Upolitycznianie sztuki
Poseł Prawa i Sprawiedliwości Michał Woś zamieścił na Facebooku wpis, z którego można domniemywać, że nie podoba mu się, że polskie jury na konkursie Eurowizji przyznało 12 punktów piosenkarzowi z Izraela i przyznało też punkty wykonawcy z Ukrainy w sytuacji, gdy jurorzy z Izraela i Ukrainy nie przyznali punktów piosenkarce z Polski.
Pan Woś (i większość komentujących jego wpis: „Znowu wyszliśmy na kretynów ale i tak niczego to Polaków nie nauczy”, „Banda sługusów i zdrajców!!!”, „Który to już raz. Domniemam, iż to jury to tylko z nazwy polskie”, „W ogóle nie powinniśmy brać udziału w tej farsie”, „Gdybysmy kiedyś potrzebowali pomocy, to pomogą w ten sam sposób”, „Taki szacunek mają dla nas, ale my i tak niczego się nie nauczymy”, „Dwa kopniaki w tyłek pokazujące szacunek dla PL”, „Znowu jesteśmy frajerami. Długo jeszcze!”) zdaje się tu sugerować, że punkty i co za tym idzie nagrody na muzycznym konkursie Eurowizji powinny być przyznawane według kryterium politycznego, na zasadzie wzajemności: przyznajemy punkty piosence z danego kraju tylko wtedy, gdy oceniający z tego kraju przyznają je „naszym”. Czyli jurorzy nie powinni kierować się (oczywiście, subiektywnie ocenianą) wartością artystyczną utworu i jego wykonania, ale przewidywanymi sympatiami jurorów z kraju ocenianego wykonawcy – a może nawet wcześniej zawierać z nimi porozumienia: my wam damy minimum tyle a tyle punktów, a wy dacie tyle nam. Takie handlowanie punktami.
Bo nie chodzi o to, by nagradzać najlepszych, ale by nagradzać naszych.
To, że nie ma to wiele wspólnego z ideą konkursu muzycznego i uczciwością, jakoś panu Wosiowi umyka.
A może po prostu nie lubi Izraelczyków i Ukraińców, i nieprzyznanie punktów polskiej piosence przez jurorów z tych krajów to dla niego tylko uzasadnienie tej niechęci?
Z nieco innych powodów przyznanie przez polskie jury maksymalnej oceny dla wykonawcy z Izraela skrytykowała pani Aleksandra Kwaśniewska. Córka byłego prezydenta stwierdziła, że to tak, jakby wyrazić poparcie dla Benjamina Netanjahu „i jego zbrodniczych działań”. Czyli znowu – powinny decydować kryteria polityczne. Noam Bettan, nawet gdyby zaśpiewał genialnie, nie powinien dostać najwyższej oceny, bo zdaniem pani Kwaśniewskiej ma niewłaściwe obywatelstwo czy też narodowość – jest Izraelczykiem, a działania izraelskiego rządu i jego premiera w związku z wojną zapoczątkowaną napaścią na ten kraj nie podobają się wielu ludziom na świecie.
Ciekawe, co Aleksandra Kwaśniewska powiedziałaby, gdyby to Polak zaprezentował tam dobry utwór, a jurorzy z innych krajów Europy postanowili przyznać mu zero punktów, bo np. polskie państwo ogranicza prawa kobiet (pani Kwaśniewska publicznie krytykowała zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych)? Może gdyby premierem był akurat polityk PiS, faktycznie przyklasnęłaby tej decyzji?
Mam wrażenie, że dla wielu konkurs Eurowizji stał się areną rywalizacji nie artystów, ale narodów i ich rządów. I jest dla nich „normalne”, że występujących tam wykonawców powinno oceniać się pod kątem sympatii i antypatii do ich narodu i rządu. Mam do nich pytanie: czy dotyczy to też innych nagród i konkursów w inych dziedzinach? Czy pierwsze miejsce w Konkursie Chopinowskim dla Erica Lu to było poparcie dla USA i polityki Donalda Trumpa? A pierwsze miejsce dla Julii Awdiejewej w 2010 roku było poparciem dla Rosji i Władimira Putina? Czy Oskar dla Asghara Farhadiego za najlepszy film międzynarodowy w 2016 roku (reżysera notabene nie wpuszczono do USA na ceremonię wręczenia nagród) był nagrodą dla reżimu ajatollahów w Iranie? A literacka nagroda Nobla dla Laszlo Krasznahorkaia była wyrazem poparcia dla Viktora Orbana? Jeśli nie, to czemu w przypadku Eurowizji ma być inaczej?