Na rynku unijnym zyskujemy, a nie tracimy

Listopad 28th, 2020

Na fali sporu polskiego rządu z Unią Europejską znowu przypominany jest artykuł prof. Thomasa Piketty’ego sprzed dwóch lat, w którym napisał on, iż w latach 2010-2016 średni roczny przypływ netto funduszy unijnych do Polski wyniósł ok. 2,7% PKB, zaś wypływ zysków i dochodów majątkowych z Polski wyniósł ok. 4,7% PKB. Ma to dowodzić, że na członkostwie w Unii Europejskiej i wynikającym z niego uczestnictwie w europejskim wspólnym rynku Polska traci – wprost zasugerował to m. in. minister Zbigniew Ziobro, twierdząc, że „rocznie bogate kraje UE wyprowadzają z Polski dużo, dużo większe pieniądze, niż te, które uzyskujemy w ramach dopłat unijnych. Dopłaty unijne są mechanizmem rekompensującym”. Tak jakby wspólny rynek polegał na tym, że kapitaliści z „bogatych krajów UE” zwyczajnie kradną zgromadzony przez Polaków majątek, a Unia wypłaca za to polskiemu rządowi na otarcie łez częściową rekompensatę.
Oczywiście nie jest to prawdą, a porównywanie tych dwóch wielkości nie ma zbytniego sensu. Zyski „wyprowadzane” z Polski przez właścicieli przedsiębiorstw z kapitałem zagranicznym zasadniczo nie mają wiele wspólnego z funduszami unijnymi, które otrzymuje Polska. Może jakaś niewielka część tych funduszy trafia do tych przedsiębiorstw w formie dofinansowań, ale tak naprawdę źródłem tych zysków są prywatne inwestycje ich właścicieli, których skumulowana wartość w 2018 r. wyniosła prawie 863 mld zł, z czego aż 797 mld stanowiły inwestycje z państw UE. Na podstawie danych ze strony NBP można wyliczyć, że średnia roczna wartość tych ostatnich w latach 2010-2018 wynosiła ok. 45 mld zł, czyli mniej więcej średnio 2,5% PKB.
Łącznie z funduszami unijnymi bilans transferów okazuje się więc korzystny dla Polski. Rzecz jasna nie oznacza to jednak, że wspólny rynek unijny jest dla Polski korzystny tylko dzięki funduszom z budżetu UE. Byłby korzystny nawet wówczas, gdyby nie było żadnych funduszy. Prywatne inwestycje zagraniczne w Polsce wytworzyły bowiem bogactwo o wiele większe niż te 4,7% PKB rocznie zabierane z powrotem przez inwestorów, a które pozostało w kraju – odzwierciedlając się w wynagrodzeniach, podatkach i innych dochodach publicznych oraz przychodach przedsiębiorstw polskich będących dostawcami i podwykonawcami firm z kapitałem zagranicznym. Jakie? Można spróbować oszacować.
Z danych GUS wynika, że wynik finansowy netto przedsiębiorstw niefinansowych w Polsce w 2018 r. wyniósł 139,2 mld zł, a wraz z przedsiębiorstwami finansowymi było to ok. 150 mld zł. Jaka była suma wszystkich wynagrodzeń netto? Przeciętne wynagrodzenie miesięczne w gospodarce narodowej, pomniejszone o potrącone od ubezpieczonych składki na ubezpieczenia emerytalne, rentowe oraz chorobowe, w 2018 r. wyniosło 4003,88 zł. Oznacza to, że „na rękę” było to ok. 3280 zł. Zatrudnionych na podstawie stosunku pracy było ok. 11,8 mln, a samozatrudnionych ok. 1,2 mln (dane za 2017 r.). Daje to rocznie ok. 511,7 mld zł (przyjmując, że przeciętny zarobek samozatrudnionego netto jest taki jak zatrudnionego na umowie o pracę). Do tego należy dodać jeszcze zarobki osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych (też ok. 1,2 mln – co przy założeniu średnich zarobków netto takich jak dla zatrudnionych na umowie o pracę daje rocznie ok. 47,2 mld zł) – łącznie daje to sumę ok. 560 mld zł. Czyli ok. 3,7 razy więcej niż zyski netto przedsiębiorstw.
Jeśli chodzi o przychody sektora publicznego z podatków i innych danin publicznych (wypracowywanych wszak w działalności gospodarczej), to wg Mapy Wydatków Państwa w 2018 r. wynosiły one ok. 820 mld zł, czyli ok. 5 i pół raza więcej niż zyski netto przedsiębiorstw.
Oznacza to, że na każdą złotówkę zysku przedsiębiorców przypadało ok. 3 zł 70 gr wynagrodzeń netto oraz ok. 5 zł 40 gr dochodu państwa i samorządów z podatków.
Ale może przedsiębiorstwa zagraniczne transferowały z Polski więcej niż oficjalny zysk? Z danych Piketty’ego wynika, że w omawianym przez niego okresie było to rocznie ok. 100 mld zł, zaś wyniki finansowe netto przedsiębiorstw z kapitałem zagranicznym w 2018 r. wg GUS to tylko 58 mld zł. Załóżmy, że wypływało coś więcej (np. sumy ukryte w kosztach, płacone powiązanym podmiotom zagranicznym) i przyjmijmy współczynnik 0,58. Przy takim założeniu nadal jednak okazuje się, że na każdy „wyprowadzony” z Polski milion złotych przypadało średnio 2,16 mln zł wynagrodzeń netto wypłaconych pracownikom w Polsce oraz 3,13 mln zł podatków, składek i innych danin zapłaconych polskiemu państwu i samorządom (przeznaczanych następnie m. in. na emerytury, edukację, infrastrukturę czy ochronę zdrowia). Plus – trudna już do oszacowania – jakaś suma zapłacona polskim kontrahentom i podwykonawcom. Razem co najmniej 25% PKB.
Tyle Polska i Polacy zyskują (pomijam tu marnotrawienie środków przez państwo oraz moralność opodatkowania) dzięki zagranicznym inwestycjom. Głównie z „bogatych krajów UE”.

Lewica, siła historycznie reakcyjna

Listopad 15th, 2020

Posłowie Lewicy wykazali troskę o finansowanie polskiej nauki i zaprezentowali projekt ustawy, która wg ich wyliczeń ma spowodować, że w latach 2022-2024 będzie na ten cel do dyspozycji dodatkowo około miliarda złotych rocznie. Skąd te środki mają się brać?
Nie, nie z zalegalizowania obrotu marihuaną, co oprócz znacznie większej sumy z samego podatku VAT (niektóre szacunki mówią o 5 miliardach rocznie) i dodatkowych wpływów z PIT (a może i z akcyzy) spowodowałoby spadek cen marihuany tak medycznej, jak i rekreacyjnej oraz uwolniłoby od kar lub ich groźby dziesiątki tysięcy nikomu nie szkodzących ludzi.
Nie, nie z zaprzestania finansowania pensji katechetów przez państwo, co oprócz oszczędności ok. 1,5 mld zł rocznie spowodowałoby, że osoby niewierzące (stanowiące w dużej mierze elektorat Lewicy) nie musiałby płacić w podatkach na naukę treści sprzecznych z ich światopoglądem i nierzadko sumieniem.
Z dodatkowego opodatkowania dużych biznesów (ponad 750 mln euro rocznego przychodu brutto, w tym co najmniej 4 mln euro z transakcji z użytkownikami na terenie Polski) działających w branży cyfrowej.
Opodatkowane miałoby być świadczenie usług polegających na prowadzeniu kampanii reklamowych z wykorzystaniem reklam profilowanych, na umożliwianiu wyorzystywania „wielostronnego interfejsu cyfrowego” (poza sprzedażą we własnych sklepach internetowych i paroma innymi przypadkami) oraz przekazywaniu zgromadzonych danych o użytkownikach, wygenerowanych w wyniku ich aktywności na interfejsach cyfrowych.
Czyli podatek płaciłyby zapewne takie firmy, jak Alphabet (Google, Youtube), Facebook, Twitter, Amazon, Aliexpress, Uber czy Airbnb, a może i Allegro, które całkiem możliwe, że w latach 2022-2024 przekroczy 750 mln euro przychodów. Pomijam tu kwestię, czy polskie państwo byłoby w stanie wymusić płacenie tego podatku i jakie środki podjęłoby, gdyby nie był on płacony. Według samych autorów projektu, podatek spowodowałby kilkuprocentowy spadek liczby transakcji na rynku reklam profilowanych i platformach obrotu dobrami, a ponad 30% tego podatku (czyli ponad 300 milionów złotych rocznie) zapłaciliby faktycznie sprzedawcy i reklamodawcy – często niewielkie przedsiębiorstwa, których nie stać na tradycyjne masowe kampanie reklamowe lub własny sklep internetowy. Konsumenci zdaniem autorów projektu nie odczuliby zwiększenia obciążeń podatkowych, ale to tylko symulacja oparta na pewnych założeniach – nie wyjaśniono, dlaczego założono takie, a nie inne wskaźniki elastyczności popytu. Nie należy wykluczać, że jest ona błędna i tak naprawdę podatek ten zostanie „przerzucony” na konsumentów oraz sprzedawców i reklamodawców w większym stopniu.
Projekt wiąże się z wprowadzeniem obowiązku składania informacji rocznej o świadczonych na terytorium RP usługach cyfrowych zawierającą m. in. dane o liczbie użytkowników oraz liczbie, rodzaju i wartości zrealizowanych usług. Tu warto się zastanowić, w jaki sposób państwo może zechcieć sprawdzać, czy te dane nie są zaniżane – w przypadku podmiotów znajdujących się poza jurysdykcją polskiego rządu jedynym w miarę skutecznym sposobem jest tu niestety monitorowanie wszystkich połączeń i transakcji internetowych z terenu Polski do objętych obowiązkiem podatkowych podmiotów. Tego wprawdzie w projekcie nie ma, ale istnieje niebezpieczeństwo, że w razie jego wejścia w życie ktoś uzna, że trzeba takie coś wprowadzić w celu zapobieżenia uchylaniu się od podatku.
Jak widać, posłowie Lewicy, na czele z Adrianem Zandbergiem, który jest sprawozdawcą tego projektu, woleli zaproponować coś, co nie tylko może przynieść polskiej nauce mniejsze środki od możliwych alternatyw, ale i w ubocznym efekcie ograniczy – nawet według nich samych – w pewnym stopniu rynek i w jakimś zakresie obciąży niewielkich sprzedawców i reklamodawców. Z ryzykiem obciążenia także konsumentów oraz zagrożenia ich prywatności.
Najwyraźniej nie chodzi o ten miliard rocznie, a o samo dokopanie „gigantom cyfrowym”. Wprawdzie dokopanie słabe, bo sami autorzy projektu przyznają, że „antymonopolowy” efekt tego podatku będzie w skali świata „ograniczony”. Ale, jak można wyczytać w uzasadnieniu, liczą na to, że podobne rozwiązania wprowadzą inne państwa, a może i cała Unia Europejska.
A to byłoby już uderzenie w całą branżę, która wyrosła w ostatnich latach i zarabia ogromne pieniądze na skuteczniejszym niż dotąd kojarzeniu producentów i konsumentów i tym samym skuteczniejszym umożliwieniu wymiany dóbr i usług w skali świata, przy użyciu technologii cyfrowych. Używając pojęć marksistowskich – próba ograniczenia wykorzystywania nowych sił wytwórczych, kształtujących powoli nowe stosunki produkcji. Stosunki produkcji oparte na dużo większej liczbie mikroproducentów i mikrousługodawców, kojarzonych z konsumentami – nierzadko na całym świecie – przez „cyfrowych gigantów”. Właśnie gigantów, bo skuteczność tego kojarzenia opiera się na wielkiej liczbie użytkowników platform i wielkiej liczbie danych o nich. Na wielkiej liczbie użytkowników Google czy Facebooka, na wielkiej liczbie sprzedawców na Aliexpress, Amazonie i Allegro, na wielkiej liczbie ofert na Airbnb – co przekłada się na wielką liczbę konsumentów odwiedzających te platformy.
Adrian Zandberg i Lewica stają faktycznie po stronie dotychczasowych stosunków produkcji, próbując powstrzymać ich zmianę na nowe. Pełnicie historycznie reakcyjną rolę, towarzysze.

Pozbyli się polityków

Listopad 2nd, 2020

W 2011 r. mieszkańcy meksykańskiej gminy Cherán mieli dość nękających ich przestępców i sprzymierzonych z nimi skorumpowanych polityków.
Uzbrojeni tylko w petardy i maczety, zorganizowali bunt.
Inicjatorkami buntu były kobiety, które wzięły jako zakładników ludzi gangu wycinających użytkowany przez mieszkańców las. Według relacji jednego z mieszkańców, w celu ich odbicia „przybyli uzbrojeni zabójcy, kierowani przez miejską policję”. Doszło do starć, jeden z miejscowych zginął. Gangsterów zmuszono do ucieczki, wzniesiono barykady.
Burmistrza, lokalnych polityków i policję wypędzono z miasteczka.
Mieszkańcy powołali się na prawo do autonomii rdzennych społeczności (należą do ludu Purépecha) i otrzymali ją.
Od tego czasu gminą Cherán rządzą zgromadzenia mieszkańców. Ich decyzje, podejmowane na zasadzie konsensusu, wprowadza w życie rada (K’eri Jánaskakua), której członkowie wybierani są na tych zgromadzeniach. Są też inne rady: młodzieży, kobiet, terytorium. Działalność partii politycznych jest zakazana, a partyjni politycy nie są przepuszczani przez granice gminy. Porządku pilnuje straż obywatelska (Ronda Comunitaria). Za drobne przestępstwa, takie jak prowadzenie samochodu po pijanemu, wyznacza się grzywny lub prace społeczne. Poważniejszymi przestępstwami nadal zajmuje się państwo, tylko, że… ich praktycznie nie ma.
Anarchia? Niby nie, wszak pewien lokalny „rząd” istnieje. Ale jest mniejszy, bardziej demokratyczny, i, jak się wydaje, oparty na zgodzie wszystkich.
Secesja? Nie do końca, Cherán pozostaje częścią Meksykańskich Stanów Zjednoczonych i stanu Michoacán. Ale ma autonomię „ustrojową”.
Komuna? Nie do końca, wszak indywidualna własność istnieje. Wspólna jest jedynie ziemia (choć użytkowana przez poszczególne rodziny), las i kilka gminnych zakładów (cieplarnia, tartak, fabryka betonu), wcześniej dotowanych przez państwo.
Prywatne miasto? W pewnym sensie, ale współwłaścicielami są wszyscy mieszkańcy.
W każdym razie ten przykład pokazuje, że można rządzić się (wspólnie) samemu i pozbyć się polityków.

Epidemiczny pobór dla starszych i chorych

Październik 30th, 2020

We wtorek Sejm odrzucił poprawki Senatu do ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID-19, dotyczące:
– zniesienia przepisu umożliwiającego skierowanie do grożącej zakażeniem przymusowej pracy przy zwalczaniu epidemii mężczyzn w wieku 60-65 lat (art. 15 pkt. 5 podpunkt c) ustawy, wbrew rekomendacji sejmowej Komisji Zdrowia) – wyniki głosowania;
– zniesienia przepisu umożliwiającego skierowanie do grożącej zakażeniem przymusowej pracy przy zwalczaniu epidemii osób z chorobami przewlekłymi, na których przebieg ma wpływ zakażenie lub zachorowanie na chorobę zakaźną będącą przyczyną epidemii lub orzeczona choroba przewlekła ma wpływ na przebieg lub zachorowanie na chorobę zakaźną, jeżeli orzeczenie w sprawie tej choroby nie zostanie wydane przez lekarza orzecznika ZUS (art. 15 pkt. 5 podpunkt d) ustawy wprowadzający wymóg uzyskania takiego orzeczenia w miejsce dotychczasowego wymogu posiadania orzeczenia lekarza posiadającego specjalizację lub tytuł specjalisty w dziedzinie medycyny, której dotyczy choroba przewlekła, lub lekarza specjalisty w dziedzinie chorób zakaźnych) – wyniki głosowania;
– zawężenia przepisu umożliwiającego wprowadzenie w stanie epidemii lub zagrożenia epidemicznego, w drodze rozporządzenia, obowiązku „stosowania określonych środków profilaktycznych i zabiegów” (art. 15 pkt 2 podpunkt b) ustawy) jedynie do osób podejrzanych o zachorowanie – wyniki głosowania.
Tak więc partia rządząca twardo upiera się za tym, by do pracy grożącej zakażeniem wirusem SARS-Cov-2 kierować przymusowo ludzi starszych i chorych, najbardziej narażonych na powikłania po takim zakażeniu. A także przy tym, by stosowanie „określonych środków profilaktycznych i zabiegów” mogło być nakazane każdemu, a nie tylko osobom podejrzanym o zachorowanie (w tym przypadku posłów PiS poparli posłowie Lewicy). Jakie to mają być środki i zabiegi? Może zainstalowanie na telefonie aplikacji śledzącej?
Tak przy okazji, dla tych, którzy obawiają się tu przede wszystkim przymusu szczepień: ostatnio krąży w Internecie informacja, że jakoby kilka dni temu uchwalono przepis zezwalający na zastosowanie przymusu bezpośredniego w celu podania leków osobie, u której „podejrzewa się lub rozpoznano chorobę szczególnie niebezpieczną i wysoce zakaźną, stanowiącą bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia lub życia innych osób”. Prawda jest taka, że przepis ten uchwalono już w 2008 roku, razem z nową ustawą o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi (wcześniejsza ustawa nie wspominała wprost o przymusie bezpośrednim). Natomiast w 2012 r. wprowadzono przepis umożliwiający nałożenie obowiązku szczepień poza Programem Szczepień Ochronnych, przez powiatowego inspektora sanitarnego (pisałem o tym tu). Wprawdzie tylko „na osobę zakażoną lub chorą na chorobę zakaźną albo osobę podejrzaną o zakażenie lub chorobę zakaźną, lub osobę, która miała styczność ze źródłem biologicznego czynnika chorobotwórczego”, ale za kogoś takiego można w obecnej sytuacji uznać właściwie każdego. Wówczas nawet popierający ówczesny rząd dziennikarz Jacek Żakowski uznał to za jedną z regulacji „istotnie pomniejszających prawa obywatelskie”. Tak więc w tym przypadku nowy przepis w sumie niewiele zmienia, bo rząd i tak może nakazać wszystkim poddanie się szczepieniom przez decyzje powiatowych inspektorów sanitarnych.

„Tak” dla protestów, swoboda dla „mowy nienawiści”

Październik 29th, 2020

Osiem lat temu napisałem o rządzie Donalda Tuska, że to „najbardziej antywolnościowo nastawiona władza w Polsce od czasów Jaruzelskiego”. Patrząc z perspektywy czasu, myliłem się.
To znaczy wtedy może i była to prawda, ale dziś ten tytuł przysługuje obecnie rządzącej ekipie polityków.
Za zrealizowanie antywolnościowych pomysłów tamtego rządu, które wtedy nie doszły do skutku, takich jak rejestr stron zakazanych (na razie hazardowych, za niedługo być może uznanych za naruszające interesy konsumentów przez Prezesa UOKiK) czy klauzula unikania opodatkowania.
Za kontynuowanie antywolnościowych pomysłów i działań tamtego rządu, takich jak dalsze ograniczanie wolności zgromadzeń czy zwiększanie obciążeń podatkowych (nieważne, że nazywanych np. „opłatami” czy dotykających formalnie jedynie bogatych, jak podatek bankowy).
Za wprowadzanie w życie nowych antywolnościowych pomysłów, które tamtej władzy nawet nie przyszły do głowy, jak zakaz handlu w niedziele, ograniczenie obrotu ziemią rolną czy skrajne ograniczenie rynku aptek („apteka dla aptekarza”), powodujące ciągły spadek ich liczby.
Za kontynuację inwigilacji obywateli (utrzymywanie niezgodnych z prawem unijnym przepisów o obowiązku zatrzymywania danych przez operatorów telekomunikacyjnych, formalne zalegalizowanie oprogramowania szpiegowskiego do stosowania przez służby, obowiązek rejestracji kart pre-paid).
Za największy w historii „III RP” deficyt finansów publicznych, który będziemy musieli wszyscy spłacać, czy to w podatkach, czy ograniczeniu świadczeń od państwa, czy w inflacji (w tej ostatniej postaci chyba już spłacamy, bo wyraźnie widzę, że wydaję średnio więcej pieniędzy niż jeszcze rok czy dwa temu). I nie ma co zasłaniać się tu kryzysem wywołanym epidemią, bo te dodatkowe 100 miliardów w niedawno zmienionym budżecie państwa to w większości nie wydatki „antykryzysowe”.
Za powiększenie kryzysu oraz ograniczanie osobistej i gospodarczej wolności ludzi bezsensownymi „lockdownami”, które i tak nie powstrzymały rozwoju epidemii.
Za zmuszenie ludzi takich jak ja – bezdzietnych – do przymusowego finansowania w podatkach cudzych dzieci, ze świadomością, że spora część zabieranych w podatkach pieniędzy idzie na coś, z czego nie mają nawet możliwości skorzystać.
Dlatego popieram ludzi, którzy wyszli teraz na ulicę w protestach. Sam bym wyszedł, gdyby nie zwiększone w moim przypadku ryzyko ciężkiego przebiegu choroby w przypadku zakażenia SARS-Cov-2.
I owszem, popieram również ich sprzeciw wobec zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych, bo uważam, że aborcja powinna być dozwolona bez żadnych ograniczeń w początkowym okresie, a w przypadku wad płodu uniemożliwiających samodzielne życie – i później.
Bo uważam, że prawo do życia przysługuje osobie, a nie biologicznemu organizmowi, który nie jest ciałem żadnej osoby, nie mając umysłu, który mógłby myśleć, uświadamiać sobie cierpienie czy wyrażać chęć życia. Bo nie ma wykształconego mózgu, który jest nośnikiem takiego umysłu.
Skoro uznaje się prawo do przerwania życia ciała po śmierci mózgowej, to powinno uznać się prawo do przerwania życia ciała, w którym mózg się jeszcze nie rozwinął, lub nie może się rozwinąć z powodu wady.
I przyznawanie temu ciału prawa do życia ogranicza wolność rzeczywistej osoby – kobiety, która nosi to ciało w sobie.
A w przypadku, gdy płód ma już wprawdzie mózg, ale jest pewne, że umrze zaraz po urodzeniu (nie mówię tu o chorobie Downa) zakaz aborcji równa się nakazowi podtrzymania jego życia przez parę miesięcy i noszenia go wewnątrz swojego ciała oraz urodzenia go tylko po to, by wkrótce i tak umarł. Mamy wybór między śmiercią a śmiercią z dłuższym cierpieniem.
Więc jestem po stronie protestujących.
Ale nie mogę poprzeć wszystkich postulatów czołowej siły organizującej protesty – Strajku Kobiet. (Choć wiele protestów z pewnością jest spontanicznych i na pewno nie jest tak, że to postulaty wszystkich ich uczestników).
Owszem, niektóre z nich również popieram, przynajmniej częściowo. Uważam, że nie powinien być ograniczany dostęp do antykoncepcji, badań prenatalnych, nauka religii powinna odbywać się na koszt Kościoła, sprawców przemocy domowej i gwałcicieli powinno się ścigać i karać. Popieram prawa człowieka dla wszystkich i choć nie lubię państwa jako takiego, to wolę państwo prawa od państwa bezprawia, w którym władza nie jest ograniczana.
Nie mam nic przeciwko możliwości oferowania w szkołach edukacji seksualnej – podobnie, jak religii. Ale uważam, że i jedno, i drugie nie powinno być ani przymusowo narzucane przez państwo, ani obowiązkowe dla ucznia w szkołach publicznych, ani finansowane z kieszeni podatników.
Mogę ewentualnie warunkowo zaakceptować „bezpłatną” (finansowaną przez państwo) antykoncepcję czy zapłodnienie in vitro, skoro i tak już wszyscy przymusowo płacimy podatki i „składki” na usługi medyczne. Choć jestem za tym, by te ostatnie były finansowane dobrowolnie. I jednak wolałbym, by póki co pieniądze ze składek płaconych na NFZ w większym stopniu były przeznaczane na leczenie chorób, zwłaszcza tych zagrażających życiu. Dlaczego ja, płacąc te składki, i tak muszę wydawać rocznie około tysiąca złotych na leki, a akurat środki antykoncepcyjne miałyby być dofinansowywane z tych składek w 100%?
Ale zdecydowanie nie mogę już zaakceptować postulatu delegalizacji „organizacji odwołujących się do faszyzmu i nazizmu”. Nie dlatego, że lubię faszystów czy nazistów, ale dlatego, że faszystą czy nazistą można nazwać każdego. Również feministki. Wicemarszałek Terlecki już przyrównał błyskawicę widoczną w logo Strajku Kobiet do symboli Hitlerjugend i SS. A ja pamiętam doskonale, że za czasów komunistycznych nazywanie przeciwników politycznych faszystami było ulubioną taktyką władzy. Dlatego władza nie powinna mieć takiej prawnej możliwości.
I z podobnego powodu zdecydowanie nie mogę zaakceptować postulatu „ścigania mowy nienawiści jako źródła przemocy”. Nawiasem mówiąc, nie wynika on z konwencji antyprzemocowej. Tam jest tylko zobowiązanie do ścigania i karania przemocy psychicznej w postaci zastraszania i nękania. Oraz molestowania seksualnego.
Bo choć nienawiść nie jest przyjemna dla nienawidzonego (choć bywa, że jest usprawiedliwiona), może być całkowicie irracjonalna, a świat całkowicie bez nienawiści byłby z pewnością lepszy, to prawo do wyrażania nienawiści – naturalnego ludzkiego uczucia – jest jednak elementem wolności słowa. Wolności wyrażania własnego zdania, poglądów i uczuć. I z tego prawa właśnie czynią teraz użytek protestujący, krzycząc „wypier****ć” i „***** ***”.
I jeśli na przykład za dziesięć lat działaczki Strajku Kobiet będą tworzyły rząd, to ludzie też powinni mieć prawo wyjść na ulice i krzyczeć „wypier****ć”.
„Mowa nienawiści” jest prawem człowieka. Zakaz „mowy nienawiści” to kneblowanie ust i cenzura. A skoro wolno nienawidzić PiS czy Kościoła, to wolno też nienawidzić PO, Lewicy czy feministek. Jak również liberałów i libertarian. Czy mnie osobiście. Byle nie stosować przemocy.
Co nie znaczy, że ludzie nie mają prawa odpowiadać na „mowę nienawiści” tym samym. Jak ktoś mnie nazwie ch*jem, to musi liczyć się z podobną reakcją. Bo ja też mam prawo do wyrażania nienawiści.
A jeśli nienawiść prowadzi do przemocy, to zakaz „mowy nienawiści” nic tu nie da. Bo nienawiść nadal będzie istniała – niewypowiedziana. Zwalczać należy agresywną przemoc.

Zaczyna wygrywać śmierć

Październik 27th, 2020

Do końca września liczba zgonów w Polsce utrzymywała się w liczbie zbliżonej do lat poprzednich (choć była nieco wyższa od średniej za lata 2010-2019). Na początku października gwałtownie wzrosła i w ubiegłym tygodniu była już o ok. dwa i pół tysiąca osób wyższa od wspomnianej średniej. Z czego zgonów osób zakażonych wirusem SARS-Cov-2 było tylko kilkaset.
Winni nie są oczywiście ludzie, którzy masowo wyszli protestować, bo protesty zaczęły się dopiero kilka dni temu. Powodem nie jest nawet bezpośrednio sama epidemia – ta zwiększała dotąd liczbę zgonów jedynie nieznacznie. Widać jednak, że nagły wzrost liczby zakażeń w październiku koreluje z ogromnym wzrostem tej liczby.
Czy nie jest przypadkiem tak, że jest to efekt takich, a nie innych procedur antyepidemicznych, a także niewystarczających zasobów systemu opieki medycznej „gwarantowanej” nam przez państwo? Wystarczyło, by dzienna liczba zakażeń zwiększyła się kilkunastokrotnie, a system się „zatkał”. Pojawiły się wstrząsające informacje o ludziach pozbawionych pomocy i to nawet stosunkowo znanych. Jedni – jak ojciec aktorki Natalii Samojlik – zmarli na COVID-19, inni – jak poeta Mirosław Gontarski – najprawdopodobniej z innych przyczyn.
(Notabene nadal będę się upierał, że ów wzrost liczby zakażeń koronawirusem na początku października ma ścisły związek z powrotem dzieci do stacjonarnej nauki w szkołach, wymuszanym przez państwo i podległy jemu sanepid (który nie zgadzał się nawet na proponowaną przez samorządy naukę hybrydową). Bo od początku epidemii w Polsce nic innego się nie zmieniło – ludzie w wakacje tłoczyli się na plażach, imprezowali, chodzili do knajp, kościołów, spotykali się ze znajomymi, uczestniczyli w zgromadzeniach, chodzili po ulicach bez maseczek. A efekt powrotu do szkół był taki sam, jak wcześniej w Izraelu).
Zawodzą narzucone przez państwo procedury, zawodzi zmonopolizowana przez nie opieka medyczna. Rząd próbuje stosować to, na czym najlepiej się zna, czyli przymus. Zapowiadany jest kolejny lockdown, rozszerza się „pobór” osób z wykształceniem medycznym do pracy przy zwalczaniu epidemii. A ludzie umierają.
Po ostatnim wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji działacze i zwolennicy rządzącej obecnie partii pisali, że „wygrało życie”. Niestety jak na razie pod rządami tej partii zaczyna wygrywać śmierć.

Nienawistnym filmikom rząd mówi „nie”

Październik 7th, 2020

Nowy projekt zmian w ustawie o radiofonii i telewizji przygotowywany przez rząd przewiduje zakaz umieszczania na „platformach udostępniania wideo” treści wideo stworzonych przez użytkowników lub innych przekazów zawierających m. in. nawoływanie do nienawiści wobec grupy osób ze względu na „przekonania, poglądy polityczne lub wszelkie inne poglądy”. W przypadku, jeśli takie treści się na platformie pojawią, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji będzie mogła jej właściciela wezwać do ich usunięcia, a jeśli ten się do tego nie zastosuje – nałożyć na niego karę pieniężną w wysokości do dwudziestokrotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia.
Ponieważ KRRiT jest obsadzona obecnie w większości przez osoby związane z partią rządzącą, można się obawiać, że przepis ten może być wykorzystywany do usuwania z Internetu treści wideo z ostrzejszą krytyką owej partii czy rządu. No bo coś takiego można zawsze uznać za nienawiść wobec grupy osób ze względu na poglądy polityczne. Lub inne poglądy.
Na szczęście przepisy te – w obecnym kształcie – mają nie dotyczyć Youtube czy Facebooka, bo ustawa w tym zakresie ma być stosowana tylko do platform udostępniania wideo ustanowionych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Czyli mających siedzibę w RP lub też tych, które w RP mają oddział, nie mając jednocześnie siedziby lub wcześniej założonego oddziału w innym państwie Unii Europejskiej. A usługi Youtube w Polsce świadczy Google Ireland Limited, zaś Facebooka – Facebook Ireland Limited. Obie z siedzibą w Irlandii.
Ale już np. Wykop, Patrz.pl czy Cda.pl będą podlegały tym regulacjom. Pojawi się ustawowy precedens i furtka do ich rozszerzenia. Albo wykorzystania podobnej formuły w innych przepisach, np. karnych. Przez tę czy inną władzę. Już w 2012 r. posłowie Platformy Obywatelskiej chcieli karania nawoływania do nienawiści z powodu m. in. przekonań czy przynależności społecznej lub politycznej.

Biznesowi w sieci też grozi cenzura

Wrzesień 30th, 2020

Po projekcie zmiany ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa pojawił się kolejny projekt umożliwiający urzędnikom cenzurę Internetu. W ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów mają pojawić się przepisy umożliwiające Prezesowi UOKiK wydawanie decyzji nakazujących przedsiębiorcom, wobec których wszczęto postępowanie w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów:
– zamieszczenie ostrzeżenia dla konsumentów wchodzących na „interfejs internetowy”,
– usunięcie treści, ograniczenie dostępu lub wyłączenie „interfejsu internetowego”,
– usunięcie domeny internetowej.
Zgodnie z już obowiązującymi przepisami, decyzji takiej może zostać nadany rygor natychmiastowej wykonalności, przed jej wydaniem stronie nie przysługuje prawo do wypowiedzenia się co do zebranych dowodów i materiałów oraz zgłoszonych żądań, o którym mowa w art. 10 kodeksu postępowania administracyjnego, a za każdy dzień opóźnienia w jej wykonaniu może być nałożona kara pieniężna w wysokości do 10000 euro. A jeśli właściciel czy prezes nie wykonają tej decyzji, nawet nieumyślnie, to mogą zostać osobiście obciążeni karą w wysokości do pięćdziesięciokrotności przeciętnego wynagrodzenia.
Owszem, od decyzji takiej będzie można się standardowo odwołać do sądu ochrony konkurencji i konsumentów. Ale na przekazanie akt sprawy do sądu Prezes UOKiK ma trzy miesiące, a odwołanie nie wstrzymuje wykonania decyzji.
Dodatkowo, jeśli zostanie wydana decyzja o usunięciu domeny internetowej, to „przedsiębiorcy telekomunikacyjni świadczący usługi dostępu do sieci Internet” będą mieli obowiązek uniemożliwić, poprzez odpowiednie wpisy w DNS, dostęp do stron internetowych wykorzystujących jej nazwę oraz przekierować ruch do nich do strony internetowej prowadzonej przez Prezesa UOKiK – rozwiązanie stosowane już w przypadku domen służących do nielegalnego hazardu.
Projekt ten uzasadnia się koniecznością wdrożenia uchwalonego jeszcze w 2017 r. unijnego rozporządzenia nr 2017/2394 w sprawie współpracy między organami krajowymi odpowiedzialnymi za egzekwowanie przepisów prawa w zakresie ochrony konsumentów. Tyle, że to rozporządzenie po pierwsze zezwala, by takie decyzje były wykonywane „poprzez wniesienie powództwa do sądów właściwych o wydanie niezbędnego orzeczenia” (a niekoniecznie przez organ administracyjny), a po drugie pod pojęciem „usunięcie nazwy domenowej” rozumie się w nim usunięcie wpisu przez rejestr domen lub rejestratora (registrar), a nie „usunięcie domeny” przez jej właściciela prowadzącego w niej np. sklep internetowy czy tym bardziej dodanie wpisów przekierowujących ruch do tej domeny przez każdego dostawcę dostępu do Internetu posiadającego serwery DNS. Podobnie nakazanie „wyłączenia interfejsu internetowego” (czyli usunięcia całej strony np. sklepu internetowego) może zostać zgodnie z tym rozporządzeniem wydane jedynie dostawcy usług hostingowych, a nie samemu przedsiębiorcy prowadzącemu sklep.
Danie takich cenzorskich uprawnień organowi administracyjnemu grozi tym, że pojedynczą decyzją urzędnika będzie można zablokować na co najmniej kilka miesięcy każdy internetowy biznes. Bo postępowanie w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów można wszcząć wobec każdego. Wystarczy sam zarzut, że ktoś np. nie udziela konsumentom rzetelnej, prawdziwej i pełnej informacji. Albo stosuje „nieuczciwe praktyki rynkowe”.
Unijne rozporządzenie zezwala, by decydowały o tym sądy i nie przewiduje „rejestru domen niedozwolonych” z nakazywaniem dostawcom Internetu blokowania i przekierowywania ruchu. W 2018 r. rząd już raz pod naciskiem internautów zapowiedział wycofanie się z pomysłu tworzenia takiego rejestru przez Prezesa UOKiK. A prezydent Duda przed ostatnimi wyborami podpisał „Kartę Wolności w Sieci” zawierającą m. in. „sprzeciw wobec filtrowania i monitorowania treści w Internecie”.
Ale jak widać, parcie w kierunku cenzurowania Internetu w rządzie jest ciągłe. Tak było za czasów Donalda Tuska, tak jest i teraz.

Kolejne zagrożenie cenzurą Internetu

Wrzesień 21st, 2020

Rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa oraz ustawy – Prawo zamówień publicznych przewiduje możliwość wydawania przez Pełnomocnika Rządu ds. Cyberbezpieczeństwa „poleceń zabezpieczających” nakazujących np. wprowadzenie „reguły ruchu sieciowego zakazującego połączeń z określonymi adresami IP lub nazwami URL” lub „zakaz korzystania z określonego sprzętu lub oprogramowania”. Polecenia te będą mogły być wydawane między innymi:
– przedsiębiorcom o szczególnym znaczeniu gospodarczo-obronnym, o których mowa w art. 3 ustawy z dnia z dnia 23 sierpnia 2001 r. o organizowaniu zadań na rzecz obronności państwa realizowanych przez przedsiębiorców, czyli na przykład przedsiębiorcom telekomunikacyjnym takim jak Orange Polska, T-Mobile Polska, Netia, Polkomtel, Telefonia Dialog, EmiTel, Exatel, Multimedia Polska, TTcomm, TK Telekom czy nadawcom takim jak Telewizja Polska i Polskie Radio (pełna lista jest tu, nic nie stoi na przeszkodzie, by wciągnąć na nią również Polsat czy TVN);
– podmiotom, o których mowa w art. 4 pkt 1-16 ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, czyli na przykład dostawcom usług cyfrowych, przez które rozumie się internetowe platformy handlowe (wszelki handel i usługi z umowami zawieranymi na stronie internetowej, czyli również usługi hostingu), wyszukiwarki internetowe oraz usługi przetwarzania w chmurze;
– krajowym instytucjom płatniczym.
„Polecenia zabezpieczające” będą mogły być wydawane w przypadku wystąpienia „incydentu krytycznego”, czyli incydentu skutkującego „znaczną szkodą dla bezpieczeństwa lub porządku publicznego, interesów międzynarodowych, interesów gospodarczych, działania instytucji publicznych, praw i wolności obywatelskich lub życia i zdrowia ludzi”, klasyfikowanego przez właściwy Zespół Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego (są trzy – jeden prowadzony przez Szefa ABW, jeden przez Ministra Obrony Narodowej i jeden przez państwowy instytut badawczy NASK).
Da to możliwość nakazania zablokowania dostępu do dowolnego serwera, strony internetowej czy usługi, zarówno głównym operatorom telekomunikacyjnym, jak i dostawcom hostingu, operatorom płatności lub samym właścicielom stron czy usług. Decyzją urzędnika, od której nie będzie przysługiwać odwołanie do sądu, bo takiej procedury nie przewidziano. Wystarczy uznanie przez odpowiedni państwowy zespół, że wystąpił „incydent krytyczny”. Bo na przykład zagrożone zostały czyjeś interesy gospodarcze w wyniku ujawnienia jakichś niewygodnych informacji. Za niezastosowanie poleceń zabezpieczających ma grozić kara pieniężna, jeszcze nie wiadomo w jakiej wysokości, bo tu w projekcie wydaje się być luka.
Może intencje są dobre i chodzi tylko o szybkie reagowanie na cyberataki. Ale „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”.

PiS, PO i „ubój rytualny”

Wrzesień 17th, 2020

6 czerwca 2002 r. zdecydowana większość (35) posłów PiS, w tym Jarosław Kaczyński, głosowała przeciwko zmianie ustawy o ochronie zwierząt, między innymi usuwającej z niej przepis (ówczesny art. 34 ust. 5) zezwalający na tzw. „ubój rytualny” bez uprzedniego ogłuszenia. 36 posłów PiS (z Jarosławem Kaczyńskim) zagłosowało również przeciwko odrzuceniu uchwały Senatu odrzucającej tę nowelizację.
Ale ustawę zmieniono głosami zdecydowanej większości posłów SLD, PO, Samoobrony, PSL, a także kilku mniejszych partii.
Odtąd nie było przepisu rangi ustawowej zezwalającego na ubój zwierząt zgodny z zasadami judaizmu lub islamu. Ale 9 września 2004 r. zostało wydane rozporządzenie Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi w sprawie kwalifikacji osób uprawnionych do zawodowego uboju oraz warunków i metod uboju i uśmiercania zwierząt, które w par. 8 ust. 2 zezwalało na ubój „zgodnie z obyczajami religijnymi zarejestrowanych związków wyznaniowych” bez ich uprzedniego ogłuszenia.
Na tej podstawie „ubój rytualny” funkcjonował aż do 2012 r., gdy na wniosek Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta Trybunał Konstytucyjny uznał to rozporządzenie za niezgodne z ustawą.
W obliczu tego faktu Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP wniósł do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z konstytucją samej ustawy o ochronie zwierząt i 10 grudnia 2014 r. Trybunał uznał, że art. 34 ust. 1 tej ustawy w zakresie, w jakim nie zezwala na poddawanie zwierząt ubojowi w rzeźni według szczególnych metod wymaganych przez obrzędy religijne, jest niezgodny z art. 53 ust. 1, 2 i 5 konstytucji w związku z art. 9 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.
Odtąd ubój zwierząt w rzeźni zgodnie z wymaganiami judaizmu czy islamu jest legalny na warunkach unijnego rozporządzenia nr 1099/2009. Jednak rozporządzenie to zezwala, by państwo członkowskie przyjęło w tym zakresie bardziej restrykcyjne przepisy.
No i teraz posłowie PiS, w tym Jarosław Kaczyński, wnoszą projekt ustawy, która ma między innymi zezwolić na „ubój rytualny” tylko na potrzeby członków polskich związków wyznaniowych, czyli Żydów i muzułmanów mieszkających w Polsce. Czyli pośrednio zabronić jego stosowania w celu produkcji mięsa na eksport. A Platforma Obywatelska nie chce tego elementu nowelizacji poprzeć.
Czyżby jedni i drudzy kierowali się „prawdą etapu”?