszkodowania otrzymali tylko właściciele zagraniczni, w ogólnej wysokości ok. 200 mln dolarów), czasem bez.
Wypowiedź premiera można więc rozumieć tak, że państwo nie poczuwa się do zadośćuczynienia również spadkobiercom tych Polaków, bo przecież bezpośrednią przyczyną jego utracenia były tu niemieckie zbrodnie.
Mateusz Morawiecki wspomniał przy okazji, że „sprawa zwrotu mienia obywatelom amerykańskim pochodzenia żydowskiego jest zresztą całkowicie uregulowana – od lat mamy podpisaną w tej sprawie z Amerykanami umowę indemnizacyjną, która zwalnia nasz kraj z tej odpowiedzialności”. Tym samym zasugerował, że tak naprawdę wszelkie roszczenia wysuwane przez amerykańskich Żydów do restytucji mienia w Polsce są nieuprawnione – co wpisuje się w szerzoną przez niektóre środowiska narrację, że w naciskach ze strony rządu USA chodzi o zgodę na przejęcie „mienia bezspadkowego” przez bliżej nieokreślone organizacje żydowskich oszustów.
Nie jest to całkiem prawda, o czym można przekonać się, zerkając do tej umowy, a konkretnie do jej załącznika (str. 6). Wynika z niego, że umowa ta dotyczy jedynie roszczeń obywateli USA (i niektórych amerykańskich osób prawnych) istniejących w momencie przejęcia mienia przez państwo polskie. Czyli nie dotyczy na przykład takich sytuacji:
– Obywatel polski (np. Żyd) przeżył II wojnę światową, wyjechał do USA, ale otrzymał obywatelstwo USA już po przejęciu jego mienia przez państwo polskie, a jego spadkobiercy – obywatele USA – wysuwają do tego mienia roszczenia.
– Obywatel polski (np. Żyd) został zamordowany podczas II wojny światowej, a jego spadkobiercą został krewny mieszkający w USA, który nie miał jeszcze obywatelstwa amerykańskiego i uzyskał je dopiero po przejęciu mienia zamordowanego przez państwo polskie, a teraz on lub jego spadkobiercy wysuwają do tego mienia roszczenia jako obywatele USA.
– Spadkobierca obywatela polskiego (np. Żyda) zamordowanego podczas II wojny światowej, niebędący obywatelem USA, sprzedał prawa do roszczeń obywatelowi USA już po przejęciu mienia zamordowanego przez państwo polskie.
– Roszczenia do mienia wysuwa spadkobierca obywatela polskiego (np. Żyda) zamordowanego podczas II wojny światowej, który nabył spadek wprawdzie jeszcze przed znacjonalizowaniem mienia przez państwo polskie, ale ma podwójne obywatelstwo amerykańskie i polskie, i wysuwa roszczenia jako obywatel polski.
Takich roszczeń może być sporo. Poza tym uprawnione (z punktu widzenia poszanowania prawa własności) roszczenia mogą wysuwać również ci spadkobiercy polskich Żydów zamordowanych w Holokauście, którzy mieszkają w innych krajach, choćby w Izraelu – i to nierzadko jako obywatele polscy. Nie jest więc prawdą, że po mienie pozostałe po ofiarach Holokaustu, lub rekompensaty z tytułu jego utracenia, wyciągają ręce jedynie oszuści.
Wydaje mi się niestety, że wypowiedź premiera wpisuje się w tzw. oczekiwania społeczne. Bo większość Polaków nie jest potomkami polskich, ani tym bardziej żydowskich właścicieli i nie mogłaby oczekiwać żadnej restytucji mienia ani zadośćuczynienia. Za to może sobie wyobrażać, że jeśli by do takiej restytucji doszło, to państwo będzie miało mniej pieniędzy dla nich – na szkoły, leczenie czy program „Rodzina 500+”. Albo każe zapłacić im większe podatki. Albo odda na cele tej restytucji kamienicę komunalną, w której mieszkają.
Choć tak naprawdę państwo posiada majątek, który mogłoby przeznaczyć na restytucję bez zabierania czegokolwiek komukolwiek: państwowe grunty rolne, lasy, inne nieruchomości, bogactwa naturalne, akcje spółek. Ale wielu ludzi po prostu identyfikuje się z państwem – identyfikacja z agresorem? – i jeśli państwo miałoby tu coś oddać, to odczuwa to tak, jakby miano zabrać im samym, nawet, jeśli faktycznie nic z tego nie mają.
Można więc przypuścić, że nie będzie żadnej restytucji mienia ani zadośćuczyniania, nie tylko oszustom, ale i prawowitym właścicielom czy ich spadkobiercom. Nadal będą obowiązywały ustawy i dekrety z czasów stalinowskich i gomułkowskich, żeby zadowolić część społeczeństwa o komunistycznej mentalności, krzyczącą, że Polska nie jest nikomu nic winna, a już na pewno Żydom.
No chyba, że naciski ze strony USA i innych państw będą na tyle silne, by wymusić na polskim rządzie sprawiedliwą ustawę reprywatyzacyjną.
Dlatego spadkobiercy byłych właścicieli w Polsce, a także polskie środowiska broniące poszanowania prywatnej własności powinny tu stanąć nie po stronie rządu polskiego, ale po stronie rządu amerykańskiego i prawowitych spadkobierców ofiar Holokaustu. Zaznaczając jednocześnie, że nikt nie ma szczególnego tytułu do mienia, w przypadku którego brak jest spadkobierców.

Obietnice Roberta Biedronia

Luty 3rd, 2019

Dowiedziałem się wreszcie, co konkretnie obiecuje Robert Biedroń.
Robert Biedroń obiecuje, że dofinansuje budowę 10 milionów mieszkań z „europejskiego programu mieszkaniowego” i zapewni bezpłatne przejazdy lądowym transportem publicznym młodym ludziom w całej Unii Europejskiej. Jak rozumiem, ma zapłacić za to Unia – ciekawe, czy o tym wie? 🙂
Robert Biedroń obiecuje, że państwowe spółki zostaną odpartyjnione, a media publiczne staną się niezależne dzięki wybieraniu ich władz przez komisje niezależne od polityków. Ciekawe – bo tego już nie napisał – w jaki sposób będą wybierane te komisje i w jaki sposób ma być zapewniona ich niezależność od polityków? 🙂
Robert Biedroń obiecuje wprowadzenie bezpłatnego dostępu do Internetu w całej Polsce. Ciekawe, czy wie, że taki dostęp (dla 99% mieszkańców Polski) oferowany jest już od 2011 r. przez spółkę Aero2 i ma być oferowany do końca bieżącego roku? 🙂
Robert Biedroń obiecuje, że powoła komisję sprawiedliwości i pojednania, która przeprowadzi audyt stanu praworządności w Polsce i zbada nadużycia prawa, których dopuścili się funkcjonariusze publiczni w latach 2015–2019. Ciekawe, czemu tylko w tym okresie? 🙂
Robert Biedroń obiecuje, że zwiększone wpływy podatkowe dzięki aktywizacji zawodowej nowych osób dadzą „3 miliardy złotych dla budżetu”, zapewniając jednocześnie, że do 2035 roku zostaną zamknięte wszystkie kopalnie i elektrownie węglowe (choć zarazem 200 tysięcy osób spośród górników i pracowników elektrowni ma otrzymać pracę w sektorze odnawialnych źródeł energii), płaca minimalna za rok będzie wynosiła 2700 zł, a za pięć lat już 3500 zł brutto, a program 500+ zostanie rozszerzony. O sposobach aktywizacji zawodowej nowych osób nic nie wspomina, poza inkubatorami startupów w każdej gminie i 3,5 miliarda złotych rocznie wsparcia na inwestycje innowacyjne. Ciekawe, czy policzył, że dodatkowe 3 miliardy zł wpływów do budżetu państwa z PIT wymagałoby aktywizacji zawodowej ok. 3 milionów nowych ludzi zarabiających 2700 zł brutto, a jeśli za „budżet” przyjąć również ZUS, NFZ i budżety samorządów, nie ograniczając się do PIT – ponad 300 tysięcy nowych osób? I w jaki sposób chce to zrealizować? 🙂

Nikt nie wygasił polskiego przemysłu

Styczeń 31st, 2019

Zauważyłem, że wiele osób hołduje poglądowi, jakoby polska transformacja gospodarcza po zakończeniu epoki PRL polegała m. in. na likwidacji niemal całego polskiego przemysłu, w interesie, oczywiście, zachodnich (przede wszystkim niemieckich) korporacji i państw, którym przeszkadzała polska konkurencja. Taką tezę wygłosił np. kilkanaście dni temu Rafał Ziemkiewicz, komentując korzystanie przez polskie elektrownie z importowanego węgla: „Odzyskawszy suwerenność zrobiliśmy taką „transformację”, żeby „wygasić” (…) prawie cały przemysł”. Taką tezę głosił przed ostatnimi wyborami do Sejmu również Paweł Kukiz, twierdząc nawet, że polityka unijna wciąż zmierza do tego, by „wygasić polski przemysł”. W 2015 roku, po ogłoszeniu planów ówczesnego rządu na temat likwidacji części kopalń (wtedy użyto właśnie słowa „wygaszenie”) wiele osób, zwłaszcza związanych z prawicą, przypominało, że od upadku PRL „wygaszono” ponad 600 dużych polskich zakładów przemysłowych. Na Facebooku wciąż krążą memy z długą listą zlikwidowanych przedsiębiorstw. Przekaz jest jasny: dużą część polskiego przemysłu, mimo wszystko kwitnącego w czasach PRL, celowo zniszczono, a resztę sprzedano obcym. Pozostało niewiele i zła Unia na czele ze złymi Niemcami próbuje zlikwidować i to.
A jak jest naprawdę? Wystarczy zerknąć na dane GUS i inne dane statystyczne.
Wg danych GUS za 2017 r. w Polsce było wówczas 70860 przedsiębiorstw zatrudniających 10 lub więcej pracowników, z przychodami ok. 3,34 bln zł i zatrudnieniem ok. 5,7 mln osób. Z tego przemysł to były 21103 przedsiębiorstwa z przychodami 1,5 bln zł i zatrudnieniem 2,5 mln osób.
Do tego dochodziło ponad 2 mln mikroprzedsiębiorstw z przychodami 141,7 mld zł, z czego przemysł stanowił niecałe 10%.
Ale może należy to wszystko do właścicieli zagranicznych? Otóż nie. Wg danych GUS za 2017 r. przedsiębiorstw z kapitałem zagranicznym (w tym tych poniżej 10 pracowników) było ok. 22,1 tys., z przychodami ok. 1,54 bln zł i zatrudnieniem niecałe ok. 2 mln osób. Z czego przemysł to była niecała połowa, z przychodami poniżej 700 mld zł.
Należy dodać, że Polska wg danych CIA należy do najbardziej uprzemysłowionych państw w Europie, a nawet na świecie. Udział przemysłu w PKB Polski przekracza 40%. Jest to mniej więcej tyle samo co w Chinach, więcej niż w tradycyjnie uprzemysłowionych Czechach, sporo więcej niż w Niemczech czy Rosji, dużo więcej niż we Francji. W Europie wyższy wskaźnik mają jedynie (minimalnie) Białoruś oraz Serbia, a na świecie głównie państwa opierające swoją gospodarkę na wydobyciu ropy naftowej. Jest to wprawdzie nieco mniej, niż w 1989 r., ale nie świadczy to o gospodarczym cofnięciu się – to, że Serbia, Wenezuela czy Korea Północna mają wyższy (nieco) udział przemysłu w PKB nie oznacza ich wyższego rozwoju.
PKB Polski wynosił w 2017 ponad 526 mld dolarów i był ośmiokrotnie większy niż w 1990 r. (kiedy to wynosił ok. 66 mld dolarów w przeliczeniu na dolary z 2017 r.). Z uwzględnieniem siły nabywczej różnica była ok. pięciokrotna.
Z udziału przemysłu w PKB Polski wynika, że polski przemysł w 2017 r. wytworzył ponad trzykrotnie więcej niż cała polska gospodarka w 1990 r., a uwzględniając siłę nabywczą – prawie dwukrotnie więcej. Jeśli wziąć pod uwagę same tylko przedsiębiorstwa przemysłowe z kapitałem polskim, to biorąc pod uwagę ich udział w przychodach sektora przemysłowego ogółem i uwzględniając siłę nabywczą wytworzyły one w 2017 r. mniej więcej tyle, co cała polska gospodarka w 1990 r. – i oczywiście znacznie więcej (ponad dwukrotnie) tyle, co ówczesny przemysł.
Prawdą jest natomiast, że w polskim przemyśle pracuje dziś dużo mniej ludzi niż przed 1990 r., co świadczy jedynie o tym, jak niską wydajność miała praca zatrudnionych w nim w tamtych czasach. Zmieniła się też jego struktura – mniejszy udział ma np. górnictwo.
Nie jest owszem wykluczone, że zmarnowano potencjał niektórych przedsiębiorstw, a niektóre inne przy okazji transformacji zniszczono po to, by ktoś mógł sobie zarobić. Ale ogólnie polskiego przemysłu jak widać wcale nie „wygaszono”. Produkuje więcej, stanowi pokaźną część polskiej gospodarki i wcale w większości nie należy do obcych.