Ostateczne rozwiązanie problemu nienawiści

Bartłomiej Kozłowski zwrócił mi uwagę na inicjatywę Stowarzyszenia przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”, zmierzającą do zmiany treści art. 256 § 1 Kodeksu karnego. Artykuł ten przewiduje obecnie karę dla tego, kto „propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość”. Wkrótce, zgodnie z projektem posłów SLD znajdującym się aktualnie w sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do zmian w kodyfikacjach, kara może grozić temu, kto „publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub wywołuje albo szerzy nienawiść lub pogardę na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, płeć, tożsamość płciową, wiek, niepełnosprawność bądź orientację seksualną”.
Inicjatywa „Otwartej Rzeczpospolitej” idzie znacznie dalej. Według nich karze powinien podlegać ten, kto „publicznie rozpowszechnia informacje, które mogą doprowadzić do propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa, albo szerzenia nienawiści lub pogardy na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, płeć, tożsamość płciową, wiek, niepełnosprawność bądź orientację seksualną”. Czyli karalne powinno być już nie tylko samo propagowanie totalitarnego ustroju lub „szerzenie nienawiści lub pogardy”, ale również publiczne rozpowszechnianie wszelkich informacji, które mogą kogoś zainspirować do takich zachowań.
A zainspirować do takich zachowań może cokolwiek. Na przykład wiadomości o zbrodniach dokonywanych przez członków jakiejś grupy narodowościowej lub religijnej. Informacje o atakach terrorystycznych na World Trade Center, w Madrycie czy Londynie z pewnością zainspirowały – a przynajmniej mogły zainspirować – sporo ludzi do szerzenia nienawiści lub pogardy wobec muzułmanów. Gdyby wówczas obowiązywały przepisy proponowane przez „Otwartą Rzeczpospolitą”, dziennikarze informujący o zamachach mogliby zostać na ich podstawie pociągnięci do odpowiedzialności karnej.
Tak samo pociągnięty do odpowiedzialności mógłby zostać dziennikarz piszący dajmy na to o kryminalistach narodowości romskiej. No bo przecież przeczytanie jego artykułu może doprowadzić kogoś do szerzenia nienawiści lub pogardy wobec Cyganów w ogóle. Właściwie już doprowadziło – wystarczy poczytać sobie niektóre komentarze: „Cyganie wracajcie do Indii. Wy was tu nie chcemy”, „Jeszcze nie spotkałem psa, który zachowywałby się jak niektórzy cyganie”, „Wszędzie tam gdzie te dzikie pasożyty tam kłopoty i syf z malarią”, „Po za tym nie mówi się Rom. Bo to słowo sugeruje jakąś pozytywną grupę etniczną. W języku polskim mówi się Cygan, Cyganisko ewentualnie złodziej”, „Miejsce Roma jest w atmosferze”
Kara groziłaby również za np. wspominanie, że jakaś osoba oskarżana lub skazana za zbrodnie stalinowskie – jak na przykład Józef Różański, Stefan Michnik czy Salomon Morel – miała pochodzenie żydowskie. Nie mówiąc już o wskazywaniu faktu, że „wielu polskich Żydów uczestniczyło w budowie reżimu komunistycznego w Polsce w latach 1944-1956, zajmując eksponowane stanowiska w PZPR”. Bo wszak może to doprowadzić niektórych do szerzenia nienawiści do Żydów w ogóle. Ba, samo wspominanie o zbrodniach stalinowskich – a także hitlerowskich – jako takich również mogłoby być ryzykowne. Któż zaręczy, że wiedza o Auschwitz nie prowadzi niektórych do nienawiści do Niemców, a wiedza o Katyniu – do nienawiści do Rosjan?
Za rozpowszechnianie informacji o kimś takim, jak Anthony Morley„najpiękniejszy brytyjski gej”, który okazał się kanibalem – również groziłaby kara. Jak dowodzą niektóre komentarze pod tą informacją: „pedalstwo jest zboczeniem”, „homoseksualizm to choroba psychiczna”, „w tym środowisku takie odchyły to norma”, „jedno zboczenie pociąga za sobą drugie”, „kochają i odżywiają się inaczej, nic dziwnego” – taka informacja zawsze może doprowadzić kogoś do szerzenia nienawiści, a co najmniej pogardy ze względu na orientację seksualną.
Niewykluczone, że karą zagrożone byłoby nawet rozpowszechnianie Koranu, Talmudu czy Biblii. Bo jak dobrze poszukać, to można znaleźć tam treści, które mogą różnych ludzi doprowadzić do szerzenia nienawiści na tle różnic wyznaniowych – i historia dowodzi, że często się to zdarzało.
I tak dalej, i tak dalej. Właściwie można powiedzieć, że karalne byłoby informowanie o wszystkich negatywnych zjawiskach. Bo wielu ludzi tak ma, że za negatywne zjawiska obwinia różne kozły ofiarne – czy to Żydów, czy imigrantów, czy homoseksualistów, czy też Kościół i katolików. A sporo ludzi ma też tak, że upatrują receptę na te zjawiska w „rządach silnej ręki”, nierzadko w stylu faszystowskim czy komunistycznym.
Dozwolony byłby tylko obraz świata, w którym wszyscy się kochają, nie ma żadnych konfliktów, zbrodni ani wojen. A jeśli nawet się zdarzają, to są wynikiem działań ludzi bez narodowości, rasy, przynależności etnicznej, orientacji seksualnej, płci, wieku i stanu zdrowia. Tak, aby nikt nie skojarzył ich z tymi cechami, nie uogólnił i nie zaczął szerzyć pogardy lub nienawiści.
Inicjatywa „Otwartej Rzeczpospolitej” jest najdalej idącą propozycją ograniczenia wolności słowa i dostępu do informacji, z jaką spotkałem się w Polsce po 1989 roku. Propozycją tak kuriozalną, że aż trudno uwierzyć, iż ją wysunięto. I że zrobiło to stowarzyszenie, którego celem jest „przeciwdziałanie (…) postawom godzącym w godność człowieka”. Bo twierdzenie, że należy zabronić komuś rozpowszechniania jakiejś – nawet prawdziwej! – informacji tylko dlatego, że może zainspirować ona kogoś innego do szerzenia nienawiści lub pogardy jest postawą godzącą w godność człowieka.
A dodatkowo „Otwarta Rzeczpospolita” proponuje jeszcze zmianę Kodeksu wykroczeń „poprzez penalizację w tym trybie udziału w zgromadzeniach, w toku których dochodzi do artykulacji „mowy nienawiści”". Czyli kara za wykroczenie ma spotkać każdego uczestnika zgromadzenia, podczas którego ktoś – choćby podstawiony prowokator – krzyknie „Żydzi do gazu!” albo choćby „baby do garów!”. Odpowiedzialność zbiorowa. Której Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita” domaga się całkiem jawnie, z uwagi na to, że „praktyka orzecznicza wskazuje na niemożność imiennego ustalenia sprawców przestępstw mowy nienawiści w toku manifestacji czy też zgromadzeń publicznych”.
Być może autorzy obu tych pomysłów uważają, że w ten sposób zlikwidują lub przynajmniej ograniczą pogardę lub nienawiść, jaka występuje w społeczeństwie polskim na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, płeć, tożsamość płciową, wiek, niepełnosprawność bądź orientację seksualną. Ale jeśli tak myślą, to się mylą. Ograniczanie wolności wypowiedzi, dostępu do informacji i zgromadzeń w tak skrajnej formie na pewno wywoła jeszcze większą nienawiść. Skierowaną oczywiście w dużej mierze przeciwko „żydokomunie”, „pedałom”, „muslimom”, „czarnuchom”, Cyganom i innym grupom, które w zamierzeniu miało chronić.
Bo nie wyrwie się nienawiści z serca człowieka kneblując mu usta. Przeciwnie.

12 odpowiedzi do “Ostateczne rozwiązanie problemu nienawiści”

  1. Piotr Błaszyński Says:

    Gdzieś tak w połowie Twojej wyliczanki doszedłem do wniosku, że ta ustawa to w zasadzie musiałaby zakazywać samej siebie.

  2. mental Says:

    A nie lepiej po prostu wprowadzić zapis do konstytucji” Wszyscy mają się kochać i być dla siebie mili, a jak nie, to w ryj”?

  3. Ahk4iePaiv8u Says:

    Pogarda powinna być pod ochroną. Muszę zacząć bardziej pogardzać zanim tego zabronią.

    http://www.daily.art.pl/index.php?d=2004-04-01

  4. Bartłomiej Kozłowski Says:

    Poza tym, co w swym tekście napisał Jacek (i z czym się całkowicie zgadzam) propozycja „O.Rz.” jest klarownym dowodem na to, że przepisy typu art. 256 k.k. stawiają wolność słowa na równi pochyłej. I w tej sytuacji wydaje mi się, że tytuł, jaki nadałem jednemu ze swoich artykułów, w których odnoszę się do kwestii zasadności obowiązywania m.in. tego przepisu („Od zakazu „mowy nienawiści” do totalitaryzmu i tyranii” zob. http://bartlomiejkozlowski.eu.interii.pl/hatelogic.htm lub http://bartlomiejkozlowski.eu.interii.pl/hatelogic.pdf ) wcale nie jest przesadzony. Bo tak szeroki zakaz wypowiedzi, jak ten proponowany przez O.Rz. wydaje się czymś właściwym dla państwa totalitarnego – nie dla demokracji.

    Z drugiej strony zastanawiam się, czy przedstawiciele „O.Rz” do przedstawienia tak daleko idącej propozycji nie zostali przypadkiem celowo podpuszczeni. Bo zauważmy, że pod art. 256 par. 1 k.k. (a także pod par. 2 tego artykułu mówiący o przechowywaniu, posiadaniu, przenoszeniu, przewożeniu etc. treści, o których mowa w par. 1) w wersji zaproponowanej przez „O.Rz.” łatwo można byłoby podciągnąć np. publikacje Jana Tomasza Grossa – autora, z którym członkowie „O.Rz” w większości niewątpliwie sympatyzują – a które z drugiej strony prowokowały niektóre osoby do szerzenia nienawiści bądź pogardy wobec np. Żydów. Ba – propaganda samej „O.Rz.” w której dużo mówi się o obecnej w Polsce ksenofobii i antysemityzmie mogłaby zostać uznana za przestępstwo określone w tym przepisie – wszak jest rzeczą doskonale wiadomą, że mówienie o tym, że w Polsce istnieje np. antysemityzm działa na niektórych ludzi jak czerwona płachta na byka.

    Czy przedstawicielom „Otwartej Rzeczypospolitej” o coś takiego właśnie chodzi? Jasne jest chyba, że nie. Być może, że ci, którzy zaproponowali wspomnianą tu nowelizację art. 256 par. 1 k.k. i ci którzy pomysł takiej nowelizacji popierają wierzą w to, że dzięki takiej właśnie zmianie przepis ten stanie się efektywnym narzędziem gnębienia tych, których „O.Rz” zwalcza – rasistów, antysemitów, ksenofobów. Lecz członkowie „O.Rz.” nie będą tymi, którzy będą ostatecznie decydować o tym, w jaki sposób przepis ten – pod który będzie można podciągnąć niezmiernie szeroki zakres wypowiedzi, z pewnością daleko wykraczający poza to, co zazwyczaj rozumie się pod pojęciem „mowy nienawiści – nawet bardzo szeroko interpretowanym – będzie stosowany w praktyce. Nie są oni (i całe zresztą szczęście) ludźmi, którzy kontrolują aparat ścigania, prokuraturę i sądownictwo.

    Doświadczenia wielu krajów pokazują, że nawet stosunkowo wąskie przepisy przeciwko „hate speech” – takie, jak ten zawarte w obowiązujących wersjach art. 256 i 257 k.k. lub podobne do nich bywają nieproporcjonalnie często wykorzystywane przeciwko osobom należącym do grup, które przepisy te z założenia mają chronić przed atakami ze strony większości społeczeństwa. W Anglii wprowadzony w 1965 r. przepis zabraniający wypowiedzi grożących, obelżywych i znieważających pod adresem grup narodowościowych, etnicznych i rasowych (w pierwotnej wersji tego przepisu wymogiem karalności wypowiedzi było to, by wypowiedzi takie zarówno miały na celu, jak i faktycznie mogły wywołać nienawiść, później jednak z podwójnego wymogu intencji i prawdopodobnego skutku zrezygnowano, zastępując go wymogiem bądź chęci pobudzania nienawiści, bądź prawdopodobieństwa, że zostanie ona wywołana) znacznie częściej stosowany był w celu represjonowania przeciwników energii atomowej, działaczy związkowych i radykalnych aktywistów mniejszości narodowych i rasowych – niż do karania białych rasistów. Na jednej z amerykańskich uczelni (Uniwersytet Michigan) wprowadzony w 1988 r. przepis przewidujący odpowiedzialność dyscyplinarną za obraźliwe wypowiedzi na temat grup narodowościowych, etnicznych itp. został użyty wyłącznie przeciwko przedstawicielom mniejszości – główni e Murzynom. W Turcji – zgoda, że kraju, powiedzmy, półdemokratycznym, przepis kodeksu karnego zakazujący nawoływania do nienawiści narodowościowej, etnicznej, rasowej, religijnej i klasowej – stosowany był (i zdaje się, że nadal jest) przede wszystkim przeciwko dyskryminowanym w tym kraju Kurdom (pisałem o tym, kiedyś w artykule „Faszyści do pierdla” – zob. http://bartlomiejkozlowski.eu.interii.pl/hatespeech.htm , źródła informacji są w tym tekście).

    Jeśli przepisy literalnie rzecz biorąc zakazujące jedynie intencjonalnego „nawoływania do nienawiści” wobec grup narodowościowych, etnicznych, rasowych itp. lub umyślnego znieważania takich grup są często używane w sposób odległy od tego, w jaki zdaniem zwolenników zakazów „mowy nienawiści” przepisy te powinno się stosować (by nie powiedzieć, że po prostu nadużywane – nie wiem, może wypowiedzi brytyjskich Murzynów pod adresem Białych faktycznie częściej miały charakter „grożący, obelżywy, lub znieważający”, niż wypowiedzi białych rasistów na temat Murzynów), to czy nie jest rzeczą praktycznie pewną, że taki przepis, jak art. 256 par. 1 k.k. w wersji zaproponowanej przez „Otwartą Rzeczpospolitą” zostanie użyty zupełnie niezgodnie z oczekiwaniami jego pomysłodawców – aczkolwiek całkiem zgodnie z jego literalnym brzmieniem – które nie wymaga zamiaru szerzenia nienawiści lub pogardy, a jedynie możliwość zainspirowania czy sprowokowania kogoś do takich zachowań? Tym wszystkim, którzy byliby zwolennikami zaproponowanej przez „O.Rz.” zmiany art. 256 par. 1 k.k. warto przypomnieć znane każdemu chyba Polakowi powiedzonko „kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada”. Na szczęście, pomysł „O.Rz.” to dopiero propozycja wykopania takiego „dołka”. Być może, że jego oczywista po bliższym przyjrzeniu się absurdalność skutecznie zapobiegnie temu, by do wykopania owego dołka faktycznie doszło.

  5. mental Says:

    „Bo tak szeroki zakaz wypowiedzi, jak ten proponowany przez O.Rz. wydaje się czymś właściwym dla państwa totalitarnego – nie dla demokracji. ”

    A czymże jest demokracja jak nie postępującym totalitaryzmem? Totalitaryzm to po prostu empiryczna manifestacja woli powszechnej. Rożnica polega na tym, że 500 lat temu ludzie byli uczciwi i jak chcieli ograniczyć wolność słowa, to tworzyli Indeks Ksiąg Zakazanych. Dzisiaj jak chcą nałożyć knebel, to słodko pierdolą. Klasyka kina niemego demokracji.

  6. defenderoffreedom Says:

    Zgadzam się w pełni z tym artykułem. Szkoda tylko, że oni (autorzy tych idiotycznych projektów ustaw) nie zrozumieliby go w ogóle i po prostu nie są w stanie pojąć co tak naprawdę postulują.

  7. mental Says:

    A może pojęli i dlatego postulują?

  8. Bartłomiej Kozłowski Says:

    Myślę, że raczej nie pojęli, bo jakby pojęli, to doszliby do wniosku, że przepis, który proponują, łatwo można byłoby użyć przeciwko nim samym. Czy mówienie (pisanie) o istniejących w Polsce zjawiskach antysemityzmu czy ksenofobii i nawoływanie do walki z „mową nienawiści” – co „Otwarta Rzeczpospolita” robi – nie jest przypadkiem czymś, co może sprowokować niektórych ludzi do szerzenia nienawiści lub pogardy wobec np. Żydów? Zgoda, że coś takiego nie jest – myślę – zamiarem „O.Rz.” Ale w przypadku, gdyby art. 256 § 1 k.k. został zmieniony tak, jak postuluje „O.Rz.” żaden zamiar wywoływania lub szerzenia nienawiści (albo propagowania totalitaryzmu) nie byłby niezbędny do jego złamania: wystarczająca była by do tego choćby potencjalna możliwość, by publicznie rozpowszechniana informacja mogła kogoś zainspirować do propagowania totalitarnego ustroju państwa albo szerzenia nienawiści lub pogardy na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, płeć, tożsamość płciową, wiek, niepełnosprawność bądź orientację seksualną. A jak trafnie zauważa Jacek, niektórych ludzi do takich zachowań zainspirować może cokolwiek. Propaganda uprawiana przez „Otwartą Rzeczpospolitą” również.

    Przy okazji zupełnie poważnie zastanawiam się nad tym, czy art. 256 § 1 k.k. – gdyby został zmieniony tak, jak proponuje to „O.Rz.” – nie byłby najbardziej pojemnym prawem przeciwko „mowie nienawiści” (i propagandzie pro totalitarnej), jakie istnieje na świecie. Co by bowiem nie mówić o istniejących choćby we wszystkich chyba państwach europejskich, a także innych (Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii, krajach Ameryki Łacińskiej) przepisach karnych wymierzonych w ekspresję określaną często mianem „hate speech” warunkiem karalności wypowiedzi w oparciu o te przepisy jest albo to, by wypowiedzi te miały na celu zachęcanie do nienawiści wobec jakiejś grupy (rasowej, etnicznej itd.) – mówi się w tych przepisach o „podżeganiu do nienawiści” „promowaniu” czy „propagowaniu nienawiści” (ew. też wrogości, przemocy, czy dyskryminacji) – albo miały charakter zniesławiający, znieważający, grożący itp. (np. w angielskim „Public Order Act” z 1986 r. mowa jest o grożących, obelżywych lub znieważających słowach lub zachowaniu albo wystawieniu pisemnego materiału mającego taki charakter) – albo jedno i drugie (we wspomnianym prawie angielskim „grożące, obelżywe lub znieważające” słowa albo zachowania są przestępstwem jeśli albo mają na celu pobudzanie nienawiści rasowej, albo mogą taką nienawiść pobudzić). Artykuł 137 e kodeksu karnego Holandii przewiduje karę do pół roku więzienia albo grzywny dla kogoś, kto upublicznia stwierdzenie, co do którego powinien w sposób rozsądny podejrzewać, że może być ono obraźliwe dla innych osób z powodu ich rasy, wyznania, przekonań osobistych, albo hetero – lub homoseksualnej orientacji, albo że zachęca ono do nienawiści, dyskryminacji lub przemocy z takich powodów. W tym jednak przypadku nie jest przestępstwem wypowiedź, która nie ma na celu nic innego, jak przedstawienie prawdziwych faktów – choć z drugiej strony to, że wypowiedź stwierdza prawdę, nie jest dla jej autora usprawiedliwieniem per se uwalniającym go spod odpowiedzialności karnej. Tak daleko idący zakaz ‘hate speech’ wydawał mi się (i nadal wydaje) kompletnym absurdem – pisałem o tym w tym tekście http://b.kozlov1.eu.interia.pl/dutchliberty.htm . Propozycja „Otwartej Rzeczypospolitej” pokazuje jednak, że dziedzinie ustawodawstwa przeciwko „hate speech” nie ma absurdu, którego nie dałoby się przekroczyć.

  9. mental Says:

    @Bartłomiej Kozłowski

    „Tak daleko idący zakaz ‘hate speech’ wydawał mi się (i nadal wydaje) kompletnym absurdem”

    A mnie się kompletnym absurdem wydaje każdy zakaz ‚hate speech’. Bo jak pokazuje praktyka dnia codziennego, nie istnieje granica, która wyznaczałaby zdroworozsądkowość i absurd. Thomas Sowell napisał kiedyś artykuł, w którym wspomniał, iż czarni uzyskują najgorsze wyniki w testach na inteligencje (zagadnienie testów na inteligencje nie było wcale głównym tematem jego tekstu), za co oskarżono go o szerzenie mowy nienawiści i o mały włos nie usunięto z uczelni. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że Sowell jest czarny.

    Ustawy zakazujące ‚hate speech” mają ohydnie prewencyjny charakter, czyli stanowią element szeroko zakrojonych działań rozmaitych inżynierów społecznych. Jak mówię, granica zdrowego rozsądku tu nie istnieje.

  10. Bartłomiej Kozłowski Says:

    Jestem przeciwko jakimkolwiek prawnym zakazom „hate speech” (choć jednocześnie za społeczną dezaprobatą wobec takiej „mowy”) – pisałem o tym całkiem wyraźnie w tekstach na swojej stronie – zob. http://bartlomiejkozlowski.eu.interii.pl/main.htm

    Odnośnie sprawy Thomasa Sowella, którego omal nie wywalili z uczelni za wzmiankę o tym, że czarni uzyskują przeciętnie najniższe wyniki w testach inteligencji: no właśnie – czy tego typu stwierdzenia są „mową nienawiści”? A czy byłoby „mową nienawiści” np. stwierdzenie, że członkowie żadnej innej grupy rasowej nie siedzą w więzieniu tak często, jak czarni (w USA)? Albo, że przedstawiciele żadnej innej grupy religijnej nie dokonali tylu zamachów terrorystycznych, co muzułmanie?

    Na mój gust stwierdzenia tego rodzaju nie są jeszcze „mową nienawiści” w tym sensie, by w sposób w miarę uczciwy dało je się zakwalifikować jako przestępstwo – np. „nawoływanie do nienawiści” na tle różnic rasowych czy religijnych, albo „znieważenie grupy ludności” z powodu rasy czy religii – choć zapewne bez najmniejszego problemu dałoby się je podciągnąć pod art. 256 par. 1 k.k. w wersji proponowanej przez „Otwartą Rzeczpospolitą”. Ale gust kogoś innego – także prokuratora czy sędziego – może być całkiem inny. I warto o tym pamiętać, bo takie pojęcia, jak „nawoływanie do nienawiści” (i sama nienawiść) i „znieważanie” są nieprecyzyjne, a ocena, czy jakaś wypowiedź da się tak zakwalifikować zależna od subiektywnego „widzimisię” kogoś, kto jej dokonuje.

    Pewne doświadczenia wskazują, że na kwestię tego, czy jakieś wypowiedzi postrzegane są jako „hate speech” może wpływać nie tylko ich treść, ale także np. to, kto jest autorem takiej wypowiedzi. Przykładem może być sytuacja która miała ongiś miejsce na stanowym uniwersytecie Florydy: jeden z białych studentów pozwolił sobie na swego rodzaju żart, jakim było publiczne odczytanie manifestu Unii Białych Studentów (która oczywiście nie istniała). Jego słuchaczom ów żart bardzo nie przypadł do gustu: został zakrzyczany i nazwany rasistą.

    Tyle tylko, że ów manifest Unii Białych Studentów był … kropka w kropkę Manifestem Unii Czarnych Studentów (istniejącej naprawdę). Jedyną zmianą dokonaną przez owego studenta w tym manifeście była konsekwentna zamiana słów „czarni” na „biali” i viceversa. Dokument w oryginalnej postaci nie był postrzegany jako „mowa nienawiści”. Stał się nią nagle, gdy został odczytany przez przedstawiciela innej grupy rasowej, niż jego pierwotny autor (czy autorzy) i zamieniono w określenia grup rasowych (pisał o tym Jim Peron w artykule „Hating Speech” – zob. http://www.liberalvalues.org.nz/index.php?action=view_article&article_id=71 ).

  11. mental Says:

    @Bartłomiej Kozłowski

    Świetną stronkę prowadzisz, dużo ciekawych i merytorycznych tekstów – będę zaglądał regularnie.

  12. Bartłomiej Kozłowski Says:

    Dzięki

Dodaj odpowiedź

Musisz się zalogować aby dodać komentarz.