Swoboda dla Ubera, swoboda dla taksówek

Czerwiec 13th, 2017

Wypowiadam się na temat Ubera, protestów taksówkarzy i regulacji rynku przewozów osób.

Uchodźcy

Maj 29th, 2017

Czytam, że Urząd do Spraw Cudzoziemców odmówił przyznania statusu uchodźców dwóm Czeczeńcom. Pierwszy był w swoim kraju torturowany przez policję podczas przesłuchań, ale urząd w uzasadnieniu odmownej decyzji uznał, że działania te nie były wymierzone bezpośrednio w niego, bo przesłuchującym chodziło o uzyskanie informacji na temat osoby trzeciej – miało to, zdaniem urzędników, charakter „rozpoznawczo-informacyjny”. Drugi otrzymał podwójny wyrok śmierci, ale urzędnicy uznali, że nie jest zagrożony, bo w Rosji jest moratorium na wykonywanie kary śmierci.
Chodzi o dobre stosunki z Putinem, czy o podlizywanie się nacjonalistycznemu elektoratowi, dla którego każdy uchodźca, zwłaszcza wyznający islam, to potencjalny gwałciciel i terrorysta, za to Putin – pozwalający swojemu kumplowi Kadyrowowi wprowadzać w Czeczenii zamordyzm oparty na elementach prawa szariatu – to niemalże nowy Sobieski broniący Europy przed muzułmańskimi najeźdźcami?
Rozumiem sprzeciw wobec przymusowego „przyjmowania” przez Polskę uchodźców (a właściwie kandydatów na uchodźców) w ramach „relokacji” wymyślonej przez Unię Europejską. Zasadniczo nie uważam, by Polska jako państwo miała kogokolwiek „przyjmować” na koszt podatników. Po prostu powinno się pozwalać przyjeżdżać tu pokojowo zachowującym się ludziom, obojętnie, czy uciekają przed prześladowaniami, czy szukają lepszego życia. A decyzję o ich „przyjmowaniu” powinni podejmować indywidualnie właściciele nieruchomości, pracodawcy czy osoby chcące korzystać z ich usług – wynajmując czy sprzedając im mieszkania, zatrudniając, kupując. W praktyce tak się zresztą w dużej mierze robi, a przynajmniej robiło do jeszcze niedawna – wg danych Komisji Europejskiej Polska w 2014 r. wydała niemal najwięcej zezwoleń na pobyt ze wszystkich państw UE (więcej wydała tylko Wielka Brytania), a imigrantów na 1000 mieszkańców miała więcej niż np. Francja, Włochy czy Portugalia. Sprzyja to wzrostowi gospodarczemu i bogaceniu się kraju, bo przybysze swoją pracą przyczyniają się do zwiększania się ogólnego bogactwa.
Jednak skoro istnieje coś takiego jak status uchodźcy, to odmowa jego przyznania ludziom realnie prześladowanym i występującym o niego w Polsce (co jest równoznaczne z groźbą odesłania ich tam, gdzie grożą im tortury, długoletnie więzienie lub śmierć) na podstawie uzasadnień takich jak wyżej to hańba.
To również – paradoksalnie – większe obciążenie polskich podatników, bo ci większe koszty ponoszą w przypadku osób starających się o status uchodźcy, niż w przypadku osób, które taki status już dostały. Uchodźca nie mieszka w finansowanym przez państwo ośrodku dla cudzoziemców, dostaje „socjal” (tzw. pomoc na integrację) jedynie przez rok, może pracować tak jak obywatel polski, może też bez problemu wyjechać z tzw. paszportem genewskim. Co najprawdopodobniej zrobi. Od lat 90. przyjechało do Polski około 90 tysięcy obywateli Rosji narodowości czeczeńskiej (najwięcej – ponad 12 tysięcy – w 2013 r.) – większość wyjechała dalej na Zachód. Nie spowodowało to wzrostu terroryzmu, liczby gwałtów ani innych problemów społecznych. Mogły zdarzyć się co najwyżej pojedyncze przypadki kryminalne – takie, jak zdarzają się też w przypadku Polaków.
Można też wydać zgodę na pobyt ze względów humanitarnych lub pobyt tolerowany – wtedy taka osoba nie dostaje w ogóle pomocy na integrację, może pracować, ale trudniej jest jej legalnie wyjechać. Mam nadzieję, że ludzie, o których była mowa na początku, otrzymają przynajmniej to.

List do Senatu RP w sprawie zmian Prawa farmaceutycznego

Kwiecień 18th, 2017

Szanowni Państwo,
Sejm uchwalił w dniu 7 kwietnia br. ustawę o zmianie ustawy Prawo farmaceutyczne, celowo ograniczającą liczbę aptek w Polsce – zezwolenie na otwarcie nowych aptek będą mogli otrzymywać jedynie farmaceuci (lub ich spółki jawne lub partnerskie) posiadający dotychczas mniej niż cztery apteki, i tylko w przypadku, gdy nowa apteka będzie położona co najmniej w odległości 500 m od innych aptek w linii prostej, a w przypadku, gdy w danej gminie na jedną aptekę przypada mniej niż 3000 osób – w odległości 1 km.
Oznacza to, że w wielu przypadkach otwarcie nowej apteki w miejscu likwidowanej starej będzie z uwagi na odległość niemożliwe, w niektórych gminach mogą w ogóle nie powstać już nowe apteki. Liczba aptek będzie mniejsza niż mogłaby być bez regulacji wprowadzanej tą ustawą. Właściciele aptek już istniejących na rynku będą działali w warunkach mniejszej – coraz mniejszej – konkurencji.
Z punktu widzenia konsumentów – osób kupujących leki – będzie oznaczać to dłuższą drogę do apteki, dłuższe czekanie w kolejce, dłuższy czas poświęcony na znalezienie apteki, w której dostępny jest określony lek, a także – wskutek zmniejszenia konkurencji – prawdopodobny wzrost tych cen leków, które nie są regulowane. Dodatkowo, ponieważ stopniowo z rynku eliminowane będą podmioty posiadające więcej niż cztery apteki, można spodziewać się zmniejszenia zdolności negocjacyjnej właścicieli aptek w kontaktach z hurtowniami leków (jako że można przypuszczać, iż małe podmioty mają tę zdolność mniejszą), co również może skutkować wzrostem cen.
Regulacje wprowadzane ustawą są oczywistym ograniczeniem wolności gospodarczej. Zgodnie z art. 22 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej ograniczenie wolności gospodarczej dopuszczalne jest tylko ze względu na ważny interes publiczny. W tym przypadku regulacje te nie tylko realizują interesu publicznego, ale wręcz weń godzą, prowadząc do utrudnienia życia klientom aptek, czyli potencjalnie wszystkim – bo każdy może zachorować i potrzebować kupna leku.
Autorzy projektu ustawy nie uzasadnili, w jaki sposób wprowadzane regulacje miałyby przyczynić się do realizacji ważnego interesu publicznego. Jako przykład negatywnych zjawisk, którym wprowadzane regulacje mają zapobiec wskazano:
1) „Niebezpieczeństwo całkowitej monopolizacji rynku usług farmaceutycznych i przejęcia go przez duże, międzynarodowe podmioty, spowodowane m. in. nieprzestrzeganiem ustawowych zakazów koncentracji, takich jak np. 1% aptek w województwie” – z danych przytaczanych przez autorów projektu nie wynika jednak, by rynkowi temu groziła w najbliższym czasie jakakolwiek monopolizacja (wskazali, iż „w Polsce na chwilę obecną działa już ponad 380 sieci aptecznych” oraz że „udział wartościowy w rynku sieci aptecznych składających się z więcej niż 5-ciu aptek wynosi obecnie ok. 44%”, a „w chwili obecnej najszybszej ekspansji rynkowej dokonują duże sieci („50+”), które w 2014 r. kontrolowały 14% rynku”. Jak widać z tych liczb, 56% udziału w rynku mają podmioty mające do 5 aptek, natomiast resztę udziału w rynku ma ponad 380 sieci, w tym jedynie 14% podmioty posiadające więcej niż 50 aptek. W żaden sposób nie można nazwać tego rynkiem zmonopolizowanym, ani też takim, któremu grozi monopolizacja. Dodatkowo autorzy projektu nie wskazali, dlaczego zwiększający się udział w rynku aptecznym większych podmiotów miałby być zjawiskiem negatywnym – są przesłanki, by uważać, że z punktu widzenia konsumenta jest to zjawisko pozytywne, jako że duże podmioty zwykle kupują taniej w hurtowniach i mogą stosować niższe marże (zjawisko znane ogólnie w branży handlowej). Z raportu Pharmanet „Sieci apteczne w Polsce” z września 2015 r. (http://pharmanet.org.pl/uploads/RAPORT%20-%20Sieci%20apteczne%20w%20Polsce_56308f5db9958.pdf), a także z raportu Fundacji Republikańskiej „Rynek dystrybucji farmaceutycznej w Polsce” z 2016 r. (http://fundacjarepublikanska.org/wp-content/uploads/2016/09/Rynek-Dystrybucji-Farmaceutycznej-2016.pdf) wynika, że najniższe średnie ceny leków są w sieciach posiadających od 14 do 49 aptek, również w większych sieciach są one niższe niż w aptekach indywidualnych.
2) „Likwidacja małych, polskich przedsiębiorców prowadzących apteki” – jak wyżej, przytaczane przez autorów projektu liczby nie wskazują w żaden sposób na groźbę takiej likwidacji, za to wprowadzane regulacje, ograniczające liczbę aptek według kryterium odległości między nimi i liczby mieszkańców przypadających na jedną aptekę, mogą doprowadzić do faktycznej likwidacji części przedsiębiorców prowadzących apteki, w tym również małych i polskich.
3) „Braki leków na rynku istotnych z punktu widzenia zdrowia i życia polskich pacjentów (cały czas występujący problem z wywozem leków za granicę i brak możliwości skutecznego zaspokajania potrzeb pacjentów w dostępie do leków, co może doprowadzić do sytuacji zagrożenia ich zdrowia i życia)” – nie wskazano, w jaki sposób ograniczenie liczby aptek ma zapobiec brakom leków i wywozowi leków za granicę, można natomiast przypuszczać, że z punktu widzenia konsumenta dostęp do niektórych leków faktycznie zmniejszy się wraz z liczbą aptek, gdyż mogą zostać zlikwidowane te lepiej zaopatrzone, dodatkowo mniejsza konkurencja nie będzie bodźcem do utrzymywania dobrego zaopatrzenia w leki.
4) „Straty dla budżetu państwa w zakresie pozyskiwania podatków dochodowych i podatku od towarów i usług (m. in. brak odpowiedniego nadzoru nad obrotem oraz likwidacja podmiotów płacących podatki w Polsce powodują utratę wpływów podatkowych)” – w tym przypadku należy wspomnieć, że wszystkie podmioty prowadzące działalność gospodarczą na terenie Polski mają obowiązek płacić podatki w Polsce, natomiast międzynarodowe sieci, teoretycznie mogące „optymalizować” podatki i wyprowadzać zyski z Polski, to zaledwie pięć z działających na polskim rynku sieci aptecznych (Dr. Max, EuroApteka, SuperPharm, Hebe Apteka, Apteka Gemini). Ograniczenie liczby aptek nie zwiększy też w żaden sposób nadzoru nad obrotem dokonywanego przez organy podatkowe – oszustw podatkowych może dokonywać tak samo mały podmiot, jak i duży.
5) „Degradacja roli i znaczenia zawodu farmaceuty” – autorzy projektu nie wskazali, na czym ona miałaby polegać i w jaki sposób ograniczenie liczby aptek miałoby to zmienić. Ponadto interes zawodowy farmaceutów nie jest tożsamy z interesem publicznym.
6) „Świadome łamanie prawa przez liczne grupy, które wyspecjalizowały się w wykorzystywaniu instytucji apteki ogólnodostępnej do pozyskiwania nielegalnych dochodów” – tu również nie wskazano przykładów, ani nie uzasadniono, w jaki sposób ograniczenie liczby aptek czy ograniczenie prawo do ich prowadzenia przez farmaceutów i ich spółki może temu zapobiec – farmaceuci mogą łamać prawo tak jak inni.
7) „Brak odpowiedniej liczby farmaceutów, która zapewniałaby właściwy poziom usług farmaceutycznych (według danych wynikających z rejestru aptek, Centralnego Rejestru Farmaceutów oraz szacunków samorządu aptekarskiego liczba farmaceutów przypadająca na jedną aptekę ogólnodostępną jest mniejsza niż 2)” – jako, że istnieje ustawowy obowiązek zatrudniania farmaceuty jako kierownika apteki oraz zatrudniania przy wykonywaniu w aptece czynności fachowych farmaceutów i techników farmaceutycznych w granicach ich uprawnień zawodowych, nie można twierdzić, że brak jest odpowiedniej liczby farmaceutów do prowadzenia aptek i zapewniania „właściwego poziomu usług”. Z drugiej strony, proponowane regulacje nie przewidują obowiązku zatrudnienia większej liczby farmaceutów w aptekach – może się więc zdarzyć, że ograniczenie liczby aptek doprowadzi do tego, że część farmaceutów nie będzie mogła znaleźć pracy w swoim zawodzie.
8) „Stałe otwieranie się nowych aptek, nierzadko po przekształceniu ze spółek, którym cofnięto zezwolenie, np. z powodu utraty rękojmi należytego prowadzenia apteki w wyniku nielegalnego wywożenia leków za granicę” – to może być co najwyżej argument za zakazem wydawania zezwoleń na prowadzenie aptek osobom związanym ze spółkami, którym cofnięto zezwolenie, natomiast nie wynika z tego, że należy ograniczyć liczbę aptek. Stałe otwieranie się nowych aptek jako takie jest zjawiskiem korzystnym z punktu widzenia konsumenta, a regulacje zawarte w uchwalonej ustawie i tak nie zapobiegają sytuacjom wskazanym tu przez autorów projektu.
Reasumując, uchwalona ustawa nie realizuje w żaden sposób interesu publicznego, tym bardziej ważnego. Realizuje co najwyżej interes jednej grupy zawodowej – farmaceutów będących właścicielami pojedynczych aptek lub mikrosieci aptecznych, bądź też posiadających środki na otwarcie apteki. Jednocześnie w istotny sposób ogranicza wolność gospodarczą, prowadząc do zmniejszenia konkurencji. Jest więc sprzeczna z art. 22 Konstytucji RP.
W związku z tym proszę o jej odrzucenie w całości.

Państwo grup interesu

Kwiecień 8th, 2017

Sejm uchwalił wczoraj nowelizację prawa farmaceutycznego prowadzącą do ograniczenia liczby aptek – nowe zezwolenia na prowadzenie aptek będą mogli uzyskiwać tylko farmaceuci lub ich spółki posiadający mniej niż cztery apteki, a odległość między aptekami wynosić ma co najmniej kilometr, lub pół kilometra w przypadku, gdy na jedną aptekę w gminie przypada co najmniej 3000 osób. Czyli kolejki będą większe, nieregulowane ceny leków wyższe, a chorzy ludzie chcący szybko kupić trudno dostępny lek będą musieli nachodzić lub najeździć się więcej. Lobby aptekarzy na pewno będzie zadowolone, my wszyscy jako potencjalni konsumenci leków mniej.
I tak właśnie działa demokracja przedstawicielska – mniejszościowe grupy interesu mają w niej do powiedzenia więcej niż większość i mogą ją przy pomocy państwa wyzyskiwać. Bo przeciętny członek grupy interesu ma na regulacji takiej jak ta więcej do zyskania niż przeciętny obywatel do stracenia. I opłaca się mu poświęcić więcej czasu i środków na przekonywanie „przedstawicieli Narodu” na rzecz takiej regulacji niż przeciętnemu obywatelowi przeciwko.
Trudniej jest im w parlamencie bardziej podzielonym – bo trzeba przekonać różne, często skłócone ze sobą frakcje. Łatwiej w parlamencie, gdzie jedna partia, w dodatku o charakterze wodzowskim, ma większość. Tu trzeba tylko przekonać szefostwo tej partii. Dlatego pomysł na „apteki tylko dla aptekarzy” mimo iż forsowany od wielu lat, został przegłosowany dopiero teraz, za rządów PiS. Podobnie jak inne antywolnościowe pomysły, takie jak cenzura Internetu w celu walki z nielegalnym hazardem czy ziemia rolna tylko dla rolników. W kolejce czekają już kolejne, takie jak ograniczenie handlu w niedziele czy ustawa o stałej cenie książki.
Problemem jest nie tyle to, że rządzi PiS, ile to, że partia ta ma (wraz ze swoimi przystawkami z tej samej listy wyborczej) bezwzględną większość w Sejmie, a charakter tej partii jest wodzowski – posłowie „przyklepują” tylko to, co każe im przegłosować kierownictwo. Efekt ordynacji pseudoproporcjonalnej z progami.
Ale mechanizm ten działa w każdej demokracji przedstawicielskiej. W dyktaturze też. Najsłabiej działa w demokracji bezpośredniej – instytucja „weta ludowego” (możliwość odrzucenia uchwalonej ustawy w referendum, oczywiście bez progu frekwencji) bardzo by się tu przydała. Podobnie jak decentralizacja – gdyby takie regulacje jak ta dotycząca rynku aptek zapadały na poziomie oddolnie tworzonej gminy, wielu ludzi miałoby szanse kupować tańsze leki w mniejszych kolejkach w gminie sąsiedniej, w której i tak często bywają, a właściciele „regulowanych” aptek poddani byliby większej presji ze strony konkurencji. A w ostateczności mieszkańcy wsi czy osiedla mogliby przyłączyć się do tej sąsiedniej gminy.
Skoro już musi być państwo, to niech będzie maksymalnie demokratyczne i zdecentralizowane. Wtedy grupy interesu w najmniejszym stopniu będą mogły nas wyzyskiwać.

Obietnice Łukaszenki, obietnice Zandberga

Marzec 23rd, 2017

Aleksander Łukaszenko nakazał białoruskim urzędnikom znaleźć do 1 maja br. pracę wszystkim białoruskim bezrobotnym. W jaki sposób urzędnicy mają to zrobić? Po pierwsze mają załatwić pracę „dla swoich żon, mężów, kochanków i kochanek, rodzin i przyjaciół, dla tych, którzy mogą i chcą pracować”. Po drugie – „zamiast maszyn i urządzeń, których amortyzacja znacznie przewyższa koszty pracy ręcznej, należy zatrudnić ludzi”.
W Polsce na podobny pomysł – zagwarantowania wszystkim pracy przez państwo – wpadła partia Razem. Jest to ich oficjalna propozycja programowa. Z tym, że w odróżnieniu od Łukaszenki, Adrian Zandberg i jego towarzysze uważają, że „prawo do godnej pracy i płacy w kraju ojczystym powinno zostać zagwarantowane na poziomie europejskim”. Czyli nie dość, że wszyscy bezrobotni mają znaleźć pracę, ale Polacy w Polsce powinni zarabiać co najmniej tyle, ile średnio zarabia się w Unii Europejskiej, to znaczy na poziomie mieszkańców Włoch czy Francji.
Jak to ma zostać osiągnięte, partia Razem na razie nie podała. Czy wzorem białoruskim pracę mają załatwić urzędnicy, czy państwo ma zmusić przedsiębiorców do zatrudnienia wszystkich bezrobotnych, czy mamy wrócić do państwowej gospodarki z czasów PRL, gdzie wszak było pełne zatrudnienie. Obawiam się jednak, że tak czy owak pojawi się problem, skąd wziąć pieniądze na europejskie zarobki dla wszystkich i na to nie poradzi nawet Zandberg.
Ja rozumiem, że bezrobocie jest problemem. Sam miałem okresy, w których byłem bezrobotnym i szukałem pracy. Wiem też doskonale, że w Polsce zarabia się w porównaniu z Europą Zachodnią mało. Uważam, że jest to owszem w jakimś stopniu skutkiem działań państwa, które od wielu lat nie pozwala gospodarce rozwijać się tak, jakby mogła się rozwijać. Jestem za tym, by tę politykę gospodarczą zmienić na bardziej sprzyjającą rozwojowi gospodarczemu, a co za tym idzie mniejszemu bezrobociu i wyższym zarobkom. Ale wiara w to, że pracę i zarobki można każdemu „zagwarantować”, i to najwyraźniej metodami politycznymi, jest myśleniem magicznym – patrzeniem na państwo „tak, jak dzikus patrzy na swoich bożków”, używając porównania z powieści Heinleina. I to myśleniem szkodliwym, bo jeżeli wyznawcy tej wiary dojdą do władzy, to możemy znowu żyć na poziomie PRL albo dzisiejszej Białorusi.

Delegalizacja politycznego nienawistnictwa – kolejna odsłona?

Luty 18th, 2017

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik uważa, że internetowy „hejt” wobec polityków należy ścigać i w tym przypadku „wchodzą w grę przepisy z Kodeksu karnego, które mówią o poniżaniu organów Rzeczpospolitej Polskiej (…) oraz atakowaniu osób, na przykład ze względu na przekonania polityczne”.
Otóż, o ile publiczne poniżanie konstytucyjnego organu RP jest faktycznie karalne, o tyle słowne atakowanie kogoś ze względu na przekonania polityczne nie jest (w odróżnieniu od znieważania kogoś z powodu jego przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu bezwyznaniowości), o czym wiceminister sprawiedliwości powinien wiedzieć. Chyba, że jest to zwykła zniewaga ścigana z oskarżenia prywatnego. Karalność „nawoływania do nienawiści” z powodu m. in. czyjejś przynależności politycznej, a także przekonań chciała wprowadzić w 2012 roku Platforma Obywatelska, jednak projekt otwierający furtkę do karania wszelkiej krytyki przeciwników politycznych szybko upadł. Czyżby wiceminister Wójcik chciał do tego projektu powrócić?
Jeżeli tak, to przypomnę, że w badaniu przeprowadzonym pod koniec 2015 roku przez PewResearch Center 60% Polaków opowiedziało się za tym, by ludzie mogli publicznie wzywać do gwałtownych protestów (największe poparcie dla wolności tego typu wypowiedzi na świecie), a 89% – za tym, by ludzie mogli publicznie krytykować politykę rządu. Jakkolwiek internetowy hejt nie jest niczym miłym, to próby karania słownych ataków na polityków mogą źle się skończyć dla rządu.

O wolność zgromadzeń – list do Prezydenta RP

Grudzień 16th, 2016

Napisałem list do Prezydenta RP Andrzeja Dudy:

„Szanowny Panie Prezydencie,
w 2013 roku brałem udział, jako przedstawiciel Stowarzyszenia Blogmedia24.pl, w posiedzeniu tzw. Obywatelskiej Komisji Legislacyjnej przy Parlamentarnym Zespole ds. Obrony Demokratycznego Państwa Prawa, mającym na celu zebranie propozycji organizacji społecznych do projektu nowej ustawy o zgromadzeniach. Projekt ten miał być odpowiedzią na ograniczenie wolności zgromadzeń wprowadzone nowelizacją uchwaloną z inicjatywy Bronisława Komorowskiego z 2012 r. – nowelizacja ta wprowadzała m. in. możliwość zakazu zgromadzenia w przypadku gdy miałoby się odbyć „w tym samym miejscu i czasie” co inne, obowiązek posiadania przez przewodniczącego zgromadzenia identyfikatora z pieczątką gminy, obowiązek prowadzenia przez niego zgromadzenia tak, aby zapobiec szkodom wyrządzonym przez jego uczestników.
Pamiętam, ze był Pan obecny na tym posiedzeniu. Posiedzeniu przewodniczył poseł Jacek Sasin, który podkreślił, że nie chodzi tylko o przywrócenie stanu sprzed nowelizacji, ale o napisanie nowego projektu ustawy, który dawałby jeszcze większe gwarancje wolności zgromadzeń niż poprzedni stan prawny.
Zarówno ja, jak i przedstawiciele innych organizacji społecznych (m. in. Stowarzyszenie „Marsz Niepodległości”, Stowarzyszenie „Studenci dla Rzeczpospolitej”) krytykowali wówczas rozwiązania przyjęte przez ówczesną nowelizację, w szczególności możliwość zakazywania zgromadzeń z uwagi na to, że więcej zgromadzeń ma się odbyć w tym samym miejscu i czasie. Zostało to przychylnie przyjęte przez obecnych posłów i, o ile pamiętam, również przez Pana.
Niestety nie doszło do przedstawienia przez ten zespół parlamentarny projektu ustawy o zgromadzeniach, a nowa ustawa przyjęta w 2015 roku utrzymała wymienione wyżej ograniczenia, dodatkowo znosząc limit minimum 15 osób, co powoduje, że za zgromadzenie mogą być uznane nawet trzy osoby z transparentem i ulotkami.
Obecnie uchwalono projekt, który ma te ograniczenia nie tylko pozostawić, ale jeszcze bardziej zaostrzyć, m. in. wyznaczając minimalną odległość między zgromadzeniami na 100 metrów.
Proszę o przypomnienie sobie tego, co Pan i posłowie Prawa i Sprawiedliwości mówili w 2013 roku, i niepodpisywanie ustawy będącej dalszym krokiem w ograniczaniu wolności.”

Krytykuję Hoppego

Grudzień 3rd, 2016

Uniwersytet w Madrycie opublikował moją krytykę poglądu Hansa-Hermanna Hoppego (dość popularnego w Polsce wśród tzw. liberalnych konserwatystów i wolnościowców) o mniejszej szkodliwości monarchii w stosunku do demokracji. Artykuł jest po angielsku (napisałem go po polsku, został przetłumaczony, trudno mi ocenić stuprocentową poprawność tłumaczenia). Wersja polska oczekuje na publikację gdzie indziej, mam nadzieję, że ukaże się w przyszłym roku.

Projekt ograniczenia handlu w niedziele – analiza

Wrzesień 3rd, 2016

2 września został złożony w Sejmie obywatelski projekt ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele. Oficjalnym celem projektu – jak wynika z jego uzasadnienia – jest „potrzeba posiadania przez pracowników wolnej niedzieli”, na której istnienie wskazała ankieta przeprowadzona przez  Krajowy Sekretariat Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność” w grupie „prawie 1000 osób zatrudnionych w sklepach wielkopowierzchniowych” oraz badania prowadzone w sektorze handlu przez Instytut Medycyny Pracy w Łodzi oraz Komisję Krajowej NSZZ „Solidarność”, wskazujące na szczególną stresogenność pracy w niedziele. Zdaniem autorów projektu, „rekompensata pracy w niedziele innym wolnym dniem w tygodniu nie jest rozwiązaniem wystarczającym dla wielu pracowników”, ponieważ „pracownicy zatrudnieni w niedziele nie mogą skorzystać z udziału w wielu wydarzeniach kulturalnych, społecznych, rozrywkowych, z których korzystają osoby zatrudnione np. w podstawowym systemie czasu pracy”. Argumentem przemawiającym za ograniczeniem handlu w niedzielę ma być też doktryna Kościoła katolickiego (jakkolwiek przytoczony na poparcie projektu fragment listu apostolskiego św. Jana Pawła II o świętowaniu niedzieli poddaje krytyce nie tyle handel czy pracę w ten dzień, ale spędzanie go jako „czas odpoczynku i rozrywki”) oraz ustawodawstwo kilku państw europejskich.
Należy jednak zwrócić uwagę, że projekt nie wychodzi naprzeciw potrzebie posiadania wolnej niedzieli przez pracowników jako takich, a jedynie przez pracowników zatrudnionych w handlu (ok. 28,5% zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw w 2014 r., na dane z którego to roku powołują się autorzy projektu, przytaczając liczbę 1571,2 tys. zatrudnionych w działalności handlowej). Co więcej, z samego uzasadnienia projektu można wyczytać, że jego celem ma być umożliwienie korzystania tak przez tych pracowników (patrz argument przeciwko rekompensacie pracy w niedzielę innym wolnym dniem w tygodniu), jak i konsumentów („Zamknięcie większości placówek handlowych w niedzielę daje nowe możliwości dla obszaru kultury. Konsumenci z centrów handlowych przeniosą swoje zainteresowania i potrzeby na korzystanie z lokali gastronomicznych, parków, przestrzeni miejskich”) z wydarzeń kulturalnych i rozrywkowych. Inaczej mówiąc, oczekuje się w rezultacie ograniczenia handlu w niedziele zwiększonej pracy w ten dzień tygodnia w branży gastronomicznej (np. bary, restauracje, kawiarnie), kulturalnej (np. kina, koncerty, teatry) czy rozrywkowej (np. festyny w parkach, mecze i inne wydarzenia sportowe, aquaparki, ośrodki spa, wesołe miasteczka). Oznacza to, że pracownicy tych branż będą po wejściu projektu w życie najprawdopodobniej bardziej obciążeni pracą w niedzielę i autorzy projektu nie widzą w tym nic złego. Projekt przewiduje też w swych założeniach wyjątki dla prowadzenia handlu „w kioskach, sklepach na dworcach autobusowych, kolejowych, portach lotniczych, strefach wolnocłowych, piekarniach, obiektach infrastruktury kryzysowej, szpitalach, szkołach i wielu innych” – czyli jego autorzy uznają zróżnicowanie sytuacji pracowników handlu zatrudnionych w wymienionych miejscach względem pozostałych pracowników handlu za rzecz normalną i nie zaprzeczającą idei zapewnienia „potrzeby posiadania przez pracowników wolnej niedzieli”.
W uzasadnieniu projektu po macoszemu potraktowany został problem zwolnień pracowników handlu, które mogą nastąpić w wyniku wprowadzenia projektu ustawy w życie i tym samym zmniejszenia czasu otwarcia sklepów. („Obaw nie powinien budzić także spadek zatrudnienia w sektorze handlu. Ze względu na możliwość handlu w niedziele przez osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą przewiduje się stworzenie dodatkowych miejsc pracy w formie samozatrudnienia”). Tymczasem dostępne są analizy pokazujące, że np. wskutek znoszenia lub liberalizacji podobnych zakazów handlu w niedziele w różnych prowincjach Kanady w latach 1980-1998 następował wzrost zatrudnienia w handlu w wysokości od 5 do 12%. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuścić, że wprowadzenie ograniczenia spowoduje skutek odwrotny. Może być on wprawdzie w pewnej mierze zrekompensowany wzrostem zatrudnienia w branży gastronomicznej, rozrywkowej czy kulturalnej (patrz wyżej), jednak nie przedstawiono tu żadnych oszacowań, podobnie jak na skalę wzrostu samozatrudnienia. Ponadto jeżeli spadek zatrudnienia miałby nie nastąpić z powodu stworzenia dodatkowych miejsc pracy w formie samozatrudnienia po to, by móc mimo ograniczeń jednak handlować w niedziele lub z powodu stworzenia dodatkowych miejsc pracy w wyniku zwiększenia niedzielnego popytu na pracę w branżach rozrywkowej, gastronomicznej i kulturalnej, to oznacza to, że deklarowany cel projektu, jakim jest „potrzeba posiadania przez pracowników wolnej niedzieli”, nie zostałby spełniony w ogóle. I wydaje się, że autorzy projektu niespecjalnie się tym przejmują.
Nie przejmują się też uciążliwością wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę dla kupujących, którym najwygodniej – np. z powodu braku czasu w inne dni – jest dokonywać zakupów właśnie w ten dzień tygodnia. Ten problem nie został w ogóle poruszony w uzasadnieniu ustawy. Odwrotnie, robienie zakupów w niedziele zostało przedstawione jako szkodliwy „konsumpcjonizm”, który projektowana ustawa ograniczy: („Wprowadzenie w życie proponowanej Ustawy pociągnie za sobą korzystne skutki społeczne (…) ograniczony zostanie konsumpcjonizm, który Polsce w ostatnich latach stał się główną formą zaspakajania potrzeb ludności”). Jednak czy to, że ludzie pójdą w niedzielę do pubu, kina, na koncert czy festyn zamiast do sklepu będzie tak naprawdę oznaczało ograniczenie konsumpcjonizmu? Tym bardziej, że autorzy sami przyznają, że obroty branży handlowej się nie zmienią, bo „ciężar zakupów niedzielnych przełożony zostanie na piątek i sobotę”. Więc tak naprawdę nie chodzi również o ograniczenie konsumpcjonizmu.
Nasuwa się wniosek, że rzeczywiste cele projektu są inne. Chodzi o uderzenie w sklepy wielkopowierzchniowe i dyskonty, stanowiące konkurencję dla właścicieli sklepów prowadzących je w formie jednoosobowej działalności gospodarczej, których zakaz handlu w niedziele ma nie obejmować. („Zamknięcie sklepów wielkopowierzchniowych i dyskontów nie oznacza zamknięcia galerii handlowych. Na dotychczasowych zasadach będą w nich działać sklepy prowadzone przez właścicieli (…). W naturalny sposób wzrośnie konkurencja wśród mikro przedsiębiorców, co poskutkuje spadkiem cen i możliwością łatwego i szybkiego dostępu do artykułów w sklepach zlokalizowanych w najbliższym otoczeniu.”). Czyli tak naprawdę chodzi o utrudnienie życia pewnej grupie przedsiębiorców na rynku w imię interesów innych przedsiębiorców, pod hasłem „wolnej niedzieli dla pracowników”. Można by złośliwie powiedzieć, że NSZZ „Solidarność”, popierający projekt ustawy i udostępniający swoją katowicką siedzibę dla komitetu inicjatywy ustawodawczej, występuje jako reprezentant interesów drobnej burżuazji. Takie są zamiary autorów projektu. Co jednak tak naprawdę będzie skutkiem jego wejścia w życie w proponowanym kształcie?
Przyjrzyjmy się kluczowym definicjom i sformułowaniom. Zgodnie z projektem, „handel w niedziele w placówkach handlowych jest zakazany”. Przez „placówki handlowe” należy „rozumieć wszelkie obiekty, w których prowadzona jest sprzedaż towarów i wyrobów w zakresie hurtowym i detalicznym, w tym sprzedaż towarów i wyrobów kupionych w celu ich odsprzedaży w formie sklepów, stoisk, straganów, hurtowni, składów węgla, składów materiałów budowlanych, domów towarowych, domów wysyłkowych, biur zbytu oraz w formie sklepów internetowych”, a przez handel – „proces polegający na sprzedaży tj. wymianie dóbr na środki pieniężne”. Ani w  jednej, ani w drugiej definicji nie jest sprecyzowane, że chodzi o sprzedaż prowadzoną w ramach działalności gospodarczej. W efekcie przysłowiowemu „Kowalskiemu” – osobie fizycznej nieprowadzącej działalności gospodarczej – nie będzie wolno sprzedać w niedzielę niczego na Allegro, choćby dostarczenie towaru miało nastąpić dopiero w poniedziałek. Ponieważ umowa sprzedaży przez Internet dokonuje się w chwili otrzymania przez składającego ofertę (zwykle sprzedającego) oświadczenia o jej przyjęciu (zwykle przez kupującego), a wg projektu ustawy handel to proces polegający na sprzedaży tj. wymianie dóbr na środki pieniężne, to złożenie zamówienia w sklepie internetowym polegającego na wybraniu towaru lub usługi z katalogu, tak, by ta informacja dotarła do systemu informatycznego sprzedającego oraz jego opłacenie (co zwykle generuje automatyczne potwierdzenie kupna) musi być uznane za handel, a przynajmniej jego rozpoczęcie.
Z tego samego powodu na Allegro oraz w sklepach internetowych nie wolno będzie też w niedzielę sprzedać żadnego towaru żadnemu podmiotowi gospodarczemu – poza takimi sklepami internetowymi, gdzie handel prowadzą przedsiębiorcy będący osobami fizycznymi, wykonujący we własnym imieniu jednoosobową działalność gospodarczą. Jest wprawdzie ustęp zezwalający na prowadzenie handlu „na platformach i portalach internetowych świadczących usługi w zakresie sprzedaży towarów, które nie powstały w efekcie działalności produkcyjnej”, ale wydaje się być on martwy. Jakie bowiem towary (a usługa to nie towar – patrz ustawa o podatku o towarów i usług) nie powstały w efekcie działalności produkcyjnej? „Działalność produkcyjna” nie jest zdefiniowana ani w tym projekcie ustawy, ani w innych ustawach. Pośrednio można jednak wywnioskować, że wszelkie wytwarzanie produktów to produkcja – np. ustawa o ogólnym bezpieczeństwie produktów zawiera definicję „producenta” jako przedsiębiorcy prowadzącego działalność polegającą na wytwarzaniu produktu. A skoro tak, to każda materialna rzecz wystawiona na sprzedaż, nawet naturalny surowiec pozyskany w procesie wydobycia (np. węgiel) powstała w wyniku działalności produkcyjnej.
Zanosi się więc, że sklepy internetowe, a w praktyce także portal Allegro, będą musiały zostać skonfigurowane w sposób uniemożliwiający dokonywanie transakcji w niedziele. Będzie wymagać to dodatkowej pracy informatyków.
Przyjrzyjmy się bliżej definicji „placówki handlowej”. Przed słowami „w formie” nie ma przecinka, co oznacza, że „forma” odnosi się nie do „wszelkich obiektów” wymienionych na początku tej definicji, ale do bezpośrednio wcześniej wymienionej „sprzedaży towarów i wyrobów kupionych w celu ich odsprzedaży”. A więc sens tej definicji jest taki: placówka handlowa to każdy obiekt, w którym prowadzona jest sprzedaż towarów i wyrobów w zakresie hurtowym i detalicznym – w tym sprzedaż towarów i wyrobów kupionych w celu ich odsprzedaży przyjmująca formę sklepów, stoisk, straganów, hurtowni, składów węgla, składów materiałów budowlanych, domów towarowych, domów wysyłkowych, biur zbytu oraz w formie sklepów internetowych. To znaczy, że każdy obiekt, w którym prowadzona jest sprzedaż towarów i wyrobów w zakresie hurtowym i detalicznym jest taką placówką – a nie tylko ten w formie sklepu, stoiska straganu, hurtowni, składu węgla, składu materiałów budowlanych, domu towarowego, domu wysyłkowego, biura zbytu czy sklepu internetowego. I jest to jedyna logiczna interpretacja, bo sprzedaż tak naprawdę nie jest prowadzona w obiekcie nazwanym „sklepem internetowym” – miejscem sprzedaży jest prawnie siedziba właściciela tego sklepu, a sam sklep to tylko narzędzie informatyczne umożliwiające zawieranie transakcji.
To ma istotne konsekwencje.  W efekcie sprzedaż używanego samochodu na giełdzie samochodowej (takie giełdy często odbywają się właśnie w niedziele) przez „przysłowiowego Kowalskiego” będzie zakazana (pod karą nawet do dwóch lat pozbawienia wolności). Bo zgodnie z tymi definicjami jest ona handlem, a giełda samochodowa – placówką handlową. Ba, można to interpretować nawet tak, że zakazana będzie sprzedaż przez „przysłowiowego Kowalskiego” np. używanego telewizora sąsiadowi w jego własnym mieszkaniu – bo przez sam fakt dokonania tam sprzedaży mieszkanie to stanie się „placówką handlową” w rozumieniu definicji z projektu ustawy.
Takie definicje „placówki handlowej” i „handlu” oznaczają również, że zabroniona będzie w niedziele sprzedaż towarów z automatów vendingowych, choćby napełnione zostały w piątek albo sobotę. Bo niewątpliwie dokonuje się w nich proces wymiany dóbr na środki pieniężne, a miejsce, gdzie stoi taki automat (lub przynajmniej sam taki automat) to wtedy na mocy definicji „placówka handlowa”.
„Placówkami handlowymi” będą również restauracje, bary, puby i kawiarnie w których prowadzi się sprzedaż artykułów żywnościowych lub napojów na wynos – bo taka sprzedaż traktowana jest jako dostawa towaru, a nie usługa gastronomiczna. W rezultacie zakazane będzie w niedzielę zamówienie pizzy na telefon czy przez Internet (przypominam, że umowa sprzedaży dochodzi do skutku w momencie otrzymania przez składającego ofertę (sprzedającego) oświadczenia o jej przyjęciu (przez kupującego)). Zakazane będzie również kupno żywności czy napojów z food trucka obsługiwanego przez pracownika, bo to też sprzedaż towaru, a nie usługa gastronomiczna. W rezultacie przedsiębiorcy prowadzący food trucki będą traktowani gorzej niż właściciele barów i restauracji z własnymi lokalami – ci ostatni będą mogli korzystać w niedzielę z usług kelnerów, kucharzy i barmanów, ci pierwsi będą musieli robić wszystko sami.
Ale to nie koniec problemów definicyjnych. W definicji handlu zawarte jest słowo „dóbr”. Samo pojęcie „dóbr” nie jest zdefiniowane ani w tym projekcie ustawy, ani w innych przepisach. Dlaczego nie użyto tu słowa „towarów”? Jeśli zostanie to uchwalone w tym brzmieniu, to można będzie zakładać, że „intencją ustawodawcy” było tu objęcie definicją handlu również sprzedaży usług – w ekonomii zdarza się używać słowa „dobra” na oznaczenie tak towarów, jak i usług. A przyjęcie takiej interpretacji ma konsekwencję taką, że we wszelkich placówkach handlowych – czyli obiektach, w których prowadzona jest sprzedaż towarów i wyrobów w zakresie hurtowym i detalicznym – nie wolno w niedzielę sprzedawać również usług. Czyli np. Empik.com nie będzie mógł sprzedawać również ebooków (udostępnienie ebooka to usługa), a bary sprzedające piwo na wynos lub pizzerie dostarczające pizzę na telefon nie będą mogły w niedzielę świadczyć także usług gastronomicznych.
Zostawiając na bok kwestie definicji „placówki handlowej” i „handlu” – niewątpliwym skutkiem ustawy będzie zabronienie sprzedaży w niedziele produktów żywnościowych tradycyjnie sprzedawanych przed seansami kinowymi. Bo to też sprzedaż towarów, a nie usługa gastronomiczna. Same kino będzie mogło działać w niedziele, ale stoisko z popcornem, nachos i colą już nie. Wprawdzie ustawa zezwala na handel w niedzielę w placówkach handlowych zlokalizowanych w „zakładach prowadzących działalność w zakresie kultury, oświaty, turystyki i wypoczynku”, ale wg PKD działalność kin nie zalicza się do działalności obiektów kulturalnych, 90.04.Z (szerzej – do działalności związanej z kulturą, rozrywką i rekreacją – sekcja R), tylko jest to odrębna działalność związana z projekcją filmów (59.14.Z), zaliczana do informacji i komunikacji (sekcja J). A nawet jeśli uznać, że jest to działalność w zakresie kultury, to wiele kin korzysta z gościny centrów handlowych, a same stoiska z popcornem i innymi kinowymi delikatesami są zlokalizowane w tych centrach obok kin, a nie w samych kinach. Oczywiście, kina będą mogły wtedy otworzyć własne stoiska i np. sprzedawać specjalne droższe bilety na seans z wliczoną colą i popcornem.
Podobnie sytuacja będzie wyglądać w przypadku meczów piłkarskich. Wprawdzie ustawa zezwala na handel w niedzielę w placówkach handlowych zlokalizowanych w „zakładach prowadzących działalność w zakresie kultury, oświaty, turystyki i wypoczynku”, ale wg PKD działalność obiektów sportowych (93.11.Z) to co innego niż działalność rozrywkowa i rekreacyjna (czyli wypoczynek) – 92.0, turystyka (dział 79) oraz oczywiście kultura i oświata. Będą mogły być czynne tylko kioski z pamiątkami, lokale barowe – o ile takie będą na stadionach – albo jeżeli sprzedaż będą prowadzić przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą.
Projekt zezwala na handel w niedzielę  w jednokondygnacyjnych, niepodpiwniczonych kioskach nieprzekraczających 50 m2 powierzchni użytkowej, w których sprzedaż prasy, biletów komunikacji miejskiej, wyrobów tytoniowych, kuponów totalizatora sportowego stanowi minimum 30% miesięcznego obrotu placówki rozumianego jako przychód ze sprzedaży,  w w placówkach handlowych prowadzących sprzedaż pamiątek, upominków i dewocjonaliów, w których sprzedaż tych produktów i wyrobów stanowi minimum 30% miesięcznego obrotu placówki rozumianego jako przychód ze sprzedaży, a także „w kwiaciarniach nieprzekraczających 50 m2 powierzchni użytkowej, w których sprzedaż kwiatów stanowi minimum 30% miesięcznego obrotu placówki rozumianego jako przychód ze sprzedaży”. Przedsiębiorcy prowadzący takie placówki handlowe będą musieli składać deklaracje o wysokości obrotu (co będzie dodatkowym nałożonym na nich obowiązkiem) – nie jest jednak określone, jak często (to ma określić rozporządzenie), a przede wszystkim – obrót w jakim okresie będzie się liczył. Nie wiadomo, czy do ustalenia, czy takiemu przedsiębiorcy wolno handlować w niedzielę ma liczyć się obrót za okres bieżący, wg ostatniej złożonej deklaracji, a może wg ostatnich dziesięciu złożonych deklaracji? To nie jest określone.
Projekt ustawy dyskryminuje także tych przedsiębiorców będących osobami fizycznymi, którzy wykonują działalność gospodarczą w oparciu o umowę franczyzy lub umowę agencji – zakazując im handlu w niedzielę. I to nie jest przypadek – w uzasadnieniu ustawy można przeczytać, że taki zapis został wprowadzony w celu ochrony tych przedsiębiorców, którzy chcą niedzielę traktować jako dzień wolny, a umowa franczyzy lub agencji nakazuje im niedzielną pracę. Rezultatem będzie jednak to, że przedsiębiorca prowadzący osiedlowy sklep pod własnym szyldem będzie mógł stanąć w niedzielę za ladą i handlować, a przedsiębiorca prowadzący obok osiedlowy sklep pod szyldem franczyzy (np. ABC) nie będzie mógł tego zrobić, nawet jeśli będzie chciał konkurować z tym pierwszym.
Z drugiej strony, projekt zdaje się umożliwiać obchodzenie zakazu handlu i wykonywania innych czynności handlowych w niedzielę poprzez korzystanie z usług osób samozatrudnionych obsługujących klientów za ladą, przy kasie, czy układających towary w oparciu o umowę B2B. Osoby te będą bowiem traktowane wtedy jako przedsiębiorcy będący osobami fizycznymi wykonującymi we własnym imieniu działalność gospodarczą – nie w oparciu o umowę franczyzy ani agencji.
W końcu, jakkolwiek w uzasadnieniu autorzy projektu zwracają uwagę na to, że nie wystarczy zmienić kodeks pracy – projekt nie wprowadzając żadnych zmian w tym kodeksie doprowadza do sprzeczności prawnej – bo art. 151^9a par. 3 kodeksu pracy stanowi, że „Praca w niedziele jest dozwolona w placówkach handlowych przy wykonywaniu prac koniecznych ze względu na ich użyteczność społeczną i codzienne potrzeby ludności”, a projekt ustawy tego zapisu nie uchyla. Chyba, że autorzy projektu chcą z jakichś względów celowo zostawić otwartą furtkę do robienia zakupów w niedziele za kupione wcześniej bony i punkty na kartach podarunkowych – bo zgodnie z definicją handlu z projektu nie jest to handel – nie następuje wymiana dóbr na „środki pieniężne”.
Podsumowując – projekt:
1) Nie realizuje interesów, w tym deklarowanej „potrzeby posiadania wolnej niedzieli” większości pracowników.
2) Nie bierze pod uwagę możliwości zwolnień pracowników w wyniku skrócenia czasu otwarcia sklepów.
3) Dyskryminuje w zamierzony sposób różne kategorie pracowników i przedsiębiorców.
4) Uderza w interesy konsumentów, ograniczając im możliwość dokonywania zakupów w optymalnym momencie.
5) Jest projektem w zamierzeniu realizującym interesy przede wszystkim jednej wybranej grupy – części drobnych sklepikarzy, a przy okazji – części pracowników zatrudnionych w handlu.
6) Jest napisany w sposób wyjątkowo niechlujny i może doprowadzić do szeregu najprawdopodobniej niezamierzonych negatywnych zjawisk w sferze e-usług, działalności gastronomicznej, kulturalnej, rozrywkowej oraz umów sprzedaży zawieranych przez osoby prywatne.
Rekomendacja – do kosza.

Być kobietą

Sierpień 21st, 2016

Śmieszą mnie trochę komentarze osób o poglądach prawicowych, narzekających na „gender w sporcie” i nierówność szans polskiej olimpijki konkurującej w biegu na 800 metrów z Caster Semenyą z RPA i innymi zawodniczkami z Afryki o wyraźnie męskich rysach. Narzekanie na nierówność naturalnych szans to bowiem raczej domena lewicy, a przewaga Semenyi wynika z przyczyn naturalnych – jest najprawdopodobniej wynikiem dużo wyższego niż przeciętny naturalnego poziomu testosteronu w organizmie (co wpływa też na budowę ciała). Podobnie jest prawdopodobnie też z dwiema pozostałymi zawodniczkami z Afryki, które zdobyły srebrny i brązowy medal – o ile nie jest to skutek stosowania środków dopingujących, czego jednak póki co nie stwierdzono.
Przewaga fizyczna Semenyi nad rywalkami ma takie same naturalne przyczyny, jak przewaga np. Murzynów wywodzących się z Afryki Zachodniej w biegach sprinterskich (wynikająca z większej ilości włókien szybkokurczliwych w mięśniach), przewaga osób o wysokim wzroście w koszykówce czy przewaga naturalnie większego i cięższego zawodnika nad mniejszym w sumo. Albo przewaga narciarza Eero Mäntyranty, siedmiokrotnego medalisty olimpijskiego, którego organizm dzięki nietypowym genom produkował o 65% więcej czerwonych ciałek krwi niż u przeciętnego mężczyzny.
Tak naprawdę problem tkwi w pierwotnej próbie wyrównywania szans, czyli w tym, że w większości sportów istnieją odrębne konkurencje dla kobiet (jako „słabszej płci”) i mężczyzn. Gdy je tworzono – tradycja odrębnych zawodów sportowych kobiet wywodzi się jeszcze ze starożytności (np. zawody kobiet w Sparcie, Igrzyska Herajskie) – wszystkim wydawało się, że biologiczna granica między płciami jest ostra i oczywista. Okazało się jednak, że wbrew temu, co wydaje się niektórym, tak nie jest. Istnieją niełatwe do jednoznacznego zaklasyfikowania „przypadki graniczne” i właśnie przynależność do tych „przypadków granicznych” może czasami sprzyjać sukcesom w konkurencjach przeznaczonych dla „słabszej płci”.
Do pewnego momentu sobie tego nie uświadamiano i nikt nie myślał o sprawdzaniu „kobiecości” zawodniczek. Dzięki temu nie wzbudzało w nikim kontrowersji to, że złoty i srebrny medal olimpijski dla Polski zdobyła Stanisława Walasiewicz – która, jak się okazało po kilkudziesięciu latach podczas sekcji zwłok, miała cechy hermafrodyty (częściowo rozwinięte męskie genitalia i obecność „męskiego” chromosomu Y w większości zbadanych komórek).
Potem zaczęto przeprowadzać badania fizyczne zawodniczek, jednak i one nie wykrywały wszystkich „przypadków granicznych”. Pod koniec lat 60. XX w. zaczęto sprawdzać obecność chromosomu Y w organizmie. Efektem tego było odsunięcie od zawodów sportowych kolejnej polskiej złotej i brązowej medalistki olimpijskiej, Ewy Kłobukowskiej, u której taki chromosom znaleziono (okazało się, że jest ona tzw. mozaiką genetyczną z zarówno zestawem chromosomów XX, jak i XXY w komórkach). Jednak czy można powiedzieć, że Ewa Kłobukowska, która urodziła później dziecko, nie jest kobietą? Testy genetyczne z uwagi na podobne przypadki (ogółem dyskwalifikacji na najwyższym poziomie rywalizacji było kilkaset, zdarzało się nawet, że w komórkach niewątpliwych pod względem fizycznym kobiet znajdowano wyłącznie „męski” zestaw chromosomów XY) uznano ostatecznie za niespełniające swojego celu i w 1999 roku zostały zarzucone. Ostatnio modne stały się testy hormonalne i pomysł wyznaczania określonego poziomu testosteronu jako kryterium określającego „kobiecość” w zawodach sportowych. Bo to właśnie testosteron, jak się powszechnie przyjmuje, jest czynnikiem wpływającym na wyraźną przewagę fizyczną mężczyzn. Tylko że z drugiej strony zdarzają się nierzadko mężczyźni z niższym od typowego poziomem testosteronu w organizmie (również startujący w zawodach sportowych najwyższej rangi), ale nikt nie kwestionuje ich męskości i nikt nie proponuje im rywalizacji z kobietami. Można więc na to spojrzeć inaczej: że jest to wykluczanie z rywalizacji kobiet właśnie tych najbardziej do niej w naturalny sposób predysponowanych, bądź też nakazywanie im, jeśli chcą w tej rywalizacji pozostać, poddawania się swoistemu antydopingowi – terapii upośledzającej te predyspozycje (nawet zabiegom chirurgicznym). To tak, jakby wykluczać osoby z „nadmierną” liczbą włókien szybkokurczliwych w mięśniach z rywalizacji sprinterów albo kazać im biec z ciężarkami.
Poza tym jest to kryterium arbitralne: jeżeli założyć, że wyższy poziom testosteronu daje fizyczną przewagę, to dlaczego akurat przewaga dawana przez poziom ok. trzykrotnie wyższy od uznanego za typowy – 10 nmol/l (takie kryterium przyjmowano na mistrzostwach świata w lekkiej atletyce w 2011 i 2013 r.) ma być uznawana za dopuszczalną i „sprawiedliwą”, a minimalnie wyższa już nie?
Typowy dla mężczyzn poziom testosteronu sam w sobie nie czyni nikogo jeszcze mężczyzną, tak samo jak jego poziom typowy dla kobiet nie czyni jeszcze nikogo kobietą. Płeć określana jest przez szereg kryteriów i czasami mogą występować tu anomalie polegające na niespełnieniu któregoś z nich lub spełnieniu w sposób charakterystyczny dla płci przeciwnej – to są właśnie „przypadki graniczne”. Owszem, skoro organizuje się zawody z podziałem na płeć, to jakieś kryterium określenia płci trzeba tu przyjąć – jednak opowiadałbym się za przyjęciem tu kryterium tradycyjnego, jakim jest wygląd zewnętrzny i rola pełniona w społeczeństwie. Stanisława Walasiewicz i Ewa Kłobukowska to kobiety. I Caster Semenya też.