Archiwum kategorii ‘Polityka’

List do Senatu RP w sprawie zmian Prawa farmaceutycznego

wtorek, Kwiecień 18th, 2017

Szanowni Państwo,
Sejm uchwalił w dniu 7 kwietnia br. ustawę o zmianie ustawy Prawo farmaceutyczne, celowo ograniczającą liczbę aptek w Polsce – zezwolenie na otwarcie nowych aptek będą mogli otrzymywać jedynie farmaceuci (lub ich spółki jawne lub partnerskie) posiadający dotychczas mniej niż cztery apteki, i tylko w przypadku, gdy nowa apteka będzie położona co najmniej w odległości 500 m od innych aptek w linii prostej, a w przypadku, gdy w danej gminie na jedną aptekę przypada mniej niż 3000 osób – w odległości 1 km.
Oznacza to, że w wielu przypadkach otwarcie nowej apteki w miejscu likwidowanej starej będzie z uwagi na odległość niemożliwe, w niektórych gminach mogą w ogóle nie powstać już nowe apteki. Liczba aptek będzie mniejsza niż mogłaby być bez regulacji wprowadzanej tą ustawą. Właściciele aptek już istniejących na rynku będą działali w warunkach mniejszej – coraz mniejszej – konkurencji.
Z punktu widzenia konsumentów – osób kupujących leki – będzie oznaczać to dłuższą drogę do apteki, dłuższe czekanie w kolejce, dłuższy czas poświęcony na znalezienie apteki, w której dostępny jest określony lek, a także – wskutek zmniejszenia konkurencji – prawdopodobny wzrost tych cen leków, które nie są regulowane. Dodatkowo, ponieważ stopniowo z rynku eliminowane będą podmioty posiadające więcej niż cztery apteki, można spodziewać się zmniejszenia zdolności negocjacyjnej właścicieli aptek w kontaktach z hurtowniami leków (jako że można przypuszczać, iż małe podmioty mają tę zdolność mniejszą), co również może skutkować wzrostem cen.
Regulacje wprowadzane ustawą są oczywistym ograniczeniem wolności gospodarczej. Zgodnie z art. 22 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej ograniczenie wolności gospodarczej dopuszczalne jest tylko ze względu na ważny interes publiczny. W tym przypadku regulacje te nie tylko realizują interesu publicznego, ale wręcz weń godzą, prowadząc do utrudnienia życia klientom aptek, czyli potencjalnie wszystkim – bo każdy może zachorować i potrzebować kupna leku.
Autorzy projektu ustawy nie uzasadnili, w jaki sposób wprowadzane regulacje miałyby przyczynić się do realizacji ważnego interesu publicznego. Jako przykład negatywnych zjawisk, którym wprowadzane regulacje mają zapobiec wskazano:
1) „Niebezpieczeństwo całkowitej monopolizacji rynku usług farmaceutycznych i przejęcia go przez duże, międzynarodowe podmioty, spowodowane m. in. nieprzestrzeganiem ustawowych zakazów koncentracji, takich jak np. 1% aptek w województwie” – z danych przytaczanych przez autorów projektu nie wynika jednak, by rynkowi temu groziła w najbliższym czasie jakakolwiek monopolizacja (wskazali, iż „w Polsce na chwilę obecną działa już ponad 380 sieci aptecznych” oraz że „udział wartościowy w rynku sieci aptecznych składających się z więcej niż 5-ciu aptek wynosi obecnie ok. 44%”, a „w chwili obecnej najszybszej ekspansji rynkowej dokonują duże sieci („50+”), które w 2014 r. kontrolowały 14% rynku”. Jak widać z tych liczb, 56% udziału w rynku mają podmioty mające do 5 aptek, natomiast resztę udziału w rynku ma ponad 380 sieci, w tym jedynie 14% podmioty posiadające więcej niż 50 aptek. W żaden sposób nie można nazwać tego rynkiem zmonopolizowanym, ani też takim, któremu grozi monopolizacja. Dodatkowo autorzy projektu nie wskazali, dlaczego zwiększający się udział w rynku aptecznym większych podmiotów miałby być zjawiskiem negatywnym – są przesłanki, by uważać, że z punktu widzenia konsumenta jest to zjawisko pozytywne, jako że duże podmioty zwykle kupują taniej w hurtowniach i mogą stosować niższe marże (zjawisko znane ogólnie w branży handlowej). Z raportu Pharmanet „Sieci apteczne w Polsce” z września 2015 r. (http://pharmanet.org.pl/uploads/RAPORT%20-%20Sieci%20apteczne%20w%20Polsce_56308f5db9958.pdf), a także z raportu Fundacji Republikańskiej „Rynek dystrybucji farmaceutycznej w Polsce” z 2016 r. (http://fundacjarepublikanska.org/wp-content/uploads/2016/09/Rynek-Dystrybucji-Farmaceutycznej-2016.pdf) wynika, że najniższe średnie ceny leków są w sieciach posiadających od 14 do 49 aptek, również w większych sieciach są one niższe niż w aptekach indywidualnych.
2) „Likwidacja małych, polskich przedsiębiorców prowadzących apteki” – jak wyżej, przytaczane przez autorów projektu liczby nie wskazują w żaden sposób na groźbę takiej likwidacji, za to wprowadzane regulacje, ograniczające liczbę aptek według kryterium odległości między nimi i liczby mieszkańców przypadających na jedną aptekę, mogą doprowadzić do faktycznej likwidacji części przedsiębiorców prowadzących apteki, w tym również małych i polskich.
3) „Braki leków na rynku istotnych z punktu widzenia zdrowia i życia polskich pacjentów (cały czas występujący problem z wywozem leków za granicę i brak możliwości skutecznego zaspokajania potrzeb pacjentów w dostępie do leków, co może doprowadzić do sytuacji zagrożenia ich zdrowia i życia)” – nie wskazano, w jaki sposób ograniczenie liczby aptek ma zapobiec brakom leków i wywozowi leków za granicę, można natomiast przypuszczać, że z punktu widzenia konsumenta dostęp do niektórych leków faktycznie zmniejszy się wraz z liczbą aptek, gdyż mogą zostać zlikwidowane te lepiej zaopatrzone, dodatkowo mniejsza konkurencja nie będzie bodźcem do utrzymywania dobrego zaopatrzenia w leki.
4) „Straty dla budżetu państwa w zakresie pozyskiwania podatków dochodowych i podatku od towarów i usług (m. in. brak odpowiedniego nadzoru nad obrotem oraz likwidacja podmiotów płacących podatki w Polsce powodują utratę wpływów podatkowych)” – w tym przypadku należy wspomnieć, że wszystkie podmioty prowadzące działalność gospodarczą na terenie Polski mają obowiązek płacić podatki w Polsce, natomiast międzynarodowe sieci, teoretycznie mogące „optymalizować” podatki i wyprowadzać zyski z Polski, to zaledwie pięć z działających na polskim rynku sieci aptecznych (Dr. Max, EuroApteka, SuperPharm, Hebe Apteka, Apteka Gemini). Ograniczenie liczby aptek nie zwiększy też w żaden sposób nadzoru nad obrotem dokonywanego przez organy podatkowe – oszustw podatkowych może dokonywać tak samo mały podmiot, jak i duży.
5) „Degradacja roli i znaczenia zawodu farmaceuty” – autorzy projektu nie wskazali, na czym ona miałaby polegać i w jaki sposób ograniczenie liczby aptek miałoby to zmienić. Ponadto interes zawodowy farmaceutów nie jest tożsamy z interesem publicznym.
6) „Świadome łamanie prawa przez liczne grupy, które wyspecjalizowały się w wykorzystywaniu instytucji apteki ogólnodostępnej do pozyskiwania nielegalnych dochodów” – tu również nie wskazano przykładów, ani nie uzasadniono, w jaki sposób ograniczenie liczby aptek czy ograniczenie prawo do ich prowadzenia przez farmaceutów i ich spółki może temu zapobiec – farmaceuci mogą łamać prawo tak jak inni.
7) „Brak odpowiedniej liczby farmaceutów, która zapewniałaby właściwy poziom usług farmaceutycznych (według danych wynikających z rejestru aptek, Centralnego Rejestru Farmaceutów oraz szacunków samorządu aptekarskiego liczba farmaceutów przypadająca na jedną aptekę ogólnodostępną jest mniejsza niż 2)” – jako, że istnieje ustawowy obowiązek zatrudniania farmaceuty jako kierownika apteki oraz zatrudniania przy wykonywaniu w aptece czynności fachowych farmaceutów i techników farmaceutycznych w granicach ich uprawnień zawodowych, nie można twierdzić, że brak jest odpowiedniej liczby farmaceutów do prowadzenia aptek i zapewniania „właściwego poziomu usług”. Z drugiej strony, proponowane regulacje nie przewidują obowiązku zatrudnienia większej liczby farmaceutów w aptekach – może się więc zdarzyć, że ograniczenie liczby aptek doprowadzi do tego, że część farmaceutów nie będzie mogła znaleźć pracy w swoim zawodzie.
8) „Stałe otwieranie się nowych aptek, nierzadko po przekształceniu ze spółek, którym cofnięto zezwolenie, np. z powodu utraty rękojmi należytego prowadzenia apteki w wyniku nielegalnego wywożenia leków za granicę” – to może być co najwyżej argument za zakazem wydawania zezwoleń na prowadzenie aptek osobom związanym ze spółkami, którym cofnięto zezwolenie, natomiast nie wynika z tego, że należy ograniczyć liczbę aptek. Stałe otwieranie się nowych aptek jako takie jest zjawiskiem korzystnym z punktu widzenia konsumenta, a regulacje zawarte w uchwalonej ustawie i tak nie zapobiegają sytuacjom wskazanym tu przez autorów projektu.
Reasumując, uchwalona ustawa nie realizuje w żaden sposób interesu publicznego, tym bardziej ważnego. Realizuje co najwyżej interes jednej grupy zawodowej – farmaceutów będących właścicielami pojedynczych aptek lub mikrosieci aptecznych, bądź też posiadających środki na otwarcie apteki. Jednocześnie w istotny sposób ogranicza wolność gospodarczą, prowadząc do zmniejszenia konkurencji. Jest więc sprzeczna z art. 22 Konstytucji RP.
W związku z tym proszę o jej odrzucenie w całości.

Państwo grup interesu

sobota, Kwiecień 8th, 2017

Sejm uchwalił wczoraj nowelizację prawa farmaceutycznego prowadzącą do ograniczenia liczby aptek – nowe zezwolenia na prowadzenie aptek będą mogli uzyskiwać tylko farmaceuci lub ich spółki posiadający mniej niż cztery apteki, a odległość między aptekami wynosić ma co najmniej kilometr, lub pół kilometra w przypadku, gdy na jedną aptekę w gminie przypada co najmniej 3000 osób. Czyli kolejki będą większe, nieregulowane ceny leków wyższe, a chorzy ludzie chcący szybko kupić trudno dostępny lek będą musieli nachodzić lub najeździć się więcej. Lobby aptekarzy na pewno będzie zadowolone, my wszyscy jako potencjalni konsumenci leków mniej.
I tak właśnie działa demokracja przedstawicielska – mniejszościowe grupy interesu mają w niej do powiedzenia więcej niż większość i mogą ją przy pomocy państwa wyzyskiwać. Bo przeciętny członek grupy interesu ma na regulacji takiej jak ta więcej do zyskania niż przeciętny obywatel do stracenia. I opłaca się mu poświęcić więcej czasu i środków na przekonywanie „przedstawicieli Narodu” na rzecz takiej regulacji niż przeciętnemu obywatelowi przeciwko.
Trudniej jest im w parlamencie bardziej podzielonym – bo trzeba przekonać różne, często skłócone ze sobą frakcje. Łatwiej w parlamencie, gdzie jedna partia, w dodatku o charakterze wodzowskim, ma większość. Tu trzeba tylko przekonać szefostwo tej partii. Dlatego pomysł na „apteki tylko dla aptekarzy” mimo iż forsowany od wielu lat, został przegłosowany dopiero teraz, za rządów PiS. Podobnie jak inne antywolnościowe pomysły, takie jak cenzura Internetu w celu walki z nielegalnym hazardem czy ziemia rolna tylko dla rolników. W kolejce czekają już kolejne, takie jak ograniczenie handlu w niedziele czy ustawa o stałej cenie książki.
Problemem jest nie tyle to, że rządzi PiS, ile to, że partia ta ma (wraz ze swoimi przystawkami z tej samej listy wyborczej) bezwzględną większość w Sejmie, a charakter tej partii jest wodzowski – posłowie „przyklepują” tylko to, co każe im przegłosować kierownictwo. Efekt ordynacji pseudoproporcjonalnej z progami.
Ale mechanizm ten działa w każdej demokracji przedstawicielskiej. W dyktaturze też. Najsłabiej działa w demokracji bezpośredniej – instytucja „weta ludowego” (możliwość odrzucenia uchwalonej ustawy w referendum, oczywiście bez progu frekwencji) bardzo by się tu przydała. Podobnie jak decentralizacja – gdyby takie regulacje jak ta dotycząca rynku aptek zapadały na poziomie oddolnie tworzonej gminy, wielu ludzi miałoby szanse kupować tańsze leki w mniejszych kolejkach w gminie sąsiedniej, w której i tak często bywają, a właściciele „regulowanych” aptek poddani byliby większej presji ze strony konkurencji. A w ostateczności mieszkańcy wsi czy osiedla mogliby przyłączyć się do tej sąsiedniej gminy.
Skoro już musi być państwo, to niech będzie maksymalnie demokratyczne i zdecentralizowane. Wtedy grupy interesu w najmniejszym stopniu będą mogły nas wyzyskiwać.

Obietnice Łukaszenki, obietnice Zandberga

czwartek, Marzec 23rd, 2017

Aleksander Łukaszenko nakazał białoruskim urzędnikom znaleźć do 1 maja br. pracę wszystkim białoruskim bezrobotnym. W jaki sposób urzędnicy mają to zrobić? Po pierwsze mają załatwić pracę „dla swoich żon, mężów, kochanków i kochanek, rodzin i przyjaciół, dla tych, którzy mogą i chcą pracować”. Po drugie – „zamiast maszyn i urządzeń, których amortyzacja znacznie przewyższa koszty pracy ręcznej, należy zatrudnić ludzi”.
W Polsce na podobny pomysł – zagwarantowania wszystkim pracy przez państwo – wpadła partia Razem. Jest to ich oficjalna propozycja programowa. Z tym, że w odróżnieniu od Łukaszenki, Adrian Zandberg i jego towarzysze uważają, że „prawo do godnej pracy i płacy w kraju ojczystym powinno zostać zagwarantowane na poziomie europejskim”. Czyli nie dość, że wszyscy bezrobotni mają znaleźć pracę, ale Polacy w Polsce powinni zarabiać co najmniej tyle, ile średnio zarabia się w Unii Europejskiej, to znaczy na poziomie mieszkańców Włoch czy Francji.
Jak to ma zostać osiągnięte, partia Razem na razie nie podała. Czy wzorem białoruskim pracę mają załatwić urzędnicy, czy państwo ma zmusić przedsiębiorców do zatrudnienia wszystkich bezrobotnych, czy mamy wrócić do państwowej gospodarki z czasów PRL, gdzie wszak było pełne zatrudnienie. Obawiam się jednak, że tak czy owak pojawi się problem, skąd wziąć pieniądze na europejskie zarobki dla wszystkich i na to nie poradzi nawet Zandberg.
Ja rozumiem, że bezrobocie jest problemem. Sam miałem okresy, w których byłem bezrobotnym i szukałem pracy. Wiem też doskonale, że w Polsce zarabia się w porównaniu z Europą Zachodnią mało. Uważam, że jest to owszem w jakimś stopniu skutkiem działań państwa, które od wielu lat nie pozwala gospodarce rozwijać się tak, jakby mogła się rozwijać. Jestem za tym, by tę politykę gospodarczą zmienić na bardziej sprzyjającą rozwojowi gospodarczemu, a co za tym idzie mniejszemu bezrobociu i wyższym zarobkom. Ale wiara w to, że pracę i zarobki można każdemu „zagwarantować”, i to najwyraźniej metodami politycznymi, jest myśleniem magicznym – patrzeniem na państwo „tak, jak dzikus patrzy na swoich bożków”, używając porównania z powieści Heinleina. I to myśleniem szkodliwym, bo jeżeli wyznawcy tej wiary dojdą do władzy, to możemy znowu żyć na poziomie PRL albo dzisiejszej Białorusi.

Delegalizacja politycznego nienawistnictwa – kolejna odsłona?

sobota, Luty 18th, 2017

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik uważa, że internetowy „hejt” wobec polityków należy ścigać i w tym przypadku „wchodzą w grę przepisy z Kodeksu karnego, które mówią o poniżaniu organów Rzeczpospolitej Polskiej (…) oraz atakowaniu osób, na przykład ze względu na przekonania polityczne”.
Otóż, o ile publiczne poniżanie konstytucyjnego organu RP jest faktycznie karalne, o tyle słowne atakowanie kogoś ze względu na przekonania polityczne nie jest (w odróżnieniu od znieważania kogoś z powodu jego przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu bezwyznaniowości), o czym wiceminister sprawiedliwości powinien wiedzieć. Chyba, że jest to zwykła zniewaga ścigana z oskarżenia prywatnego. Karalność „nawoływania do nienawiści” z powodu m. in. czyjejś przynależności politycznej, a także przekonań chciała wprowadzić w 2012 roku Platforma Obywatelska, jednak projekt otwierający furtkę do karania wszelkiej krytyki przeciwników politycznych szybko upadł. Czyżby wiceminister Wójcik chciał do tego projektu powrócić?
Jeżeli tak, to przypomnę, że w badaniu przeprowadzonym pod koniec 2015 roku przez PewResearch Center 60% Polaków opowiedziało się za tym, by ludzie mogli publicznie wzywać do gwałtownych protestów (największe poparcie dla wolności tego typu wypowiedzi na świecie), a 89% – za tym, by ludzie mogli publicznie krytykować politykę rządu. Jakkolwiek internetowy hejt nie jest niczym miłym, to próby karania słownych ataków na polityków mogą źle się skończyć dla rządu.

O wolność zgromadzeń – list do Prezydenta RP

piątek, Grudzień 16th, 2016

Napisałem list do Prezydenta RP Andrzeja Dudy:

„Szanowny Panie Prezydencie,
w 2013 roku brałem udział, jako przedstawiciel Stowarzyszenia Blogmedia24.pl, w posiedzeniu tzw. Obywatelskiej Komisji Legislacyjnej przy Parlamentarnym Zespole ds. Obrony Demokratycznego Państwa Prawa, mającym na celu zebranie propozycji organizacji społecznych do projektu nowej ustawy o zgromadzeniach. Projekt ten miał być odpowiedzią na ograniczenie wolności zgromadzeń wprowadzone nowelizacją uchwaloną z inicjatywy Bronisława Komorowskiego z 2012 r. – nowelizacja ta wprowadzała m. in. możliwość zakazu zgromadzenia w przypadku gdy miałoby się odbyć „w tym samym miejscu i czasie” co inne, obowiązek posiadania przez przewodniczącego zgromadzenia identyfikatora z pieczątką gminy, obowiązek prowadzenia przez niego zgromadzenia tak, aby zapobiec szkodom wyrządzonym przez jego uczestników.
Pamiętam, ze był Pan obecny na tym posiedzeniu. Posiedzeniu przewodniczył poseł Jacek Sasin, który podkreślił, że nie chodzi tylko o przywrócenie stanu sprzed nowelizacji, ale o napisanie nowego projektu ustawy, który dawałby jeszcze większe gwarancje wolności zgromadzeń niż poprzedni stan prawny.
Zarówno ja, jak i przedstawiciele innych organizacji społecznych (m. in. Stowarzyszenie „Marsz Niepodległości”, Stowarzyszenie „Studenci dla Rzeczpospolitej”) krytykowali wówczas rozwiązania przyjęte przez ówczesną nowelizację, w szczególności możliwość zakazywania zgromadzeń z uwagi na to, że więcej zgromadzeń ma się odbyć w tym samym miejscu i czasie. Zostało to przychylnie przyjęte przez obecnych posłów i, o ile pamiętam, również przez Pana.
Niestety nie doszło do przedstawienia przez ten zespół parlamentarny projektu ustawy o zgromadzeniach, a nowa ustawa przyjęta w 2015 roku utrzymała wymienione wyżej ograniczenia, dodatkowo znosząc limit minimum 15 osób, co powoduje, że za zgromadzenie mogą być uznane nawet trzy osoby z transparentem i ulotkami.
Obecnie uchwalono projekt, który ma te ograniczenia nie tylko pozostawić, ale jeszcze bardziej zaostrzyć, m. in. wyznaczając minimalną odległość między zgromadzeniami na 100 metrów.
Proszę o przypomnienie sobie tego, co Pan i posłowie Prawa i Sprawiedliwości mówili w 2013 roku, i niepodpisywanie ustawy będącej dalszym krokiem w ograniczaniu wolności.”

Najnowsza wersja antyhazardowej cenzury. Blokada Facebooka?

czwartek, Lipiec 21st, 2016

Ministerstwo Finansów przygotowało ostatecznie projekt ustawy o zmianie ustawy o grach hazardowych. Projekt ten zakłada m. in. stworzenie Rejestru Domen Służących do Oferowania Gier Hazardowych Niezgodnie z Ustawą, do którego wpisywana ma być, decyzją administracyjną Ministra Finansów (może ją wydać również sekretarz stanu lub podsekretarze stanu), każda „nazwa domeny internetowej wykorzystywana do urządzania gier hazardowych bez koncesji, zezwolenia lub dokonania zgłoszenia wymaganego przez ustawę, kierowanych do usługobiorców na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”, a przedsiębiorcy telekomunikacyjni mają mieć obowiązek „nieodpłatnego uniemożliwienia dostępu do stron internetowych wykorzystujących nazwy domen internetowych wpisanych do Rejestru”.
Oznacza to, że jeżeli w danej domenie choć jedna strona będzie wykorzystywana do urządzania gry hazardowej, to blokowaniu podlega cała domena.
Zgodnie z projektem, znowelizowany  art. 1. ust. 3 ustawy o grach hazardowych ma brzmieć:
„Ustawie podlega urządzanie gier hazardowych w sieci Internet, w tym urządzanie gier, których zasady odpowiadają zasadom:
1) gier losowych;
2) gier na automatach”
Bez zmian ma pozostać art. 2 ust. 5 ww. ustawy:
„Grami na automatach są także gry na urządzeniach mechanicznych, elektromechanicznych lub elektronicznych, w tym komputerowych, organizowane w celach komercyjnych, w których grający nie ma możliwości uzyskania wygranej pieniężnej lub rzeczowej, ale gra ma charakter losowy”.
Oznacza to, że symulacja gry na automacie w Internecie, nawet jeśli nie można uzyskać wygranej pieniężnej lub rzeczowej, będzie grą hazardową w rozumieniu ustawy.
Między innymi, grami hazardowymi będą gry oferowane na Facebooku. Np.
https://apps.facebook.com/realtexasholdem/
https://apps.facebook.com/locoluckyslots/
https://apps.facebook.com/playmyvegas/ (tu można zresztą zdobyć niewielkie wygrane rzeczowe).
A to oznacza, że do Rejestru trzeba będzie wpisać zgodnie z ustawą domenę apps.facebook.com, a może nawet facebook.com – i blokować wszystkie aplikacje Facebooka, albo całego Facebooka.
Ponieważ sformułowanie „nazwa domeny internetowej wykorzystywana do urządzania gier hazardowych” jest nieprecyzyjne, może być interpretowane również w sposób obejmujący nazwy domen internetowych służących do pobierania aplikacji wykorzystywanych do podobnych jak wyżej gier na urządzeniach mobilnych. W tym przypadku blokada może objąć także Google Play (domenę play.google.com), a tym bardziej iTunes (itunes.apple.com), gdzie można znaleźć aplikacje służące również do realnego hazardu. Oznaczałoby to blokowanie dostępu do podstawowych narzędzi użytkowników iPhone czy Androida.
Z drugiej strony, jako że uniemożliwianie dostępu do domen wpisanych do Rejestru ma odbywać się poprzez „ich usunięcie z systemów teleinformatycznych przedsiębiorców telekomunikacyjnych, służących do zamiany nazw domen internetowych na adresy IP”, oraz przekierowanie połączeń „odwołujących się do nazw domen internetowych wpisanych do Rejestru do strony internetowej prowadzonej przez ministra właściwego do spraw finansów publicznych”, to taką blokadę będzie można bardzo łatwo obejść, wpisując sobie w komputerze adresy serwerów DNS np. Google. Ponadto taki obowiązek ma dotyczyć jedynie przedsiębiorców telekomunikacyjnych, a serwer DNS może postawić sobie każdy, niekoniecznie będący przedsiębiorcą telekomunikacyjnym. Oznacza to, że przedsiębiorcy telekomunikacyjni zostaną obarczeni – pod groźbą kary administracyjnej w wysokości 250 tys. zł – niepotrzebnym żmudnym obowiązkiem śledzenia Rejestru i dokonywania wielu wpisów w swoich serwerach DNS, z których osoby chcące uczestniczyć w internetowym hazardzie nie będą wcale musiały korzystać. Z drugiej strony, może to w niezamierzony sposób utrudnić dostęp mniej obeznanych informatycznie użytkowników do domen niekoniecznie służących hazardowi (jak apps.facebook.com czy itunes.apple.com).
Próby zmiany tego projektu w kierunku zmuszenia przedsiębiorców telekomunikacyjnych do skuteczniejszego blokowania (np. dostępu do adresu URL danej strony internetowej) byłyby przy tym jeszcze gorsze, ponieważ taki rodzaj blokowania jest technicznie trudniejszy, a w przypadku powszechnie stosowanego obecnie szyfrowania połączeń protokołem SSL – niemożliwy bez ingerencji polegającej na rozszyfrowywaniu ruchu. Coś takiego byłoby bardzo kosztowne, niemożliwe do ukrycia przed bardziej doświadczonymi użytkownikami (podmianie podlegałby certyfikat strony) oraz podważyłoby zaufanie do przedsiębiorców telekomunikacyjnych, a i tak nie stanowiłoby stuprocentowej blokady – bo można byłoby obejść ją korzystając np. z połączeń VPN z zakończeniami poza Polską albo sieci TOR. Dlatego na etapie prac legislacyjnych w rządzie zrezygnowano z tego pomysłu.
Pomysł Rejestru Domen Służących do Oferowania Gier Hazardowych Niezgodnie z Ustawą jest co do zasady powrotem do pomysłu Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych, który został przedstawiony pod koniec 2009 roku przez rząd Donalda Tuska. Przedstawiło go wówczas również Ministerstwo Finansów. Pierwotnym celem tamtego pomysłu było również blokowanie stron i usług umożliwiających urządzanie gier hazardowych bez zezwolenia. Już na etapie uzgodnień międzyresortowych dodano wówczas inne kategorie stron i usług mające podlegać wpisywaniu do RSiUN, takie, jak treści propagujące faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa, treści pornograficzne z udziałem małoletniego, pornograficzne związane z prezentowaniem przemocy lub posługiwaniem się zwierzęciem, treści pornograficzne zawierające wytworzony lub przetworzony wizerunek małoletniego uczestniczącego w czynności seksualnej, treści, których prezentowanie umożliwia podstępne wprowadzenie w błąd, w celu osiągnięcia korzyści majątkowych, poprzez wyłudzenie informacji mogących służyć do dokonania operacji finansowych bez zgody dysponenta środków finansowych. Projekt RSiUN został skrytykowany przez ekspertów, wywołał protesty organizacji pozarządowych i internautów, i ostatecznie został wycofany. W tym przypadku można również obawiać się, czy Rejestr nie zostanie rozszerzony na domeny związane z innymi kategoriami stron i usług internetowych.
Pomysłowi blokowania stron sprzeciwia się Ministerstwo Cyfryzacji.
Projekt jednocześnie w dużym stopniu utrudnia urządzanie legalnych gier hazardowych przez Internet, narzucając obowiązek wykorzystywania do ich urządzania wyłącznie strony internetowej, której krajowa domena najwyższego poziomu jest przypisana do polskich stron internetowych (czyli w praktyce w domenie .pl) oraz obowiązek archiwizowania przez 5 lat „wszelkich danych wymienianych między tym podmiotem a uczestnikiem gier hazardowych, w tym pozwalających na ustalenie przebiegu wyniku gier hazardowych oraz przeprowadzanych transakcji wynikających z tych gier oraz danych niezbędnych do identyfikacji uczestnika gier hazardowych” i to na terenie Polski lub państwa należącego do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, w sposób umożliwiający dostęp do tych danych organom Służby Celnej.
Projekt czeka jeszcze na notyfikację Komisji Europejskiej.
Rekomendacja: do kosza!

Obywatel poprawia ustawę

piątek, Czerwiec 10th, 2016

Ustawa o działaniach antyterrorystycznych uchwalona. Uważam, że zawiera ona punkty ograniczające wolność oraz zagrażające – przy złej woli rządzących – prawom obywatelskim. Jednak z pierwotnego projektu już na etapie podkomisji usunięto trzy elementy, na które wskazywałem w swoich uwagach rozsyłanych posłom:
1) Definicja przestępstwa o charakterze terrorystycznym zostaje w dotychczasowym kształcie – nie ma możliwości uznania za takie np. uczestnictwa w antyrządowej manifestacji, podczas której doszło do starć z policją i uznanej z tego powodu za zbiegowisko publiczne.
2) Blokowanie dostępu do danych i usług informatycznych nie będzie mogło być nakazane każdemu „administratorowi systemu teleinformatycznego”, a jedynie usługodawcy świadczącemu usługi drogą elektroniczną. Czyli będzie można nakazać blokadę strony lub skrzynki mailowej na polskim serwerze (teraz sąd też może to zrobić), ale już nie dostęp do danych i usług w światowym Internecie. Wprawdzie są usługodawcy świadczący usługi drogą elektroniczną, którzy są jednocześnie przedsiębiorcami telekomunikacyjnymi i można sobie teoretycznie wyobrazić taką interpretację tego zapisu, która pozwala na nakazanie im blokowania zasobów światowego Internetu (poprawka posłanki Anny Siarkowskiej zmierzająca do uszczegółowienia go w sposób uniemożliwiający taką interpretację – o którą ją prosiłem – została zarekomendowana do odrzucenia przez komisję, a więc chyba ją odrzucono), ale nie każdy przedsiębiorca telekomunikacyjny świadczy usługi drogą elektroniczną, więc nie każdemu będzie można to nakazać nawet przy takiej interpretacji.
3. Zdarzenia wyszczególnione w katalogu określanym rozporządzeniem ministra spraw wewnętrznych (w projekcie rozporządzenia jest tam np. podjęcie pracy przez cudzoziemca z kraju podwyższonego ryzyka czy publikacja materiałów mogących wzbudzać protesty grup religijnych lub etnicznych) zostały odróżnione od zdefiniowanych w ustawie „zdarzeń o charakterze terrorystycznym”. To ważne, bo nie będą mogły tylko z tego powodu stać się podstawą do ogłaszania stopni alarmowych (co skutkuje np. możliwością ograniczenia wolności zgromadzeń) ani nakazania zablokowania strony internetowej – jedynym skutkiem umieszczenia jakiegoś typu zdarzenia w tym katalogu będzie informowanie o takim zdarzeniu ABW. Niestety nazwano je dość nieszczęśliwie „incydentami o charakterze terrorystycznym” (czy podjęcie pracy przez np. obywatela Iraku, albo opublikowanie karykatury Mahometa, ma charakter terrorystyczny?), a kolejna poprawka posłanki Siarkowskiej, o którą ją poprosiłem, zmierzająca do zdefiniowania „incydentu” została zarekomendowana do odrzucenia przez komisję i chyba odrzucona – co pozwala ministrowi wpisać do tego katalogu wszystko, a przy odrobinie naginania prawa władza może próbować postawić znak równości między „zdarzeniem o charakterze terrorystycznym” (któremu Szef ABW będzie miał ustawowy obowiązek zapobiegać!) a „incydentem o charakterze terrorystycznym”.
Czyli, jak się okazuje, przekonywanie daje czasami rezultaty, choć nie muszą być one idealne. Nie wiem, czy to ja mam taką siłę przekonywania, czy też więcej osób zgłosiło podobne uwagi. Myślę, że ważne było zaangażowanie niektórych posłów. Odrzucono niestety postulat rezygnacji z możliwości wprowadzania zakazu zgromadzeń, wprowadzono obowiązek rejestracji pre-paidów, a przede wszystkim wprowadzono możliwość prowadzenia faktycznej kontroli operacyjnej – w postaci np. podsłuchów – bez zgody sądu i bez kontroli sądowej nad wykorzystaniem uzyskanych w ten sposób informacji. Wprawdzie tylko wobec cudzoziemców, w stosunku do których istnieje obawa co do prowadzenia przez nich działalności terrorystycznej, ale przecież zawsze będzie można powiedzieć, że podsłuch założony w jakimś przedsiębiorstwie, restauracji, hotelu czy innym pomieszczeniu, w którym przebywają przede wszystkim obywatele polscy zostaje założony, bo może pojawić się tam określony cudzoziemiec-terrorysta. A potem wykorzystać te informacje do innych celów, bo sąd tego już nie będzie nadzorował.
Teraz ustawa trafi do Senatu, a potem do podpisu przez prezydenta. Będę przekonywał do końca.

Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych powraca!

poniedziałek, Maj 23rd, 2016

Już bez żadnych wątpliwości – Ministerstwo Finansów powraca do projektu Donalda Tuska i Jacka Kapicy z 2009/2010 r., czyli pomysłu blokowania stron internetowych z nielicencjonowanym hazardem (wtedy nazywało się to Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych i upadło po silnych protestach internautów i organizacji społecznych – protestujący zwracali się m. in. do prezydenta Lecha Kaczyńskiego).
Jeszcze 25 stycznia MF oficjalnie zapewniało, że nie pracuje nad zmianami w ustawie hazardowej, a na (zaproponowaną przeze mnie) interpelację posłów Kukiz’15 w sprawie pojawiających się w przeciekach prasowych zamiarów blokowania stron odpowiedziało 12 kwietnia wymijająco. Niedawno całkiem podobny pomysł zaprezentował też, jako pomysł swego ugrupowania, wicepremier Jarosław Gowin.
Jak widać, rząd się zmienił, ale za sznurki pociągają ci sami lobbyści.

Ustawa antyterrorystyczna czy antyobywatelska?

piątek, Maj 6th, 2016

Wyobraźmy sobie, że za parę miesięcy – lub za parę lat – jakieś posunięcia rządu doprowadzają do protestów społecznych. Organizowane są demonstracje pod hasłami wycofania się rządu z tych posunięć lub jego ustąpienia. Podczas jednej, lub kilku z nich dochodzi do zamieszek – np. bójek z policją, obrzucenia jajkami jakiegoś polityka – spowodowanych przez niektórych ich uczestników, przypadkowych chuliganów lub prowokatorów. Zamieszki nie ustają po rozwiązaniu demonstracji przez przedstawiciela gminy. Kilku uczestnikom prokuratura stawia zarzut, że brali czynny udział w zbiegowisku wiedząc, że jego uczestnicy wspólnymi siłami dopuszczają się gwałtownego zamachu na osobę lub mienie (art. 254 kk).
Jako że czyn ten zagrożony jest karą pozbawienia wolności, której górna granica wynosi 3 lata, celem demonstracji było zmuszenie rządu do podjęcia określonych czynności, a weszła już w życie ustawa o działaniach antyterrorystycznych obniżająca górną granicę kary pozbawienia wolności, przy której czyn zabroniony uznawany jest za przestępstwo o charakterze terrorystycznym, do 3 lat – premier, po konsultacji z ministrem spraw wewnętrznych oraz szefem ABW, uznaje to za zdarzenie o charakterze terrorystycznym (wg definicji z ww. ustawy – sytuację, co do której istnieje podejrzenie, że powstała na skutek przestępstwa o charakterze terrorystycznym) i wprowadza w związku z tym na terenie całego kraju czwarty stopień alarmowy przewidziany przez tę ustawę. Czwarty – bo zdarzenie już wystąpiło i spowodowało zagrożenie dla porządku publicznego. Umożliwia to ministrowi spraw wewnętrznych wprowadzenie zakazu odbywania zgromadzeń publicznych w całej Polsce. A ministrowi obrony narodowej – przydzielenie oddziałów Sił Zbrojnych do pomocy policji. Też zgodnie z przepisami wprowadzonymi wspomnianą ustawą.
Osoby, co do których istnieje podejrzenie, że brały udział w demonstracji uznanej za zbiegowisko zatrzymywane są, a ich mieszkania przeszukiwane, w nocy. Prokuratorzy wnioskują o ich tymczasowe aresztowanie na okres 14 dni, ponieważ uprawdopodobnienie popełnienia przestępstwa o charakterze terrorystycznym stało się – zgodnie z nowymi, „antyterrorystycznymi” przepisami – samoistną przesłanką aresztowania.
Odbywają się kolejne – tym razem już nielegalne – publiczne protesty, z których część – tam, gdzie dochodzi do starć z policją  – uznawana jest za kolejne przestępstwa o charakterze terrorystycznym. Ponieważ ogłoszono czwarty stopień alarmowy, Komendant Główny Policji korzysta ze swego nowego uprawnienia i zarządza zastosowanie przez policję urządzeń uniemożliwiających telekomunikację, by utrudnić demonstrantom porozumiewanie się i gromadzenie. Szef ABW zmusza natomiast dostawców Internetu do zablokowania na 30 dni dostępu do Facebooka, za pośrednictwem którego protestujący się zwołują…
Taki scenariusz może stać się teoretycznie rzeczywistością. Bo aktualny projekt ustawy o działaniach antyterrorystycznych, poza nadaniem nowych uprawnień premierowi, ministrom, szefom policji i służb oraz prokuraturze, zmienia definicję przestępstwa terrorystycznego, obniżając górną granicę trwania kary pozbawienia wolności czynu za takie przestępstwo uznawanego z 5 do 3 lat. I „łapią się” tu takie czyny, jak właśnie udział w antyrządowej demonstracji, która przerodziła się w zamieszki, albo np. ujawnienie tajnej (lub nawet poufnej albo zastrzeżonej, jeśli ujawnia funkcjonariusz publiczny) informacji dotyczącej jakichś niekoniecznie uczciwych zamiarów polityków – jeśli tylko uzna się, że celem jest tu zmuszenie rządu do określonych działań lub odstąpienia od nich. Jest to wprawdzie ocena, którą można uznać za kontrowersyjną i naciąganą – tyle, że nie będzie ona należała tu – poza decyzją w sprawie tymczasowego aresztowania – do sądu, a do polityków i ich podwładnych. W efekcie ustawa mająca przeciwdziałać terroryzmowi stanie się podstawą do działań antyobywatelskich.
Można powiedzieć, że nie ma się czego obawiać, bo nie jest to celem projektodawców ani obecnego rządu. Być może. Lepiej jednak nie polegać na obietnicach dobrej woli polityków. A nawet, jak obecnie rządzący nie mają zamiaru wykorzystać uprawnień, które otrzymają, w sposób opisany powyżej, należ pamiętać, że do władzy mogą dojść inni ludzie, którzy nie będą mieli takich skrupułów.

Znowu grozi cenzurowanie Internetu

niedziela, Kwiecień 24th, 2016

Po odstąpieniu na początku 2010 r., w obliczu zmasowanej krytyki, rządu Donalda Tuska od pomysłu Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych temat cenzurowania Internetu poprzez blokowanie dostępu do jego zasobów w zasadzie ucichł. Wprawdzie z Ministerstwa Finansów pojawiały się sporadyczne głosy o możliwości powrotu do idei blokowania stron z nielicencjonowanym hazardem (głównym „spiritus movens” był tu były wiceminister Jacek Kapica), nigdy nie wyszły one poza etap pomysłu. Po wyborach w 2015 r. i zmianie rządu wydawało się, że temat zostanie zamknięty na dobre, jako że Prawo i Sprawiedliwość podczas całego okresu rządów koalicji PO-PSL występowało raczej w obronie wolności Internetu i nie zgłaszało (poza pomysłem wprowadzenia obowiązkowej darmowej usługi dostępu do Internetu z zablokowanymi stronami pornograficznymi zgłaszanymi przez Solidarną Polskę, obecnego koalicjanta PiS) pomysłów jego cenzurowania.
Jednak temat wrócił. Pierwszą jego oznaką były doniesienia prasowe na początku 2016 r., że Ministerstwo Finansów pracuje nad zmianą ustawy regulującej hazard i rozważa pomysł blokowania stron internetowych z grami hazardowymi należących do nielicencjonowanych podmiotów. Doniesienia te zostały szybko zdementowane przez ministerstwo, jednak po paru miesiącach okazało się, że prace nad zmianą ustawy „hazardowej” są jednak prowadzone i faktycznie bierze się pod uwagę cenzurowanie stron z nielicencjonowanym hazardem. Wiceminister Marian Banaś pytany przez posłów sejmowej Komisji Kultury Fizycznej i Sportu stwierdził, że obecnie „brakuje instrumentów, by wprowadzić blokadę w wypadku stron na serwerach zagranicznych”, ale „dokonujemy bardzo głębokiej i pełnej analizy, aby temu przeciwdziałać”.
W międzyczasie posłowie Jakub Kulesza, Jacek Wilk, Tomasz Jaskóła, Magdalena Błeńska i Rafał Wójcikowski wnieśli do ministra finansów interpelację, której projekt przygotowałem. W interpelacji pytali o następujące rzeczy:
„Czy prawdą jest, że planowany jest przez Pana ministerstwo projekt zmian w ustawie przewidujący blokowanie stron internetowych?
A jeżeli tak, to:
1. Czy obowiązek ten będzie nałożony na dostawców Internetu, czy będzie technicznie realizowany przez państwo?
2. Czy przewiduje się w związku z tym również blokowanie połączeń VPN, sieci TOR, I2P, JAP i serwerów proxy na całym świecie, mogących służyć do obejścia takiej blokady?
3. W jaki sposób zamierza się zapewnić, że przy okazji nie będą blokowane także inne zasoby znajdujące się w tej samej domenie czy pod tym samym adresem IP, co blokowane strony?
4. Czy oszacowano koszty, jakie państwo lub dostawcy Internetu będą musieli ponieść w celu zapewnienia technicznych możliwości takiego blokowania?
5. Czy nie obawia się Pan, że stworzenie prawnego i technicznego mechanizmu pozwalającego na blokowanie stron internetowych oferujących nielicencjonowany hazard może być w łatwy sposób wykorzystane do blokowania dowolnych innych treści w Internecie, w tym niezależnych informacji i krytyki władz, jak np. w Chinach – niekoniecznie przez obecny rząd, ale przez któryś z następnych?
6. Czy jest to wykorzystanie gotowego projektu pozostałego po poprzednim rządzie i wiceministrze Jacku Kapicy?”
Odpowiedź na tę interpelację, podpisana przez sekretarza stanu Wiesława Janczyka, była bardzo ogólnikowa i sprowadzała się do sformułowania, że „podejmując inicjatywę ustawodawczą w zakresie zmiany wspomnianych regulacji, kwestie poruszone w Interpelacji nr 1880 poddam pogłębionej analizie”. Jak na razie projekt zmian w ustawie nie został opublikowany, jednak istnieje realna możliwość, że zapisy nakazujące blokadę stron z nielicencjonowanym hazardem jednak się pojawią. Zwłaszcza, że pomysł wydaje się mieć poparcie również Platformy Obywatelskiej – na wspomnianym wyżej spotkaniu z wiceministrem Banasiem poseł PO Ireneusz Raś sugerował zasłanianie takich stron „kurtynkami” i blokowanie kont bankowych osób, które próbowałyby je obchodzić.
Równocześnie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji opracowało projekt ustawy o działaniach antyterrorystycznych. Projekt ten zawiera zapis umożliwiający szefowi ABW zarządzenie zablokowania lub zażądanie od administratora systemu teleinformatycznego zablokowania dostępności określonych danych informatycznych w systemie teleinformatycznym, w celu „zapobiegania i wykrywania przestępstw o charakterze terrorystycznym oraz ścigania ich sprawców”. Wymagane jest wprawdzie późniejsze zatwierdzenie tego przez sąd, jednak takie zarządzenie obowiązywać ma już od momentu wydania.
Jako że pojęcie „systemu teleinformatycznego” nie jest zdefiniowane w tym projekcie, nie ma przeszkód w interpretowaniu tego zapisu tak, że zezwala on również na zarządzenie zablokowania dostępu do danych znajdujących się w Internecie na serwerach poza granicami Polski i zażądanie tego od przedsiębiorców telekomunikacyjnych świadczących usługi dostępu do Internetu (dostawców Internetu) lub zarządzających sieciami szkieletowymi (operatorów). Taka interpretacja zgodna jest z definicją systemu teleinformatycznego znajdującą się w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną („zespół współpracujących ze sobą urządzeń informatycznych i oprogramowania, zapewniający przetwarzanie i przechowywanie, a także wysyłanie i odbieranie danych poprzez sieci telekomunikacyjne za pomocą właściwego dla danego rodzaju sieci telekomunikacyjnego urządzenia końcowego w rozumieniu ustawy z dnia 16 lipca 2004 r. – Prawo telekomunikacyjne (Dz. U. Nr 171, poz. 1800, z późn. zm.)”) – zgodnie z tą definicją zarówno całą ogólnoświatową sieć Internet, jak i jej fragment zarządzany przez danego przedsiębiorcę telekomunikacyjnego można uznać za system teleinformatyczny.
W praktyce oznacza to, że projektowana ustawa dałaby szefowi ABW prawo do zarządzenia zablokowania dostępu do dowolnych danych znajdujących się w Internecie, czyli cenzury całego Internetu, i to z dopiero następczą kontrolą ze strony sądu. Jednocześnie obarczyłaby przedsiębiorców telekomunikacyjnych problemem technicznego rozwiązania takiej blokady (zwłaszcza, jeżeli dane, do których dostęp ma być zablokowany znajdują się w tzw. darknecie) oraz ewentualnymi kosztami, które w związku z tym musieliby ponieść.
Z jednej strony całkowite zablokowanie dostępu do wskazanych danych (również za pośrednictwem serwerów proxy, VPN, sieci TOR itd.) jest technicznie bardzo trudne, co mogłoby narażać przedsiębiorców telekomunikacyjnych na odpowiedzialność, z drugiej – obowiązek zapewnienia takiej blokady może skłaniać tych ostatnich do jak największego ograniczenia dostępu do wszelkich usług zapewniających anonimowość oraz blokowania wszystkich zasobów znajdujących się pod adresem IP, pod którym znajdują się wskazane dane. Niewykluczone, że przedsiębiorcy telekomunikacyjni zainwestują w infrastrukturę pozwalającą na bardziej wyrafinowane filtrowanie (np. blokowanie hybrydowe – jak NetClean Whitebox), co potencjalnie może okazać się bardzo niebezpieczne. Możemy skończyć jak Chińczycy za „złotą tarczą”.