Elektromobilność państwowa i prywatna

Wrzesień 15th, 2019

Pod koniec 2016 r. spółki Skarbu Państwa: PGE, Tauron, Enea i Energa powołały do życia spółkę ElectroMobility Poland, mającą produkować samochody elektryczne.
W tym samym czasie student Piotr Krzyczkowski wpadł na pomysł stworzenia elektrycznego motocykla miejskiego.
Co osiągnęli do tej pory?
ElectroMobility Poland nie ma jeszcze projektu elektrycznego auta, mimo zainwestowania w nią 70 milionów złotych. Prezes firmy zapowiedział w marcu br., że prace nad projektem potrwają jeszcze około 40 miesięcy, a pierwsze samochody zjadą z linii produkcyjnej za około cztery lata. Na razie w ubiegłym roku spółka zanotowała 2,6 mln zł strat.
Piotr Krzyczkowski w ciągu dwóch lat opracował projekt swojego motocykla, opatentował używane w nim rozwiązania i pozyskał finansowanie z funduszu inwestycyjnego Polskie Inwestycje Technologiczne ASI S.A. A potem w ciągu pół roku stworzył i zaprezentował prototyp. Części niezbędne do budowy prototypu wydrukowano na drukarce 3D, obniżając koszt jego produkcji siedem razy. Seryjna produkcja ma ruszyć w 2021 roku, a przewidywana cena to 15000 zł przy koszcie „paliwa” niższym od 1 zł na 100 km.
„Prywaciarz” dał radę, państwo póki co daje ciała.
Oczywiście samochód to bardziej skomplikowana rzecz niż mały motocykl, czy właściwie motorower.
Pytanie jednak, co bardziej przyda się ludziom dojeżdżającym w miastach do pracy? I co chętniej kupią? Samochód prawdopodobnie sporo droższy (jak pokazują ceny dotychczas produkowanych pojazdów) od porównywalnego spalinowego, czy w miarę tani jednoślad pozwalający na ominięcie korków i zaoszczędzenie na paliwie?

Lepiej zarabiający stracą

Wrzesień 9th, 2019

Jarosław Kaczyński obiecał podniesienie ustawowego minimalnego wynagrodzenia do 3000 zł brutto na koniec 2020 roku i 4000 zł brutto na koniec 2023 roku. Przebił w tym nawet Roberta Biedronia, który obiecywał wcześniej 2700 zł w 2020 roku i 3265 zł w 2022 roku. Pracownicy otrzymujący wynagrodzenie minimalne (takich jest ok. 14%) oraz nieco wyższe zapewne się cieszą. A co ma powiedzieć pracownik zarabiający powyżej średniej krajowej?
Podniesienie minimalnego wynagrodzenia do 4000 zł brutto będzie oznaczało, że pracodawca będzie musiał ponieść na minimalnie zarabiającego pracownika koszty wyższe o 2100 zł miesięcznie niż obecnie. Oznacza to, że na ok. 1,5 mln pracowników otrzymujących płacę minimalną przedsiębiorcy będą musieli ponieść koszty wyższe o ok. 37,8 mld zł rocznie niż obecnie. Być może część z nich zwolnią, lecz będą musieli zapłacić więcej również i tym, którzy zarabiają nieco więcej, ale mniej niż 4000 zł brutto. Można się więc spokojnie spodziewać, że taki wzrost płacy minimalnej zmusi przedsiębiorców do poniesienia wydatków większych o kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie niż obecnie.
A wynik finansowy netto przedsiębiorstw w ubiegłym roku wyniósł niecałe 113 mld zł i był o kilkanaście miliardów niższy niż w roku poprzednim. Czyli 30-50% obecnego rocznego zysku pójdzie na podwyżki wynagrodzeń dla najmniej zarabiających pracowników i również w 2023 roku może być to relatywnie podobne obciążenie dla przedsiębiorców.
W takiej sytuacji pracownicy zarabiający więcej w bardzo wielu firmach nie będą mogli już liczyć na podwyżki, bo zwyczajnie nie starczy na nie pieniędzy. Albo te podwyżki będą mniejsze. W dodatku prawdopodobnie dla części przedsiębiorstw działalność stanie się nieopłacalna i znikną z rynku. Będzie mniej miejsc pracy. Oznacza to, że pracownik będzie miał gorszą pozycję przetargową.
A z drugiej strony – taki praktycznie skokowy wzrost minimalnego wynagrodzenia oznacza zwiększony popyt na rynku na towary konsumpcyjne i co za tym idzie, wzrost ich cen. Bo nie jest tak, że zwiększenie popytu wywołuje w automagiczny sposób równoważne zwiększenie podaży, zwłaszcza jeśli przedsiębiorcom zabierze się więcej środków, które mogliby przeznaczyć na inwestycje.
O ile pracownicy, którzy dostaną podwyżki (zwłaszcza ci otrzymujący wynagrodzenie minimalne) mogą i tak na tym zyskać, o tyle ci zarabiający więcej od docelowego wynagrodzenia minimalnego – tacy jak ja – według wszelkich oznak na tym mogą stracić, mając zamrożone wynagrodzenia i musząc wydawać więcej na zakupach.
Wcale mi się to nie podoba.

Internet wymyka się kontroli

Wrzesień 7th, 2019

Pod koniec sierpnia br. w działającym od lipca 2017 r. Rejestrze Domen Służących do Oferowania Gier Hazardowych Niezgodnie z Ustawą było już 7140 domen.
Ministerstwo Finansów wszczęło 20 postępowań wobec przedsiębiorców telekomunikacyjnych i dostawców usług płatniczych, którzy nie zablokowali takich domen.
Od 1 stycznia 2017 r. do 31 października 2018 r. zidentyfikowano na serwerach zarządzanych przez krajowych hostingodawców 150 domen, na których zamieszczano niedozwoloną reklamę i promocję gier hazardowych. Hostingodawcy zostali zmuszeni do usunięcia lub zablokowania dostępu do zabronionych treści znajdujących się na 131 domenach.
Uczestnictwo w grach hazardowych oferowanych w Internecie przez podmioty nieposiadające licencji jest zagrożone wysokimi karami.
A mimo to, jak stwierdziła Najwyższa Izba Kontroli, wartość nielegalnego rynku zakładów wzajemnych online (które zaliczane są do gier hazardowych) wzrosła z 2822 mln zł w 2015 r. do ponad 4007 mln zł w 2018 r. I nadal jest wyższa od wartości rynku legalnego, choć ten rósł szybciej. 🙂
Jak widać, kontrolowanie Internetu nie jest tak łatwe, jak się wydawało urzędnikom. Ludzie jeśli chcą omijają blokadę (jest to stosunkowo łatwe: wystarczy korzystać z DNS poza Polską – np. Google – oraz dokonywać płatności przez pośrednika znajdującego się poza Polską) i praktycznie bezkarnie oddają się przyjemności internetowego hazardu.
Najwyższa Izba Kontroli zawnioskowała w związku z tym o „dalsze poszukiwanie prawno-organizacyjnych możliwości skrócenia czasu” ujmowania domen służących do oferowania nielicencjonowanego hazardu w rejestrze, zwłaszcza tzw. „domen-klonów” (czyli zapasowych domen wskazujących na te same adresy co domeny już wpisane do rejestru). Ciekawe jednak, co będzie, gdy okaże się, że to nie działa? (A na 99% tak będzie).
Zaproponują nakazanie przedsiębiorcom telekomunikacyjnym filtrowania całego ruchu internetowego przy pomocy urządzeń UTM? Albo przepuszczanie całego ruchu przez takie urządzenia w rządowych serwerowniach? A może masowo będzie się śledzić Polaków (przy użyciu Pegasusa czy podobnego oprogramowania?), czy uczestniczą w nielegalnym hazardzie w Internecie?
I o co to wszystko? O parę miliardów (niecałe 4 mld zł w 2018 r.) przychodów licencjonowanych bukmacherów, mniej więcej tyle samo spodziewanych przychodów Totalizatora Sportowego z e-kasyna (co przekłada się jednak na niezbyt imponujące zyski (na razie z 2,3 mld zł przychodów 2,2 mld zł wypłacono graczom)) i może z miliard podatku od gier? Nie lepiej obciąć budżet państwa o te parę miliardów (np. zmniejszając o 10% zatrudnienie w administracji), a rynek gier hazardowych, jego uczestników oraz Internet zostawić w spokoju?

Darmowy Internet dla wykluczonej cyfrowo młodzieży

Wrzesień 6th, 2019

Kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera obiecała wprowadzenie darmowego Internetu dla osób do 24. roku życia.  Bo „wykluczenie cyfrowe” i „musimy dać równy start w dorosłość”. W sytuacji, gdy:
– penetracja usługami szerokopasmowego dostępu do Internetu wynosiła w Polsce w 2018 r., w przeliczeniu na gospodarstwa domowe, 105% (czyli średnio na gospodarstwo domowe wypadała więcej niż jedna taka usługa), co było zapewnione w szczególności przez dostęp mobilny, gdzie wskaźnik penetracji wyniósł 162,6% i był najwyższy w Unii Europejskiej (źródło: UKE, Raport o stanie rynku telekomunikacyjnego w Polsce w 2018 r.);
– realnie dostęp do Internetu posiadało 84,2% gospodarstw domowych – więcej, niż komputer w domu (82,7%) – z czego aż 99,2% gospodarstw domowych z dziećmi (źródło: GUS, Społeczeństwo informacyjne w Polsce w 2018 r.);
– odsetek korzystających z Internetu wyniósł w 2018 r. 77,5% (źródło: GUS, Społeczeństwo informacyjne w Polsce w 2018 r.), w tym odsetek osób w wieku 16-24 lat korzystających z Internetu wyniósł 98,8% (źródło: GUS, Społeczeństwo informacyjne w Polsce. Wyniki badań statystycznych z lat 2014–2018)
– spośród tych gospodarstw domowych, które nie miały w 2018 r. dostępu do Internetu, jedynie w 17,4% (czyli 2,75% wszystkich) jako przyczynę podano zbyt wysokie koszty dostępu (źródło: GUS, Społeczeństwo informacyjne w Polsce w 2018 r.).
Pominę już to, że do końca br. Aero2 oferuje usługę darmowego dostępu do Internetu praktycznie w całej Polsce (i niewykluczone, że przedłuży okres jej oferowania), a najtańszy płatny pakiet w tej sieci kosztuje 2 zł miesięcznie.
Tak oderwały się nasze elity od rzeczywistości.

Przyciągnijmy internetowych gigantów

Wrzesień 4th, 2019

Wygląda na to, że polski rząd wycofał się z pomysłu wprowadzenia podatku od usług cyfrowych, który miałby objąć przychody ze świadczenia usług społeczeństwa informacyjnego użytkownikom w Polsce, również, a może nawet głównie przez usługodawców zagranicznych, takich jak Google, Facebook czy Amazon. Był on przewidywany jeszcze w założeniach projektu budżetu państwa na 2020 r., ale wiceprezydent USA Mike Pence podczas swojej wizyty w Polsce dwa dni temu powiedział, że „Stany Zjednoczone są głęboko wdzięczne za odrzucenie propozycji podatku od usług cyfrowych, który utrudniłby wymianę handlową”.
Osobiście byłbym zadowolony z niewprowadzania tego podatku, który we Francji już np. skutkuje podniesieniem opłat przez Amazona dla francuskich przedsiębiorców chcących korzystać z jego usług, choć nie chciałbym przy tym, by spodziewane z niego wpływy (ok. miliarda złotych) rząd uzupełnił nieplanowanym wcześniej wprowadzeniem lub podwyższeniem jakiegoś innego podatku. Na razie jednak nic na ten temat nie słychać.
Pojawiło się jednak sporo narzekań na to, że „internetowi giganci” i inni zagraniczni przedsiębiorcy świadczące usługi przez Internet nie będą musieli płacić w Polsce podatku. Bo jakże to, taki przedsiębiorca siedzi sobie w państwie, gdzie podatki są niższe, a jego polski konkurent ma płacić wyższe? I z jakiej racji w ogóle ma być tak, że można świadczyć usługi użytkownikowi w Polsce nie płacąc przy tym doli polskiemu rządowi, może nawet siedząc bezczelnie w tak zwanym raju podatkowym?
No cóż, dzisiejsza gospodarka w coraz większym stopniu wygląda tak, że coraz więcej usług można świadczyć na odległość przez Internet, i usługodawca może sobie siedzieć po drugiej stronie kuli ziemskiej. To normalne, że w takiej sytuacji będzie chciał siedzieć tam, gdzie ma najlepsze warunki do prowadzenia biznesu, wśród których jednym z istotnych elementów są niskie obciążenia podatkowe. Państwa, gdzie podatki są wysokie na tym tracą. Zamiast jednak próbować rekompensować sobie te straty dodatkowym podatkiem, który może odbić się na usługobiorcach, czyli pośrednio na nas wszystkich, dlaczego na przykład nie zlikwidować CIT i nie spróbować przyciągnąć w ten sposób do Polski usługodawców z zagranicy? Firmę świadczącą usługi cyfrowe znacznie łatwiej przenieść niż fabrykę przemysłową. Żeby przy tym zrównoważyć budżet, wystarczyłoby praktycznie zlikwidować program 500+ (41,2 mld oszczędności wg założeń budżetowych na 2020 r.) i np. Urzędy Pracy (ok. 4 mld oszczędności), lub też państwową telewizję (ok. 2,5 mld oszczędności) i państwowe dofinansowanie do katechezy w szkołach (ok. 1,5 mld oszczędności). Bo sumaryczne wpływy z CIT wynosiły w zeszłym roku 44,3 mld zł. A jak ktoś się upiera, by „500+” nie ruszać, to można np. pomyśleć o obcięciu w całości lub prawie w całości publicznych wydatków na gospodarkę, które w 2017 r. wynosiły ponad 16,5 mld zł (likwidacja CIT znacznie bardziej powinna tę gospodarkę rozruszać niż państwowe urzędy i dotacje), sport i turystykę (w 2017 r. ponad 6,5 mld zł – to powinno być hobby finansowane wyłącznie z prywatnych środków), kulturę i media (w 2017 r. ponad 8,8 mld zł – jak wyżej), a także o zmniejszeniu o powiedzmy choćby 10% zatrudnienia w „sferze budżetowej” (patrząc na budżet państwa na 2019 r. byłoby to ok. 7 mld zł oszczędności).
Oczywiście, niskie podatki to tylko jeden z elementów przyciągających cyfrowy biznes. Ale można by też postarać się o inne elementy. Na przykład zniesienie obowiązku ogólnego zatrzymywania danych telekomunikacyjnych do ewentualnego wykorzystania przez policję, służby czy prokuraturę (już parę lat temu uznał to za niedopuszczalne Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej) – napisałem tu nawet przy wsparciu Stowarzyszenia Libertariańskiego projekt ustawy. Wzmocnienie gwarancji wolności słowa – zniesienie odpowiedzialności karnej za zniesławianie, znieważanie prezydenta RP czy konstytucyjnego organu państwa (też jest projekt ustawy), obrazę uczuć religijnych, „kłamstwo oświęcimskie”, nawoływanie do nienawiści – wiele rzeczy, za które przedsiębiorcy świadczący usługi drogą elektroniczną mogą współodpowiadać, jeśli odpowiednio nie zareagują na donos. Jak najdłuższe odwlekanie implementacji dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym („ACTA2”), czyniącej „dostawców treści współdzielonych online” odpowiedzialnymi za treści użytkowników naruszające prawa autorskie i zmuszającej do aktywnego ich filtrowania. Wprowadzenie „e-rezydencji” (jak w Estonii), by podmiotom nawet z zagranicy można było łatwo zakładać działalność gospodarczą w Polsce, również w formie osób prawnych.
Dlaczego „internetowi giganci” (i mniejsi przedsiębiorcy internetowi też) nie mieliby przenieść się do Polski?

Ofer Aderet pisze nieprawdę

Wrzesień 3rd, 2019

Izraelski dziennikarz Ofer Aderet (współpracujący m. in. z „Tygodnikiem Powszechnym”) napisał w „Haaretz”, że „w obchodach 80.lecia nazistowskiej inwazji na Polskę, która rozpoczęła wojnę, nad ludobójstwem Żydów przeszło się do porządku dziennego, jakby się nigdy nie wydarzyło” i że „Żydzi – grupa, która podczas II wojny światowej zapłaciła najwyższą cenę – byli prawie całkowicie nieobecni w przemówieniach, zgromadzeniach, ceremoniach i marszach”. Według Adereta „prezydent Duda wspomniał w jednym zdaniu, że żydowscy obywatele Polski byli więzieni w gettach i wysyłani do obozów koncentracyjnych – ale powiedział, że była to część „terroru”, który był udziałem „całego” polskiego narodu”. Ostateczna konkluzja dziennikarza „Haaretz” jest taka, że „przeprowadzenie sponsorowanego przez państwo zgromadzenia, z udziałem międzynarodowym, na temat zdarzenia o wielkości II wojny światowej bez odniesienia się do jego żydowskich ofiar, jest wypaczeniem historycznym”.
Prawda jest jednak taka, że prezydent Duda wspomniał zagładę Żydów w swoich dwóch przemówieniach (w Warszawie i Wieluniu) kilkakrotnie:
„Polscy obywatele narodowości żydowskiej zostali zamknięci w gettach. Zostali oznakowani, byli traktowani jak nie-ludzie, byli mordowani, głodzeni, i w końcu poddano ich absolutnej, zbiorowej eksterminacji”.
„Takim najbardziej znanym z obozów zagłady był obóz Auschwitz-Birkenau. Obóz, w którym w czasie II wojny światowej zamordowano milion sto tysięcy Żydów z całej Europy, przede wszystkim z Polski”.
„Największa hekatomba w dziejach ludzkości! Straszliwa dla Polski – zniszczonej – która straciła 6 mln swoich obywateli, w tym 3 mln pochodzenia żydowskiego bestialsko zamordowanych w obozach zagłady w wielu miejscach”.
„Cała II wojna światowa była jedną wielką zbrodnią wywołaną przez szalone pożądanie władzy, szalone ambicje imperialne, ale przede wszystkim wywołaną przez pogardę wobec innych narodów – poprzez uważanie innych za podludzi albo właśnie w ogóle nie za ludzi, za podmioty zupełnie innej kategorii, które należy całkowicie zniszczyć, jak całkowicie miał być zniszczony naród żydowski, albo takie, z których należy uczynić niewolników, jak miało to być z naszym narodem”.
Nie zapomniał także o Żydach zamordowanych w Katyniu:
„Bo myślę tutaj po prostu o obywatelach państwa polskiego, ściśle mówiąc narodowości bardzo różnej: Polakach, Żydach, Ukraińcach, Rusinach – wszyscy byli oficerami Polskiej Armii. Wszystkich ich potraktowano jednakowo, wszystkich ich bestialsko pomordowano”.
Żydzi zostali wspomniani również w przemówieniu prezydenta Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera w Wieluniu:
„Za terrorem poszły zniszczenia, upokorzenia, poniżanie, prześladowania, tortury i idące w miliony zbrodnie dokonywane na obywatelach polskich, na polskich i europejskich Żydach”.
Jak widać, nie było to tylko jedno zdanie, ale kilka. W żadnym wypadku nie można stwierdzić, że nad ludobójstwem Żydów przeszło się do porządku dziennego, jak gdyby się nie wydarzyło. A to, że o zagładzie polskich Żydów wspomniano w kontekście „poddania całego narodu absolutnemu terrorowi” wynika po prostu z historycznych faktów. Bo w Polsce Niemcy prześladowali i mordowali nie tylko Żydów.
Być może w odczuciu pana Adereta o Żydach wspomniano tym razem zbyt mało. Jednak jest to odczucie subiektywne. Na pewno ich nie pominięto i na pewno nie jest tak, że nie odniesiono się do żydowskich ofiar II wojny światowej. To jest zwyczajna nieprawda.
A dlaczego piszę o artykule jakiegoś tam izraelskiego dziennikarza? Bo skwapliwie cytują go Gazeta.pl, „Rzeczpospolita” oraz Radio Maryja, w ogóle nie wspominając o tym, jak odniesienie się do Żydów i ich zagłady wyglądało w rzeczywistości.

Pierwszy września a aborcja

Wrzesień 2nd, 2019

Z reguły nie komentuję wypowiedzi hierarchów kościelnych, bo póki nie ma przymusu podporządkowywania się tym hierarchom, mało mnie one obchodzą. Tym razem jednak pojawiła się wypowiedź tak kuriozalna, że zrobię wyjątek.
Otóż przewodniczący Episkopatu Polski w rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej stwierdził, że „nasi wrześniowi agresorzy sprzed 80 lat należeli do światowej czołówki aborcyjnej” i że „walcząc z nimi, sami zakaziliśmy się tymi objawami zbrodniczej mentalności naszych okupantów”.
Chciałbym więc przypomnieć, że w ZSRR od 1936 r. do 1955 r. aborcja była zasadniczo zakazana i karalna (karze podlegały także same kobiety poddające się zabiegowi przerwania ciąży), zezwalano jedynie na aborcję ze wskazań medycznych.
Aborcję karano również w Niemczech po dojściu do władzy nazistów, w odniesieniu do kobiet niemieckich. Dopuszczano jedynie aborcję w przypadku obciążenia chorobą dziedziczną i w przypadku ciąży zagrażającej życiu. W 1943 roku za aborcję wprowadzono karę śmierci. Pozwolono natomiast w tym samym roku na przerywanie ciąży na żądanie Polkom i innym przedstawicielkom narodów podbitych.
W obu tych państwach w 1939 r. zakaz aborcji był bardziej restrykcyjny niż w Polsce, gdzie (odwrotnie niż w nazistowskich Niemczech i stalinowskim ZSRR) w 1932 r. zliberalizowano przepisy antyaborcyjne i aborcja była dopuszczalna zarówno ze wskazań medycznych, jak i gdy ciąża zaistniała w wyniku zgwałcenia, kazirodztwa bądź współżycia z nieletnią poniżej lat 15. Po zakończeniu wojny przywrócono te przepisy, a dalsza liberalizacja (zezwolenie na aborcję z powodu trudnych warunków życiowych) nastąpiła dopiero po śmierci Stalina, w 1956 r.
Arcybiskup Gądecki stwierdził też, że przyczyną wojny było „odwrócenie się od chrześcijańskich korzeni Europy”. Jakkolwiek w sensie teologicznym jest prawdą, że zarówno III Rzesza, jak i ZSRR się od tych korzeni odwróciły, to jednak należy tu przypomnieć, że Hitler zdobył władzę dyktatorską dzięki poparciu posłów katolickiej partii Centrum kierowanej przez księdza Kaasa, bo NSDAP po wyborach nawet wraz z koalicjantami oraz po aresztowaniu posłów komunistycznych i części socjaldemokratycznych nie miała większości dwóch trzecich głosów w Reichstagu, potrzebnej do przyznania jego rządowi takich uprawnień.

„ACTA2” naruszeniem Traktatu o funkcjonowaniu UE?

Sierpień 21st, 2019

Dziennik Urzędowy Unii Europejskiej publikuje streszczenie skargi, jaką Rzeczpospolita Polska wniosła do Trybunału Sprawiedliwości UE na art. 17 dyrektywy w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym („ACTA2”). To ten artykuł, który nakazuje serwisom społecznościowym „zapewniać brak dostępu” do treści zamieszczanych przez ich użytkowników w przypadku braku zezwolenia na publikowanie takich treści oraz zapobiegać przyszłemu zamieszczaniu tych treści. Polski rząd uznaje, że skutkuje to koniecznością wprowadzenia mechanizmów kontroli prewencyjnej i podnosi tu zarzut naruszenia prawa do wolności wypowiedzi i informacji, gwarantowanego przez art. 11 Karty praw podstawowych Unii Europejskiej.
A ja zwrócę uwagę na coś jeszcze. Dyrektywa ta sama w swej treści, a konkretnie w preambule (motyw 2) wskazuje, iż przyczynia się do osiągnięcia „celu Unii, jakim jest poszanowanie i wspieranie różnorodności kulturowej, równocześnie uwydatniając znaczenie wspólnego europejskiego dziedzictwa kulturowego”. Ten cel określony jest w art. 167 ust. 1 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Dodatkowo przywołuje wprost art. 167 ust. 4 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, który zobowiązuje Unię do uwzględniania w swoim działaniu aspektów kulturalnych.
A w art. 167 TfUE jest jeszcze ust. 5, który stanowi, iż „aby przyczynić się do osiągnięcia celów określonych w niniejszym artykule, Parlament Europejski i Rada, stanowiąc zgodnie ze zwykłą procedurą ustawodawczą i po konsultacji z Komitetem Regionów, przyjmują środki zachęcające, z wyłączeniem jakiejkolwiek harmonizacji przepisów ustawowych i wykonawczych Państw Członkowskich”.
Powtórzę: środki zachęcające, z wyłączeniem jakiejkolwiek harmonizacji przepisów ustawowych i wykonawczych Państw Członkowskich. Nie dyrektywy, które te przepisy harmonizują.
Powyższy cel wymieniony w motywie 2 preambuły dyrektywy w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym nie może więc być osiągany przez uchwalanie dyrektyw.
Tak samo nie może być w taki sposób osiągany cel, jakim jest wspieranie twórczości artystycznej i literackiej, włącznie z sektorem audiowizualnym (wskazany w art. 167 ust. 2 TfUE).
To prawda, że art. 118 TfUE upoważnia Unię do ustanawiania „środków dotyczących tworzenia europejskich praw własności intelektualnej w celu zapewnienia jednolitej ochrony praw własności intelektualnej w Unii oraz utworzenia scentralizowanych na poziomie Unii systemów zezwoleń, koordynacji i nadzoru”. Ale w świetle art. 167 powinno się przyjąć, że art. 118 dotyczy jedynie praw własności przemysłowej, a nie prawa autorskiego. Bo prawo autorskie dotyczy kultury, a w dziedzinie kultury Unia ma kompetencje jedynie do prowadzenia działań mających na celu wspieranie, koordynowanie lub uzupełnianie działań Państw Członkowskich (art. 6 TfUE). Można wprawdzie wskazać, że prawo autorskie dotyczy również rynku wewnętrznego, ale zgodnie z art. 4 ust. 1 TfUE tylko kompetencje, które nie dotyczą dziedzin określonych w art. 6 (a więc m. in. kultury) mogą być współdzielone między Unią a państwami członkowskimi. Jeśli więc jakiś obszar zalicza się zarówno do rynku wewnętrznego, jak i do kultury, to w tym obszarze Unia nie ma kompetencji współdzielonych, a jedynie te określone w art. 6.
Tak więc można podnieść zarzut, że dyrektywa w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym, jak i wszystkie inne dyrektywy dotyczące prawa autorskiego są sprzeczne z Traktatem o funkcjonowaniu Unii Europejskiej i stanowią wykroczenie Unii poza jej kompetencje.

Komuniści zagrabili, Konfederacja nie chce oddawać

Sierpień 20th, 2019

Partia Konfederacja oświadczyła, że „nigdy nie pozwoli na realizację skandalicznych i bezpodstawnych roszczeń żydowskich”, komentując stanowisko Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego, która…
…nie, bynajmniej nie zażądała przekazania jej „bezspadkowego” mienia pozostałego po polskich Żydach zgładzonych przez Niemców podczas wojny. Ani rekompensat za nie. Po prostu ustami swojego skarbnika Gideona Taylora poparła list amerykańskich senatorów wzywający sekretarza stanu Mike’a Pompeo do podjęcia dalszych działań na rzecz tego, do czego wezwał on Polskę w lutym br. – „podjęcia kroków na rzecz restytucji prywatnego majątku należącego do ofiar Holokaustu, ich rodzin i innych, którym ten majątek skonfiskowano w czasach komunistycznych” – oraz przypominający, że Polska „nie spełniła jeszcze swoich obietnic danych ocalałym z Holokaustu i innym, którym skonfiskowano mienie”. Sam Taylor stwierdził, że „Polska powinna uwzględnić ten donośny apel Senatu USA o sprawiedliwość dla ocalałych z Holokaustu i ich rodzin. Ocaleni z Holokaustu, a także inni Żydzi i nie-Żydzi, zbyt długo czekali na to, aż Polska uchwali prawo dotyczące mienia najpierw zabranego przez nazistów, a potem znacjonalizowanego przez polski reżim komunistyczny”.
Konfederacja w swoim wpisie na Facebooku cytuje część tych wypowiedzi, oddając ich sens, choć mieszając w jedno to, co napisali amerykańscy senatorowie i to, co powiedział Gideon Taylor (tak to jest, jak się korzysta ze źródeł z tzw. drugiej ręki). Wygląda więc na to, że „skandaliczne i bezpodstawne roszczenia” to dla nich wcale nie tylko ewentualne wyciągnięcie ręki po „mienie bezspadkowe”, ale po prostu samo domaganie się, by ofiarom komunistycznej grabieży i ich rodzinom – nie tylko Żydom! – zwrócić lub zrekompensować to, co zostało im ukradzione.
Innymi słowy, partia Konfederacja broni efektów tej grabieży, w sporze między prywatnymi osobami i państwem, które ich okradło stając po stronie tego państwa. Zupełnie inaczej niż partia, z której wywodzi się część jej polityków – stara Unia Polityki Realnej z lat 90. Wtedy to poseł Lech Pruchno-Wróblewski mówił z trybuny sejmowej: „Problem przezwyciężenia systemu komunistycznego to problem restytucji. (…) W sferze ekonomicznej restytucja oznacza przywrócenie konkretnym ludziom mienia, z którego zostali przed laty wyzuci. (…) Jeśli chcemy, by to przezwyciężenie było całkowite, to restytucja praw musi być też całkowita, musi być pełna. Jeśli potępiamy rabunek, to konsekwencją tego potępienia musi być zwrot tego, co zostało zrabowane. Jeśli zawahamy się w tej konsekwencji, to żadne, najbardziej uroczyste zapewnienia, że wyrzekamy się rabunku jako metody działania naszego państwa, nikogo nie przekonają”.
A dlaczego? Przypuszczam, że dlatego, iż potencjalnych wyborców mających słuszne roszczenia do polskiego państwa o zagrabione mienie jest jednak mniej niż tych, w których można wzbudzić obawę o to, że państwo w celu zaspokojenia tych roszczeń będzie grabić z kolei ich. I tych, którym się wydaje, że z mienia w rękach państwa mają większe korzyści niż z tego w rękach prywatnych. I tych nienawidzących fabrykantów, kamieniczników, arystokratów, burżujów, a zwłaszcza Żydów.

Co chroni wolność zgromadzeń w Polsce

Sierpień 13th, 2019

Jarosław Kaczyński, zapytany podczas Pikniku Rodzinnego w Zbuczynie o „marsze równości”, powiedział: „Gdyby to ode mnie zależało, no to by było jasne. Mój brat świętej pamięci, warszawiak, gdy był prezydentem Warszawy to zakazał. Natomiast, no tu jest sprawa przepisów UE. No, uchylą nam takie zakazy. Sądy zresztą też uchylą, bo są całkowicie pod wpływem tej ideologii”. Czyli sprawa jest jasna – przywódca rządzącej partii ma gdzieś wolność zgromadzeń i najchętniej zakazałby tych, które mu się nie podobają. Jedyne, co go przed tym powstrzymuje, to Unia Europejska i nadal niezależne od władzy ustawodawczej i wykonawczej sądy.
Pamiętam, jak PiS protestowało, gdy Bronisław Komorowski i Platforma Obywatelska w 2012 r. wprowadzali przepisy ułatwiające zakazywanie zgromadzeń m. in. z uwagi na zgłoszenie w tym samym czasie i miejscu innych zgromadzeń. W 2013 r. sam brałem udział w zorganizowanym przez PiS posiedzeniu Obywatelskiej Komisji Legislacyjnej przy Parlamentarnym Zespole ds. Obrony Demokratycznego Państwa Prawa, która miała przygotować projekt nowego prawa o zgromadzeniach i jak pamiętam posłowie PiS (w tym obecny prezydent Andrzej Duda, Krzysztof Szczerski, a nawet Krystyna Pawłowicz) odnosili się przychylnie do zgłoszonych przez przedstawicieli organizacji społecznych (m. in. przeze mnie) propozycji zwiększających swobodę organizowania zgromadzeń. Okazuje się jednak, że dzisiaj dla Jarosława Kaczyńskiego stawanie przez sądy w obronie wolności zgromadzeń to wpływ „ideologii LGBT”. Jakoś prezes PiS nie zauważył, że sądy uchylały również zakazy odbywania innych zgromadzeń, np. manifestacji Ruchu Narodowego w Katowicach czy Marszu Niepodległości. A może zauważył, ale uważa, że lesbijkom, gejom i osobom ich popierającym wolność zgromadzeń nie przysługuje.
Jak widać, moralność Kalego nadal ma się dobrze wśród polityków, a znienawidzone przez wielu „nadzwyczajna kasta” i Unia Europejska (choć skądinąd nierzadko same przyczyniające się do cenzury) są jedynymi przeszkodami stającymi na drodze zakusom rządzącej partii do zakazywania głoszenia na ulicy poglądów, z którymi się nie zgadza – jak za czasów komunistycznych lub w putinowskiej Rosji.