Wspólny front przeciw BDSM
Filmiki, zdjęcia, nagrania głosowe, a nawet teksty prezentujące praktyki BDSM – nawet te bez nagości czy treści czysto seksualnych – będą musiały zniknąć z Pornhuba, Clips4Sale czy nawet X, a przynajmniej nie będą mogły być dostępne publicznie? Jest to realny scenariusz, bo Sejm właśnie przegłosował karalność publicznego rozpowszechniania, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej, treści przedstawiających m.in. „poniżające traktowanie innej osoby, nawet za jej zgodą” oraz „treści mogące wywołać przekonanie”, że przedstawiają takie zachowanie.
Za ustawą, mającą na celu zakazanie „patostreamingu”, głosowała ogromna większość posłów zarówno z koalicji rządzącej, jak i opozycji (wyjątkiem o dziwo byli posłowie prawicowi: obie Konfederacje niemal w całości oraz Janusz Kowalski i Tomasz Rzymkowski), więc jej wejście w życie jest praktycznie przesądzone. Może jeszcze zostać poprawiona przez Senat, ale prawdopodobieństwo tego w powyższym zakresie jest niewielkie.
Rozumiem, że dla wielu to, że np. mężczyzna lubi być poniżany albo nawet bity przez kobietę i lubi oglądać takie sceny to zboczenie lub dziwactwo. Ale w przypadku BDSM są to dobrowolne praktyki wykonywane za zgodą ich dorosłych uczestników i przy tworzeniu takich zdjęć czy filmików (na których zresztą takie praktyki są często pozorowane) zwykle (pomijając przypadki ekstremalne) nikt nie cierpi. Praktyki takie nie są zabronione. Homoseksualizm też przez wielu uważany jest za zboczenie, jednak nie tylko jest legalny, ale i rozpowszechnianie treści przedstawiających relacje i praktyki homoseksualne (nawet pornograficznych) nie jest zasadniczo przestępstwem. Podobnie jest z transwestytyzmem, różnymi odmianami fetyszyzmu czy np. upodobaniem (niekoniecznie o podtekście seksualnym) do oglądania wyciskania pryszczy.
Dlaczego BDSM ma być wyjątkiem? Bo ma mniejszą siłę przebicia niż LGBTQ? (Choć fani wyciskania pryszczy też nie są jakąś szczególnie silną grupą).
No chyba, że zwycięży interpretacja, że jest to działalność artystyczna. Ale wątpię. Każdy twórca nazywany patostreamerem (np. niejaki Magical) może przecież tak utrzymywać i ustawa ta powstała nie po to, by dawać im wszystkim taką furtkę.
Mogę zrozumieć jeszcze penalizację treści przedstawiających czyny zabronione. Ale karać więzieniem za przedstawianie czegoś, co jest samo w sobie legalne i nikomu nie szkodzi?
Dla mnie większym zagrożeniem jest Tusk, Kaczyński, Kosiniak, Czarzasty, Hołownia czy Zandberg niż internetowe dominy i „patostreamerzy”. Nie ma obowiązku oglądania treści tworzonych przez tych ostatnich, natomiast do posłuszeństwa wymysłom tych pierwszych mogą być zmuszeni wszyscy. „Niczyje życie, wolność ani mienie nie są bezpieczne, gdy trwa sesja parlamentu” – jak napisał jeszcze w XIX w. amerykański sędzia Gideon Tucker.