Archiwum kategorii ‘Polityka’

Djokovic i inni „nielegalni”

niedziela, styczeń 16th, 2022

Najlepszy tenisista świata, Novak Djokovic, będzie deportowany z Australii, gdzie przyjechał na turniej Australian Open. Bo może stanowić zagrożenie dla „zdrowia, bezpieczeństwa lub porządku społeczeństwa australijskiego”.
Nie dlatego, że jest zakażony koronawirusem czy nawet dlatego, że może się nim łatwiej zakazić wskutek braku zaszczepienia.
Dlatego, że – jak powiedział australijski premier – jego obecność w Australii może rozniecić nastroje antyszczepionkowe.
Czyli nawet nie z powodu głoszonych przez siebie poglądów, ale z powodu takiego, a nie innego postrzegania go przez niektórych ludzi, co z kolei odbierane jest przez państwo za potencjalne zagrożenie dla jego celów.
Przypadek Djokovica jest głośny, ale oczywiście nie jedyny. Bo normalną, niekwestionowaną prerogatywą i praktyką państw jest wyrzucanie lub niewpuszczanie na rządzone przez nie terytoria ludzi, których obecność uznają za niepożądaną z różnych przyczyn. Czasami są to ich poglądy lub działalność – i nie musi chodzić tu wcale o działalność przestępczą. Częściej pochodzenie, stan majątkowy – biednych kandydatów na imigrantów mniej chętnie się wpuszcza – czy po prostu chęć ograniczenia liczby nowo osiedlających się na terenie danego państwa ludzi.
Przypuszczam, że wielu z tych, którym nie podoba się teraz deportacja Djokovica z Australii, popierało wcześniej Executive Order 13780 wydany przez prezydenta Trumpa i popiera jak największe zamknięcie granic Polski i całej Europy przed imigrantami z Azji i Afryki. Ale jeśli akceptuje się zasadę, że państwo może nie wpuścić na rządzone przez siebie terytorium nie tylko agresora czy kogoś, kto stanowi bezpośrednie zagrożenie dla czyjegoś życia, wolności lub własności, ale każdego, kto mu się nie podoba, to trzeba zaakceptować to, że może za chwilę na całym świecie osoby krytyczne wobec obecnej polityki szczepień przeciwko COVID-19 – czy jakimkolwiek innym pomysłom rządów – nie będą nigdzie przepuszczane przez granice.
Z drugiej strony przypuszczam, że wielu z tych, którzy głoszą hasło „żaden człowiek nie jest nielegalny” w kontekście uchodźców i migrantów ekonomicznych próbujących przedostawać się przez granicę polsko-białoruską i ogólnie granice Unii Europejskiej, przyklaskuje deportacji Djokovica albo przynajmniej jej się nie sprzeciwia. Bo nie lubią „antyszczepionkowców” i bogaczy. Ale jeśli akceptuje się zasadę, że państwo może nie wpuścić na rządzone przez siebie terytorium każdego, kto mu się nie podoba – na przykład takiego Djokovica – to trzeba zaakceptować to, że może za chwilę bogate państwa zaostrzą kryteria wpuszczania imigrantów z biednych krajów (tak przy okazji – ilu z nich może pokazać dokumenty potwierdzające szczepienie czy negatywne wyniki testów?), albo niemal całkowicie zamkną przed nimi granice.
Jeżeli nie chce się, by zamykano granice przed takimi jak Djokovic – albo jeżeli nie chce się, by zamykano granice przed uchodźcami czy biedakami pokojowo migrującymi z przyczyn ekonomicznych – trzeba sprzeciwić się samej tej zasadzie. Na przykład przyjmując libertariańskie stanowisko, że przemocą można powstrzymywać jedynie kogoś, kto bezpośrednio zagraża czyjemuś życiu, wolności lub własności. I domagając się przyjęcia go od rządów.
Novak Djokovic powinien mieć takie samo prawo wjazdu do Australii czy gdziekolwiek indziej, jak pokojowo zachowujący się imigranci z Iraku, Afganistanu czy Jemenu do Polski – czy gdziekolwiek indziej.

Facebook prawem, nie towarem?

niedziela, styczeń 9th, 2022

Konfederacji, której profil został usunięty z Facebooka za – jak głosi oświadczenie korporacji Meta – naruszanie jego zasad dotyczących mowy nienawiści i dezinformacji, nie wystarcza skierowanie sporu (w którym niewykluczone, że ma rację) do sądu. Jej politycy domagają się ponadto, by z serwisów społecznościowych nie wolno było usuwać profili organizacji politycznych, o ile nie zostanie to nakazane prawomocnym wyrokiem sądu, pod karą do 50 milionów złotych dla ich właścicieli.
To mniej więcej tak, jakby ochronie knajp czy sklepów nie było wolno wyprowadzać klientów naruszających – zdaniem ich właścicieli czy menedżerów – zasady zachowania się w tych miejscach, jeśli ci klienci są politykami. Chyba, że wcześniej tak orzekłby sąd.
Albo jak w przypadku lokatorów wynajmujących mieszkania, których nie wolno legalnie wyrzucić bez prawomocnego wyroku orzekającego eksmisję. Ale właścicielom mieszkań nie grożą aż tak wysokie kary, no i zakaz eksmisji bez wyroku sądu dotyczy wszystkich, a nie jedynie polityków.
Organizacje polityczne wg Konfederacji powinny stać się świętymi krowami, dla których profile w prywatnych serwisach społecznościowych – tworzone przy wykorzystaniu prywatnej infrastruktury kupionej za prywatne pieniądze innych ludzi – mają być do pewnego stopnia prawem, a nie towarem. Za który zresztą obecnie nie muszą i tak nic płacić.
W przeciwieństwie do takich jak ja – w przypadku wejścia w życie projektu Konfederacji moją stronę Facebook nadal będzie mógł usunąć bez wyroku sądu, bo nie jestem partią, komitetem wyborczym, kołem poselskim, tylko zwykłym człowiekiem wyrażającym poglądy na tematy polityczne.
To tyle, jeśli chodzi o poszanowanie własności prywatnej i swobodę prowadzenia działalności gospodarczej, których podobno politycy Konfederacji są zwolennikami. Gdy w grę wchodzi interes partii – idee odstawiane są do kąta.

Inwigilowanie inwigilatorów

poniedziałek, grudzień 27th, 2021

Inwigilacja polityków opozycji przy pomocy programu szpiegowskiego Pegasus – na którą wskazują informacje udostępnione przez Citizen Lab – jest skandalem. Jednak nie zapomnijmy, że przeciwników politycznych inwigilowano i za rządów PO-PSL (choć byli to dziennikarze, podsłuchiwano ich metodami bardziej „tradycyjnymi” i póki co nie udowodniono przy tym przekroczenia przepisów prawa), że wówczas nie było żadnej sądowej kontroli nad inwigilacją stosowaną przez służby (dziś formalnie jest, ale w formie praktycznie symbolicznej), że już w 2011 roku MSWiA zgłosiło do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju projekt mający na celu opracowanie narzędzi „umożliwiających niejawne i zdalne uzyskiwanie dostępu do zapisu na informatycznym nośniku danych, treści przekazów nadawanych i odbieranych oraz ich utrwalanie”, i że w latach 2012-2015 roku CBA kupowało licencje na program szpiegowski RCS produkowany przez Hacking Team, mimo że ówczesne przepisy regulujące kontrolę operacyjną nie mówiły wprost o „stosowaniu środków technicznych umożliwiających uzyskiwanie w sposób niejawny informacji i dowodów oraz ich utrwalanie, a w szczególności treści rozmów telefonicznych i innych informacji przekazywanych za pomocą sieci telekomunikacyjnych” (to sformułowanie pojawiło się dopiero po nowelizacji prawa w 2016 roku). Przypomnę także, że już w 2011 roku Polska była liderem w inwigilacji obywateli w formie sprawdzania ich billingów telefonicznych i innych danych telekomunikacyjnych (ponad 1856000 przypadków bez kontroli i wiedzy osób, których to dotyczyło), a w 2009 roku poseł Brejza (obecnie ujawniony jako ofiara szpiegowania Pegasusem) sugerował w interpelacji poselskiej delegalizację oprogramowania umożliwiającego anonimową komunikację przez sieć TOR oraz opracowanie narzędzi umożliwiających ujawnianie użytkowników tej sieci.
Nie mam złudzeń co do obecnie rządzącej ekipy, która wówczas występowała przeciwko inwigilacji, a obecnie – wszystko na to wskazuje – sama ją stosuje. Jednak nie mam też złudzeń co do polityków, którzy wcześniej rządzili, a dziś są opozycją. Jeśli opozycja ma być w tej sprawie minimalnie wiarygodna, musi zobowiązać się publicznie do:
– wprowadzenia realnej kontroli sądowej działań operacyjnych policji i innych służb;
– zniesienia przepisów zezwalających na stosowanie przez służby państwowe oprogramowania szpiegowskiego takiego jak Pegasus czy RCS (jeszcze w 2011 roku zlecenie opracowania takiego oprogramowania przez MSWiA wywołało skandal, bo ewentualne użycie go byłoby nielegalne);
– uchylenia przepisów nakazujących przedsiębiorcom telekomunikacyjnym ogólne zatrzymywanie przez rok danych o połączeniach, zwłaszcza, że jest to obecnie niezgodne z prawem unijnym, co potwierdziły wyroki TSUE (tu służę gotowym projektem).
Ale w to raczej nie wierzę, bo każda władza lubi szpiegować swoich przeciwników, a na wszelki wypadek najlepiej wszystkich poza swoimi.

Ukrywanie za wszelką cenę rodzi podejrzenia

sobota, grudzień 25th, 2021

Czytam, że Straż Graniczna już trzykrotnie, bez szczegółowego uzasadnienia, odmówiła zezwolenia na wjazd do strefy nadgranicznej przy granicy z Białorusią Janinie Ochojskiej – prezesowi Polskiej Akcji Humanitarnej, eurodeputowanej, odznaczonej Orderem Odrodzenia Polski.
Czytam też, że nie wpuszczono do tej strefy wysłanników ONZ.
I tak sobie myślę – jeżeli polskim władzom zależy na niewpuszczaniu na tereny przygraniczne potencjalnych świadków tak bardzo, że:
– praktycznie tylko w tym celu wprowadzono i utrzymywano stan wyjątkowy;
– wprowadzono specjalną ustawę zezwalającą na zamknięcie dostępu do strefy nadgranicznej rozporządzeniem ministra również po zakończeniu stanu wyjątkowego;
– zamyka się dostęp dziennikarzom, przedstawicielom organizacji międzynarodowych, eurodeputowanym;
– uznano, że mniejszym złem będzie sytuacja, w której monopol na informowanie o tym, co dzieje się przy granicy ma strona białoruska;
– to dlaczego nie mam wierzyć informacjom przekazywanym przez osoby pomagające imigrantom, że polscy funkcjonariusze wywożą ludzi wprost ze szpitali do lasu, przerzucają przez druty kolczaste, biją, szczują psami, niszczą im telefony, odmawiają do nich dostępu lekarzom, rozdzielają rodziny? Dlaczego nie mam wierzyć nawet opowieściom dezertera Emila Czeczki, mówiącego, że polscy żołnierze strzelali do imigrantów i zabili dwie osoby?
Ukrywanie za wszelką cenę rodzi podejrzenia.

Antysystemowcy wzmacniają system

sobota, grudzień 18th, 2021

Ustawa wykluczająca dotychczasowego właściciela jednego z głównych prywatnych nadawców telewizyjnych w Polsce z możliwości otrzymania polskiej koncesji na nadawanie (i tym samym z możliwości nadawania naziemnego) oraz jeszcze bardziej ograniczająca potencjalną konkurencję dla państwowej telewizji i radia przeszła dzięki głosom trzech posłów Kukiz’15: Pawła Kukiza, Jarosława Sachajki i Stanisława Żuka.
Jeszcze kilka miesięcy temu Paweł Kukiz powiedział: „Jeżeli system pojmujemy jako zespół norm prawnych regulujących relacje państwo-obywatel, jestem non stop antysystemowcem”. Dziś on i jego ludzie głosują za tworzeniem norm prawnych umożliwiających jeszcze większą ingerencję państwa w działalność prywatnych mediów, w celu osłabienia prywatnej konkurencji dla rządowej propagandy. Czyli za wzmacnianiem systemu w sensie takim, w jakim sam go definiuje.

Minister obwieścił: amantadyna nie dla chorych na COVID-19

czwartek, grudzień 9th, 2021

Artykuł 37azg ustawy Prawo farmaceutyczne, wprowadzony pierwszą ze „specustaw covidowych” i przywołany jako podstawa prawna w obwieszczeniu ministra zdrowia, uprawnia wprawdzie ministra do ograniczenia ilości produktu leczniczego „na jednego pacjenta w danej jednostce czasu”, ale nigdzie nie upoważnia go do ograniczenia ordynowania i wydawania tego produktu w tych czy innych wskazaniach.
Jak ktoś nie wierzy, to może przeczytać sobie aktualny tekst ustawy.
(Tak przy okazji, może jakiś prawnik wyjaśni, czy obwieszczenie ministra, nawet wydane na podstawie ustawy, może być źródłem powszechnie obowiązującego prawa? Bo Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej wymienia tylko Konstytucję, ustawy, ratyfikowane umowy międzynarodowe, rozporządzenia oraz akty prawa miejscowego).
Nie wiem, czy amantadyna wykazuje faktycznie pozytywne działanie jako lek na COVID-19. Badania w tym zakresie jak na razie trwają. Jak jednak widać, wielu lekarzy uważa, że może pomóc i przepisuje ją chorym na tę chorobę. A minister – zapewne w racjonalnej obawie, by nie zabrakło jej chorym na chorobę Parkinsona – próbuje zakazać realizacji takich recept. Próbuje zakazać lekarzom wybranego przez nich leczenia. I wygląda na to, że bez podstawy prawnej.

Drogi polski węgiel

sobota, grudzień 4th, 2021

Kilka faktów z okazji Barbórki, czyli Dnia Górnika.
Średnia cena detaliczna tony węgla kamiennego w Polsce w 2020 r. wynosiła 887,95 zł, czyli ok. 235 dolarów po kursie na koniec tamtego roku. Obecne ceny bywają nawet nieco wyższe, bywa, że powyżej 1000 zł za tonę, ale mimo tego przychody nie pokrywają kosztów – do każdej tony państwo dopłaca obecnie ok. 45 zł.
Aktualna średnia cena węgla kamiennego na rynkach światowych (przy znacznym jej wzroście w stosunku do poprzednich lat) to 121 dolarów, czyli niecałe 500 zł za tonę. Zbliżona do cen polskich była jedynie w październiku br.
W 2020 r. średnia cena tzw. krótkiej tony (2000 funtów = ok. 907,18 kg) węgla metalurgicznego w USA na eksport wynosiła 104,55 dolarów, a niemetalurgicznego – 62,51 dolarów. W przeliczeniu na tony było to odpowiednio 115,25 dolarów i 68,90 dolarów. Cena węgla dla amerykańskich elektrowni wynosiła 36,14 dolarów za krótką tonę, czyli niecałe 40 dolarów za tonę.
Jak się okazuje, polska energetyka kupuje polski węgiel po cenach zbliżonych do eksportowych amerykańskich – w październiku br. średniomiesięczna wartość indeksu cen węgla dla energetyki wyniosła 246,37 zł (nieco ponad 60 dolarów) za tonę, a dla ciepłownictwa – 320,29 zł za tonę. Dodatkowo węgiel jest importowany – w pierwszej połowie br. sprowadzono 6,23 mln ton węgla, głównie z Rosji. Jest to około 20% polskiej produkcji (61,6 mln ton w 2019 r, 54,4 mln ton w 2020 r.).
Wydajność wydobycia w polskich kopalniach wynosiła w 2019 r. 809 ton na górnika, podczas gdy w USA ponad 10 tysięcy ton. W polskim górnictwie zatrudnionych jest 2,5 raza więcej ludzi niż w amerykańskim, ale wydobycie jest prawie 6 razy niższe.
Być może energetyka oparta na węglu to obecnie dobre rozwiązanie (hurtowe ceny energii elektrycznej w Polsce mimo wzrostu należą do najniższych w Europie), ale powyższe dane wskazują, że wydobycie węgla kamiennego w Polsce jest ogólnie nierentowne i nieefektywne, a koszty tego ponoszą odbiorcy detaliczni i podatnicy. Nie wiem, czy wynika to z obiektywnej nieopłacalności wydobycia z polskich złóż, czy z nieudolności państwowego zarządzania. Odpaństwowienie i urynkowienie tej branży (np. przez prywatyzację pracowniczą) pokazałoby, jaka jest prawda. Jeśli winą jest państwowe zarządzanie – kopalnie wydobywałyby dalej, podatnicy nie musieliby do nich dopłacać, a i węgiel byłby może tańszy dla odbiorców detalicznych. A jeśli po prostu nie da się już wydobywać tego węgla w sposób opłacalny – być może dotyczy to tylko niektórych kopalń – to i tak taniej i lepiej dla gospodarki będzie korzystać z węgla zagranicznego. Choć może niekoniecznie akurat rosyjskiego.

2017 – rok, w którym Polacy przestali chcieć stawać się przedsiębiorcami

niedziela, listopad 21st, 2021

W tegorocznym raporcie Global Entrepreneurship Monitor (Global Entrepreneurship Monitor 2020/2021 Global Report) można przeczytać, że Polska ma stosunkowo wysoki odsetek przedsiębiorców z już rozwiniętą działalnością (12,2% populacji w wieku produkcyjnym w 2020 r., nieznaczny spadek w stosunku do 2019 r., kiedy wynosił on 12,8%) i zajmuje pod tym względem drugie miejsce wśród badanych krajów w Europie (za Grecją) oraz siódme na 43 badane – bogate i biedne – kraje świata. Ale równocześnie ma bardzo niski odsetek nowych przedsiębiorców (total early-stage entrepreneurial activity): 3,1% populacji w wieku produkcyjnym (spadek z 5,4% w 2019 r.), co stanowi przedostatni wynik wśród badanych krajów (gorzej wypadają tylko Włochy).
Zdaniem autorów raportu „luka pomiędzy aspirującymi przedsiębiorcami a rozwiniętymi biznesami sugeruje szereg czynników faworyzujących zasiedziałe firmy, ale zniechęcających nowe”.
Zerknąłem do starszych raportów. Jeszcze w 2015 roku sytuacja wyglądała inaczej: 9,2% Polaków w wieku produkcyjnym otwierało nowe biznesy, a tylko 5,9% miało rozwiniętą działalność. W 2016 roku odsetek otwierających nowe biznesy wzrósł do 10,7%, a odsetek tych mających rozwiniętą działalność do 7,1%. W 2017 roku odsetek otwierających nowe biznesy zaczął spadać (8,9%), odsetek biznesów rozwiniętych wzrósł do 9,8%. W 2018 r. liczby te wyniosły odpowiednio 5,2% i 13%.
A jak wyglądało to przed 2015 r.?
W 2014 r. 9,2% i 7,3%.
W 2013 r. 9,3% i 8,7%.
W 2012 r. 9% i 6% (zaokrąglano do liczb całkowitych)
W 2011 r. 9,0% i 5,0%.
Wygląda na to, że wbrew stereotypom, za rządów PiS są (a przynajmniej dotąd były) znacznie lepsze warunki dla utrzymania już istniejącego biznesu niż za ostatnich dwóch lat rządów PO. Jednocześnie od 2017 roku zaczęła ciągle spadać, utrzymująca się dotąd na mniej więcej stałym poziomie, liczba osób otwierających nowe przedsięwzięcia. Dlaczego?
Z tych wszystkich raportów wynika, że nie wzrósł ani strach przed niepowodzeniem (od 2017 r. nawet wyraźnie zmalał, potem wrócił do poprzedniego poziomu w 2019), ani nie zmalał odsetek osób uważających, że brak okazji biznesowych (przeciwnie – właśnie wyraźnie wzrósł i w 2019 roku aż 87,3% Polaków w wieku produkcyjnym uważało, że w ich okolicy są dobre okazje do otwierania działalności gospodarczej, a nawet w 2020 r., w czasie epidemii, uważało tak 51,6% z nich, więcej niż w jakimkolwiek roku przed 2017), ani znacząco nie zmalało postrzeganie własnych zdolności biznesowych (oscylujące w granicach 50%, w 2020 r. nawet wzrosło do 60%). Zmalało bardzo wyraźnie jedno.
Odsetek osób z intencjami biznesowymi. Do 2016 roku wynosił on około 20% (z niewielką obniżką na lata 2013 i 2014, kiedy to spadł do 15-17%). W 2017 roku spadł do 9,7%, potem do 9,5%, w 2019 roku już do 6%, a w 2020 do 4,7% (41. miejsce na 43 badane kraje).
Oznacza to, że od 2017 roku stało się coś, co spowodowało, że ludzie mimo dostrzegania większych okazji do prowadzenia biznesu, mniejszego lub takiego samego strachu przed niepowodzeniem i w zasadzie podobnego postrzegania własnych zdolności znacząco stracili chęć do otwierania działalności gospodarczej.
Czyżby nieco opóźniony efekt programu „Rodzina 500+”, wprowadzonego od kwietnia 2016 r.? Może coraz większej liczbie ludzi, wcześniej ekonomicznie zmuszonych do próbowania swoich sił jako przedsiębiorcy, zaczęła wystarczać praca u kogoś, wsparta tym świadczeniem?
A jak nie to, to co?

Imigranci Łukaszenki, czyli sztucznie stworzony problem

środa, listopad 17th, 2021

W ubiegłym roku Polska wydała najwięcej w UE pierwszych pozwoleń na pobyt cudzoziemców spoza Unii – 598047. Można uznać, że średnio 1634 imigrantów dziennie przez cały rok przyjeżdżało w celu przynajmniej czasowego osiedlenia się w Polsce.
W 2019 roku, przed epidemią, tych pozwoleń wydano jeszcze więcej, bo aż 724416, co przekłada się na ponad 1984 obcokrajowców średnio dziennie. W 2018 roku było ich 635335 (ponad 1740 dziennie). We wszystkich tych latach najwięcej w Unii.
Faktycznie liczba tych imigrantów była jeszcze wyższa, bo dochodzili jeszcze pracownicy krótkoterminowi przebywający na wizach czy studenci.
Nie powodowało to żadnego problemu i mało kto w ogóle to zauważał.
Teraz pod polską granicą koczuje kilka tysięcy migrantów, bo podobno gdyby pozwolić im napływać, to byłby problem. Mimo, iż w większości nawet nie chcą oni zostać w Polsce.
Według tego, co władze same podają, „w miesiącach wrzesień–październik 2021 r. Straż Graniczna zapobiegła ponad 23 tys. prób przekroczenia granicy państwowej wbrew obowiązującym przepisom”. Czyli było około 380 prób dziennie. Osób próbujących przedostać się w tym czasie przez granicę musiało być jednak najprawdopodobniej mniej – musieli próbować przedostać się kilkakrotnie – bo liczba tych zgromadzonych po drugiej stronie granicy nie wynosi aż 23 tysiące.
Przypominam, imigranci w liczbie nawet prawie 2000 dziennie, chcący zostać w Polsce, nie byli problemem. Imigranci w liczbie kilkudziesięciu-kilkuset dziennie, chcący w większości przez Polskę tylko przejechać, podobno nim są.
Bo chcą się przedostawać nielegalnie? Ale uznano, że lepiej zaostrzyć konflikt, doprowadzić do realnego zagrożenia bezpieczeństwa na granicy, zaangażować duże zasoby ludzkie i finansowe – niż zaoferować im systemową możliwość legalnego wjazdu do Polski czy przejazdu przez nią.
Albo jest to działanie irracjonalne, albo z jakichś powodów podsycanie tego konfliktu polskim władzom się opłaca.

Stan wyjątkowy bez stanu wyjątkowego

poniedziałek, listopad 15th, 2021

Polski rząd kontynuuje rozpoczętą przed kilkunastoma miesiącami tradycję wprowadzania przepisów prowadzących do ograniczania konstytucyjnych wolności rozporządzeniem.
Po obowiązku zakrywania ust i nosa, zakazywaniu zgromadzeń i zakazywaniu działalności gospodarczej (wszystko to było uznawane przez sądy za sprzeczne z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, czasami wielokrotnie), tym razem wprowadzona ma być możliwość zakazywania przez ministra spraw wewnętrznych przebywania na określonym obszarze w strefie nadgranicznej przyległej do granicy państwowej stanowiącej granicę zewnętrzną w rozumieniu przepisów kodeksu granicznego Schengen. Czyli praktycznie taki sam zakaz, jaki obecnie wprowadzony jest na podstawie ogłoszonego stanu wyjątkowego.
Dostęp dziennikarzy będzie wyjątkowo możliwy za specjalnym zezwoleniem komendanta placówki Straży Granicznej. Który na przykład będzie mógł zezwolić na przebywanie tylko dziennikarzom wybranej stacji telewizyjnej.
Przypominam, że art. 52 Konstytucji stanowi, iż „Każdemu zapewnia się wolność poruszania się po terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oraz wyboru miejsca zamieszkania i pobytu”, a wolność ta może „podlegać ograniczeniom określonym w ustawie”. W ustawie, a nie rozporządzeniu. A gdyby ktoś próbował interpretować to w taki sposób, że przecież ograniczenie to ma być ustanawiane rozporządzeniem ministra, ale jego istota określona jest w ustawie, to jest jeszcze art. 31 Konstytucji, stanowiący, że „Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie…”.
Jest też – a propos dziennikarzy – art. 54, zapewniający wolność m. in. „pozyskiwania (…) informacji” oraz zakazujący – bez żadnych wyjątków – cenzury prewencyjnej środków społecznego przekazu.
Ma być więc faktyczny stan wyjątkowy bez formalnego stanu wyjątkowego, tak samo jak mamy faktyczny stan klęski żywiołowej (epidemii) bez formalnego stanu klęski żywiołowej. Będzie mógł trwać tak długo, jak zechcą rządzący politycy, no i nie będzie im przeszkadzał w ewentualnym zorganizowaniu przedwczesnych wyborów (a może już planują utrzymywać ten stan do przynajmniej 2023 roku?).
Tylko sądy mogą jeszcze pobruździć, ale już szykuje się kolejny wielki projekt reformy sądownictwa.
Jak widać, dla polityków PiS Konstytucja może jest i ważniejsza od prawa unijnego, ale na pewno nie od ich widzimisię.