Archiwum kategorii ‘Polityka’

Prezydent Żuk i zgromadzenia

środa, Październik 10th, 2018

Jakiś czas temu krytykowałem prezydenta Katowic Marcina Krupę za próbę zakazania manifestacji nacjonalistów – słusznie zresztą uchyloną przez sąd. Niestety okazuje się, że nie jest on odosobniony w swych zapędach do ograniczania wolności zgromadzeń. Prezydent Lublina Krzysztof Żuk (przynależność partyjna: Platforma Obywatelska) zakazał odbycia Marszu Równości (czyli manifestacji środowisk homo-, bi- i transseksualistów oraz ich sympatyków) oraz przy okazji zapowiadanej przez jego przeciwników kontrmanifestacji. Jako powód podał, że ich odbycie „może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach”.
Ponieważ Marsz Równości był planowany jako zgromadzenie pokojowe, a nawoływania do agresywnej konfrontacji padały co najwyżej ze strony niektórych jego przeciwników, oznacza to, że prezydent Żuk uważa, iż do tego, by czyjeś zgromadzenie zagrażało życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach, wystarczy, by ten ktoś miał agresywnych (czy uznanych za takich) wrogów. Bo mogą przyjść, napaść i wywołać zadymę. Co za tym idzie, ktoś mający agresywnych wrogów traci faktycznie prawo do zgromadzeń publicznych.
Taka interpretacja jest bardzo wygodna dla władzy chcącej zakazywać gardłowania na ulicach swoim przeciwnikom. Wystarczy, że ktoś zarejestruje przeciw nim kontrmanifestację i napisze w Internecie trochę pogróżek – i już można im zakazać demonstrowania. Bo zagrożenie życia, zdrowia lub mienia. Nieważne, że chcą demonstrować pokojowo i że istnieje taka instytucja jak policja, na którą wszyscy przymusowo płacimy podatki i której ustawowym obowiązkiem jest „ochrona bezpieczeństwa i porządku publicznego, w tym zapewnienie spokoju w miejscach publicznych”.
Oczywiście Marsze Równości odbywały się już w wielu miastach (niedawno w Katowicach), zwykle towarzyszyły im kontrmanifestacje i nigdzie nie było zagrożenia życia, zdrowia lub mienia w znacznych rozmiarach. Tak, że można podejrzewać, iż prawdziwą przyczyną decyzji prezydenta Żuka było to, że zbliżają się wybory i warto powalczyć o głosy homofobów.
Co ciekawe, decyzję prezydenta podtrzymał Sąd Okręgowy (będzie jeszcze apelacja). Jak wynika z informacji prasowych, uzasadnił to tym, że „organizatorzy nie wskazali dokładnej liczby uczestników zgromadzenia publicznego oraz nie zapewniono wystarczającej liczby osób do służby porządkowej”. Mimo iż ustawa Prawo o zgromadzeniach nie nakłada na organizatora wprost obowiązku zapewniania służby porządkowej (ma on jedynie obowiązek podać „informację o środkach służących zapewnieniu pokojowego przebiegu zgromadzenia, o ile organizator zgromadzenia je zaplanował” – jak widać, ustawa dopuszcza możliwość, że ich nie zaplanuje), a przewidzenie dokładnej liczby uczestników nie jest z oczywistego powodu (zgromadzenie publiczne, czyli otwarte dla wszystkich) możliwe.
No ale zakaz wydał polityk Platformy Obywatelskiej, więc pewnie nie wypada robić mu wbrew.
A ja przypominam swój projekt ustawy o zgromadzeniach, promowany przez Stowarzyszenie Libertariańskie, który uniemożliwia ich zakazywanie przez władze gmin. Na razie nikt z polityków się nim nie zainteresował. Może w obliczu zakazania Marszu Równości zrobi to Robert Biedroń?

Polaków trzeba trzymać za mordę

poniedziałek, Październik 8th, 2018

Dziennikarka Gazeta.pl Eliza Dolecka stanęła w obliczu faktu, że w większości cywilizowanych krajów Europy szczepienia są dobrowolne – za niepoddawanie się im nie grożą kary, tak jak w Polsce – a mimo to jest w nich mniej więcej równie wysoki odsetek ludzi zaszczepionych i nie wybuchają tam masowe epidemie. I jaki z tego wyciągnęła wniosek? „Cywilizowany świat nie musi”, jednak „dobrowolność nie dla Polaków”.
Bo „Polak to nie Norweg czy Fin” i nie umie stosować nawet „głupich prezerwatyw”, jak twierdzi przytaczany przez nią autorytet medyczny. Inny cytowany autorytet medyczny wyraża opinię, że „w kategorii świadomości profilaktycznej” znajdujemy się „wśród najbiedniejszych, najbardziej zacofanych lub doświadczających konfliktów zbrojnych, krajów świata”. Oczywiście, nie są przytoczone dane na poparcie tych twierdzeń, za to zilustrowane są one grafiką wymieniającą sześć krajów, w których w 2016 roku mieszkała połowa nieszczepionych dzieci na świecie: Nigerię, Indie, Pakistan, Indonezję, Etiopię i Kongo.
„Niewykluczone, że już niedługo Polacy za granicą będą obligowani do wylegitymowania się książeczką szczepień, bo zostaną uznani za imigrantów wysokiego ryzyka” – straszy pani Dolecka. W domyśle: jeżeli zostanie przyjęty obywatelski projekt ustawy wprowadzający w Polsce zasadniczą dobrowolność szczepień (znoszący kary administracyjne za odmowę poddania dziecka szczepieniu i pozostawiający możliwość wprowadzenia obowiązkowych szczepień tylko w sytuacji zagrożenia epidemią).
Jak widać, zdaniem Elizy Doleckiej i cytowanych przez nią autorytetów medycznych jesteśmy w swej masie – my, Polacy – ciemniakami podobnymi do mieszkańców biednych krajów Azji i Afryki. Troglodytami odpornymi na wiedzę i racjonalne argumenty, za to masowo wierzącymi w plotki i spiskowe teorie dziejów. Których trzeba z tego powodu trzymać za mordę.
I jak się zdaje, właśnie takie przekonanie podziela większość tych, którzy na skierowanie projektu ustawy wprowadzającej dobrowolność szczepień – rozwiązanie stosowane w 19 państwach Europejskiego Obszaru Gospodarczego (Austria, Cypr, Dania, Estonia, Finlandia, Niemcy, Grecja, Islandia, Irlandia, Liechtenstein, Litwa, Luksemburg, Holandia, Norwegia, Portugalia, Rumunia, Hiszpania, Szwecja, Wielka Brytania), nie licząc Belgii i Malty, gdzie obowiązkowe są tylko niektóre szczepienia (patrz tutaj)! – zareagowali niebywałą histerią, krzycząc o idiotyzmach, proepidemikach oraz przyrównując to do projektu zezwalającego na strzelanie do ludzi. No bo jeżeli ktoś jest przekonany, że otaczają go masy ciemnoty, że ogromna liczba Polaków szczepi swoje dzieci tylko dlatego, że istnieje przymus, i że natychmiast po jego zniesieniu przestanie to robić, co będzie skutkowało niechybnymi epidemiami groźnych chorób – to po prostu panicznie się teraz boi. I reaguje tak, jak reaguje.
I niekoniecznie tak jest tylko w przypadku szczepień.

@ > §

niedziela, Październik 7th, 2018

W „Gazecie Wyborczej” narzekania na „Lex Facebook” – na to, że portal Marka Zuckerberga ustanowił sobie i egzekwuje wobec użytkowników własne reguły, bez udziału państw, w których działa. Podobnie jak inne wielkie platformy społecznościowe.
A ja zauważę, że tak jest od zarania Internetu – każde forum, czat, lista i grupa dyskusyjna, strona internetowa i blog zawsze stanowiły sobie i egzekwowały własne reguły. Czasami nawet w postaci „admin ma zawsze rację”. I uważano to za normalne. Nikt nie mówił z zaniepokojeniem o, dajmy na to „lex Wizaz.pl”, „lex Forum Libertarian”, „lex pl.soc.polityka” czy „lex Czateria”. Na czym polega różnica?
Tylko na tym, że ludziom bardziej zależy na ich wpisach i profilu na Facebooku niż na wyżej wymienionych forach, grupach i czatach. Bo mają większy zasięg, są istotniejsze dla ich komunikacji z innymi.
I dlatego nie podoba im się, że ich wpisy są czasem przez Facebooka usuwane, a ich konta dostają czasem bany.
Jednak problem nie leży w tym, że decyduje tu prywatny serwis, a nie państwo.
Przecież nie ma znaczenia, czy wpis jest usuwany, a profil dostaje bana mocą decyzji Facebooka, czy państwowego urzędnika. I czy decyduje tu regulamin Facebooka, czy przepisy ustanawiane przez państwo. Efekt jest ten sam. Ba, gdyby decydowało tu państwo, to konsekwencje mogłyby być dla użytkowników bardziej przykre. Bo Facebook może jedynie usunąć wpis albo dać bana. A państwo może jeszcze nałożyć grzywnę albo skazać na ograniczenie wolności, pozbawienie wolności, a nawet (nie w Polsce) na śmierć. Co zresztą czasami robi. Ale robi tylko w tych przypadkach, gdy informacja o naruszeniu jego reguł do niego dotrze i zdoła zidentyfikować autora naruszającego je wpisu.
Wyobraźmy sobie, że Facebook byłby serwisem państwowym i jego bazy danych byłyby bezpośrednio monitorowane przez polską policję. W każdym przypadku, gdy dziś Facebook daje bana za „mowę nienawiści” czy „obrazę uczuć religijnych”, byłby gotowy materiał dowodowy do wszczęcia z urzędu postępowania karnego. I duża część tych postępowań kończyłaby się skazaniem. Plus jeszcze znieważanie prezydenta, konstytucyjnych organów państwa, funkcjonariuszy publicznych, flagi i godła…
Może jednak z punktu widzenia wolności słowa lepiej, że w praktyce w większości przypadków decyduje „lex Facebook”, a nie „lex RP”?
Problem leży gdzie indziej. Leży w tym, że – jak zresztą zauważyła jedna z osób cytowanych w artykule „GW” – w przypadku Facebooka „wyrok” wydaje maszyna, a nie człowiek. Bo sprawdzanie takiej liczby treści przekracza możliwości ludzi. A maszyna jest omylna, ma problemy z rozpoznawaniem kontekstu. No i Facebook w słabym stopniu ma wdrożone procedury minimalizujące niesprawiedliwe „wyroki”.
Ale jeśli ktoś myśli, że narzucenie tu reguł państwa coś pomoże, to się myli. Bo państwa – i struktury ponadpaństwowe – idą właśnie w kierunku akceptacji metod stosowanych obecnie przez Facebooka, czyli wydawania „wyroków” przez maszyny. Projekt dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym faktycznie wymusza to na wszystkich dużych platformach, czyniąc je odpowiedzialnymi za treści naruszające prawa autorskie zamieszczane przez ich użytkowników – zawsze, a nie jak dotąd tylko w przypadku, gdy nie usuną ich po ich wskazaniu. Nakazuje to również projekt unijnych regulacji w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu w internecie treści o charakterze terrorystycznym.
To ja jednak mimo wszystko nadal wolę „lex Facebook”. Tradycyjne reguły prywatne w Internecie (@) od reguł państwowych (§). Bo w ostateczności z Facebooka można przenieść się gdzie indziej, na któryś z istniejących konkurencyjnych serwisów lub nowy – tak jak kiedyś ludzie przenosili się na Facebooka z MySpace czy Naszej Klasy. Ale od reguł narzuconych przez państwo, albo tym bardziej przez Unię Europejską czy porozumienia międzynarodowe, nie ma ucieczki, chyba że do darknetu.
@ > §!

Mundury bez kamer, czyli bezkarność policji

wtorek, Wrzesień 25th, 2018

W grudniu zeszłego roku ówczesny minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak ogłosił wyposażenie policjantów w kamery umieszczane na mundurach, pozwalające na monitorowanie działań funkcjonariuszy. Na razie w ramach programu pilotażowego w Warszawie oraz województwach podlaskim i dolnośląskim. Łącznie 180 urządzeń. Minister Błaszczak nie omieszkał przy okazji przypomnieć, że zakup tych kamer był możliwy dzięki temu, że państwo uchwaliło program modernizacji służb mundurowych i przeznaczyło na niego ponad 9 miliardów złotych.
Jak jednak się okazuje, policjanci przesłuchujący chłopaka zatrzymanego na poznańskiej komendzie takich kamer do dziś nie otrzymali. Bo inaczej z pewnością nie odważyłby się on oskarżyć ich publicznie o pobicie: „Byłem przetrzymywany w małym pomieszczeniu w piwnicy, bez monitoringu. Tam mogli mnie bezkarnie bić i poniżać. Zostałem uderzony dwa razy w tył głowy, raz mnie przewrócili, przycisnęli kolanem twarz do podłogi, wyginali mi dłonie”.
Na ulicy, gdzie został on zatrzymany, monitoring jednak był, wskutek czego policjanci nie mogli postawić mu zarzutu ani jazdy rowerem po chodniku, ani oddawania moczu w miejscu publicznym. Oczywiście nie mogli też postawić zarzutu kradzieży roweru (co było pretekstem do kontroli), bo rower był jego własnością. No ale że monitoring na ulicy nie nagrywa dźwięku, to postawili mu w końcu zarzut „lżenia i obrażania funkcjonariusza”.
Podsumujmy. Policja może zatrzymać każdego do kontroli pod dowolnym pretekstem, następnie zawieźć na komendę, pobić bez świadków i w braku dowodów postawić mu zarzut znieważania funkcjonariusza, na który zawsze znajdzie się świadek – drugi funkcjonariusz.
Dlaczego? Bo:
1) Policjanci (oraz pomieszczenia komendy) nie są obowiązkowo, na mocy przepisów ustawowych wyposażeni w trakcie służby w kamery nagrywające obraz i dźwięk, nagrania z których byłyby archiwizowane przez niezależną instytucję – czego domagają się od dawna aktywiści akcji „Kamery na mundury”.
2) Istnieje przepis o ściganiu z urzędu znieważenia funkcjonariusza publicznego, który czyni oskarżenie o to bardzo łatwym – policjantom wystarczy zgłosić to do prokuratury, podczas gdy znieważenie kogoś przez policjanta wymaga oskarżenia prywatnego. (Jakiś czas temu Stowarzyszenie Libertariańskie opublikowało mój projekt ustawy znoszący m. in. ten przepis).
Czas to zmienić.

Cyberinwigilacja – w 2011 skandal, w 2018 norma

niedziela, Wrzesień 23rd, 2018

W 2011 roku ówczesne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zgłosiło do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju projekt „Autonomiczne narzędzia wspomagające zwalczanie cyberprzestępczości”, mający na celu opracowanie między innymi „narzędzi umożliwiających niejawne i zdalne uzyskiwanie dostępu do zapisu na informatycznym nośniku danych, treści przekazów nadawanych i odbieranych oraz ich utrwalanie”. NCBiR ogłosiło konkurs na opracowanie tych narzędzi (wpisując to jako jeden z tematów do konkursu 1/2011 w ramach obronności i bezpieczeństwa państwa) – inaczej mówiąc trojanów i spyware wykradających dane z komputera użytkownika i przesyłających je do policji lub ABW.
Zrobił się skandal, bo prawo wówczas nie pozwalało wprost na stosowanie takich narzędzi, co przyznało samo MSWiA. O sprawie pisały wszystkie media – od Gazety Wyborczej przez Onet, Wirtualną Polskę, Wprost, Niezależną, wPolityce.pl, po prasę branżową taką jak PCWorld, Dziennik Internautów, Komputer Świat. „MSWiA chce kontrolować nasze komputery”, „MSWiA szykuje cyberinwigilację”, „Totalna inwigilacja służb pod rządami Tuska”, „Rok 1984 w 2011” – to tylko niektóre tytuły. Pośrednio się do tego wtedy przyczyniłem, zainteresowując sprawą Stowarzyszenie Blogmedia24.pl i pisząc dla niego projekty pism, które skierowało ono wtedy do MSWiA i ABW, sekretarza stanu w KPRM Julii Pitery, a następnie prokuratury, uznając, że jest to przestępstwo z art. 269b kodeksu karnego. Ostatecznie prokuratura umorzyła śledztwo, uznając, że nie było podstaw sądzić, że te narzędzia miały być wykorzystywane nielegalnie. A w konkursie NCBiR z tego tematu nikt nie zakwalifikował się do dofinansowania.
Potem z opublikowanych w 2015 r. informacji w serwisie zaufanatrzeciastrona.pl okazało się, że CBA kupiło i co najmniej od 2012 r. używało podobnego oprogramowania – włoskiego oprogramowania szpiegowskiego RCS, produkowanego przez firmę Hacking Team. Interesowały się nim również policja, ABW i SKW. Oznacza to, że wbrew wcześniejszemu stanowisku MSWiA najwyraźniej naciągnięto przepisy o kontroli operacyjnej i uznano, że sformułowanie, iż polega ona m. in. na „stosowaniu środków technicznych umożliwiających uzyskiwanie w sposób niejawny informacji i dowodów oraz ich utrwalanie, a w szczególności treści rozmów telefonicznych i innych informacji przekazywanych za pomocą sieci telekomunikacyjnych” zezwala na takie praktyki.
Potem przyszła „dobra zmiana” i w 2016 roku policja i inne służby otrzymały w tzw. ustawie inwigilacyjnej już całkowicie legalną możliwość podrzucania trojanów i spyware oraz uzyskiwania tą drogą danych, w ramach kontroli operacyjnej. Do ustaw regulujących ich działanie dodano sformułowanie, że kontrola operacyjna polega m. in. na „uzyskiwaniu i utrwalaniu danych zawartych w informatycznych nośnikach danych, telekomunikacyjnych urządzeniach końcowych, systemach informatycznych i teleinformatycznych”. Tak więc to, co za czasów PO było stosowane przez CBA na granicy prawa, za czasów PiS jest używane już zupełnie zgodnie z prawem.
No i teraz mamy informację, że CBA kupiło kolejne oprogramowanie szpiegowskie – najprawdopodobniej izraelskiego Pegasusa. Żeby podrzucać trojany na smartfony. I używa go.
Wprawdzie legalnie może robić to tylko w celach kontroli operacyjnej, czyli w przypadku podejrzeń o korupcję. Ale o korupcję można podejrzewać każdego, a w „niecierpiących zwłoki” przypadkach do zrządzenia takiej kontroli nie jest wymagana wcześniejsza zgoda sądu. Przez 5 dni może być to bez zgody sądu. Potem wprawdzie ustawa nakazuje zniszczenie zebranych w ten sposób materiałów, ale jak to z całą pewnością sprawdzić?
Ciekawe też, gdzie jeszcze trafiają informacje zbierane przez CBA przy pomocy zagranicznego spyware? Bo przecież mogą być w nim „tylne furtki” np. dla służb innych państw.
No i ciekawe, czym obecnie dysponują inne służby i policja?
Ale nie to jest najistotniejsze. Najistotniejsze jest to, że to, co w 2011 roku było skandalem dla wszystkich od lewa do prawa, nazywane „cyberinwigilacją” i „rokiem 1984”, w 2018 roku jest już właściwie uważane za normalne – co najwyżej opozycja wytknie, że na oprogramowanie szpiegowskie wydano pieniądze z funduszu dla ofiar przestępstw. Tak zmieniła się Polska przez te siedem lat.

Uczciwe wynagrodzenie?

niedziela, Wrzesień 9th, 2018

Narażę się twórcom.
„Dziennikarze, twórcy, wydawcy powinni być uczciwie wynagradzani za swoja pracę”twierdzą zwolennicy wprowadzenia ogólnoeuropejskich regulacji nakazujących serwisom społecznościowym płacenie właścicielom praw autorskich tantiem za treści zamieszczane przez użytkowników tych serwisów i usuwanie tych treści, na które owe serwisy nie miałyby licencji.
No cóż, wyobraźmy sobie, że jacyś muzycy nagrali płytę, nakład płyty (powiedzmy 100000 egzemplarzy) został sprzedany i dostali za to zgodne z umową wynagrodzenie. I ktoś zrobił kopię utworu z kupionej przez siebie płyty i wrzucił ją np. na Youtube. Ot tak, nie po to, by na tym zarabiać, tylko po to, by się tym podzielić nim z innymi. Kiedyś, gdy nie było Internetu, skopiowałby ją na kasetę magnetofonową, którą mógłby pożyczyć np. znajomemu.
A potem ktoś inny udostępnia to z Youtube np. na Facebooku. Albo robi kolejną kopię i też ją umieszcza na Youtube. Albo na Vimeo.
Czy praca wykonana przez muzyków uległa przez to zwiększeniu? Nie. Czy zostali wcześniej wynagrodzeni zgodnie z umową za swoją pracę? Tak. To dlaczego właściwie mają być dodatkowo wynagrodzeni za tę samą już wykonaną pracę, bez żadnej dodatkowej umowy, i dlaczego ma to być nazywane „uczciwym wynagrodzeniem”?
Bo z efektów ich pracy skorzysta więcej ludzi? No to czemu producenci zabawek nie żądają ekstra „uczciwego” wynagrodzenia za zabawki, które używane są w przedszkolu zamiast w prywatnych domach? Też korzysta z nich tam więcej dzieci. Czemu producenci telewizorów zainstalowanych w barach nie żądają zapłaty dodatkowej „uczciwej” ceny, skoro mogą z nich tam korzystać setki ludzi? Czemu producenci samochodów nie żądają „uczciwych” tantiem za przewożenie nimi pasażerów?
Chodzi o to, że w wyniku takiego kopiowania sprzeda się mniej płyt i zarobią mniej, niż gdyby mogli zarobić?
Przypuśćmy, że kopię tego utworu na Youtube, Facebooku czy Vimeo odtwarzają ludzie, którzy nie kupili płyty i już nie mają szansy jej kupić, bo nakład został wyprzedany. Czy że odtwarzają ją ludzie, którzy płytę kupili, ale wygodnie jest im posłuchać tego jednego kawałka z Internetu np. w drodze do pracy. W tym przypadku istnienie tej kopii w żaden sposób nie wpływa na sprzedaż płyt i zarobek tych muzyków.
Ale zaraz… część z tych, którzy nie kupili płyty, a spodoba im się utwór na Youtube może kupić właśnie dlatego kolejną płytę. Czyli istnienie tej kopii przyczyni się w tym przypadku do zwiększenia zarobków muzyków – w przyszłości. Bo działa jak darmowa reklama.
No a przypuśćmy, że ktoś umieści tę kopię utworu jeszcze zanim nakład płyty zostanie wyprzedany?
Wtedy owszem, część tych, którzy będą mogli z niej skorzystać może nie kupi płyty. Ale inni z kolei właśnie może kupią tę płytę dlatego, że natrafili na tę kopię w Internecie. Jak to policzyć?
I jeżeli ostatecznie sprzeda się i tak cały nakład płyty, to wymienione wyżej przypadki nie będą miały znaczenia. Muzycy – i producent – zarobią tyle samo, gdyby tej kopii nie było.
Żądanie dodatkowych tantiem od Youtube, Facebooka czy Vimeo w tym przypadku to nie żądanie „uczciwego wynagrodzenia za swoją pracę”, ale właśnie odwrotnie – żądanie NIEUCZCIWEGO „wynagrodzenia” za CZYJĄŚ pracę.
Nieuczciwego, bo niewynikającego z dobrowolnej umowy. Za czyjąś pracę – bo udostępnianie czegokolwiek w tych serwisach jest oparte na pracy tysięcy programistów, administratorów sieci i innych pracowników tych firm, na czele z ich właścicielami. Oraz na darmowej pracy ich użytkowników. Nawet te kopie powstały dzięki jakiemuś tam – minimalnemu ale zawsze – wkładowi pracy użytkowników, którzy je zrobili.
I nie jest to nawet tak, że Youtube czy Facebook zarabiają bezpośrednio na udostępnianiu tej kopii, czyli pośrednio na efekcie pracy muzyków. Oni nie pobierają za jej udostępnianie żadnych opłat. Zarabiają na tym, że mają setki milionów darmowych użytkowników, którzy zamieszczają tam najróżniejsze rzeczy lub tylko oglądają to, co zamieścili inni. I te setki milionów użytkowników przyciągają reklamodawców, będących źródłem dochodów.
Po prostu ktoś sobie pomyślał: skoro tyle zarabiają, to niech zapłacą nam haracz. I nazwijmy to „uczciwym wynagrodzeniem”.
Ale nie. Powiem zupełnie jasno: niewynikające z dobrowolnej umowy wynagrodzenie za każdą kopię utworu wytworzoną przez kogokolwiek NIE JEST UCZCIWYM WYNAGRODZENIEM twórcy ani producenta jego twórczości.
(Owszem, jeśli w umowie zakupu np. płyty jest klauzula przewidująca karę umowną za zrobienie i udostępnienie kopii, to można domagać się jej wyegzekwowania. Ale ona nie obejmuje już tych, którzy umowy nie zawierali, a tym bardziej serwisów społecznościowych w Internecie).
I od zakwestionowania tego dogmatu należy zacząć w debacie o dyrektywie nazywanej „ACTA 2” i cenzurze Internetu.

Notatka Komisji Europejskiej, czyli fake news

poniedziałek, Lipiec 2nd, 2018

Po tym, jak w całej Polsce wybuchły protesty internautów przeciwko projektowi dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym, okrzykniętym wkrótce „ACTA2”, Komisja Europejska na swoim facebookowym profilu zamieściła notatkę „wyjaśniającą”, że ten cały rwetes spowodowany jest „fake newsem” i że nie ma się czego obawiać.

Ponieważ wielu ludzi uwierzyło tej notatce, postanowiłem sam wyjaśnić, że to właśnie ona jest propagandowym „fake newsem” szerzącym nieprawdę.

Oto, co napisał urzędnik Komisji Europejskiej:

„Spokojnie! Memy są bezpieczne. Tak samo jak karykatury, pastisze, parodie (w tym filmiki parodiujące) i wszystko co podpada pod satyrę. Od 17 lat obowiązują przepisy, które pozwalają Wam (i nam) tworzyć i udostępniać memy. TEGO NIE ZMIENIMY.”

Czytaj całość...

Korwiniści, ścieżki rowerowe i darmowe autobusy

niedziela, Kwiecień 15th, 2018

Partia „Wolność” (to ci od Janusza Korwin-Mikkego) opublikowała niedawno deklarację ideową. Jest w niej sporo zasadniczo słusznych moim zdaniem rzeczy, takich jak: „odrzucamy jakąkolwiek przymusową redystrybucję dóbr” czy „jesteśmy również przekonani o konieczności ustanowienia prawnego zakazu zadłużania państwa i samorządów”.
Równocześnie w Siedlcach lokalne struktury partii „Wolność” zawarły do wyborów samorządowych koalicję z Platformą Obywatelską i Sojuszem Lewicy Demokratycznej pod nazwą „Lepsze Siedlce”. W programie „Lepszych Siedlec” znajdują się postulaty „ścieżki rowerowe na każdej ulicy” oraz „docelowo darmowa komunikacja miejska”. Jak by nie patrzeć, oznacza to zwiększenie przymusowej redystrybucji dóbr od osób płacących podatki i opłaty zasilające budżet miasta (w różnym stopniu dokłada się ogromna większość mieszkańców) do określonych grup – ludzi korzystających z komunikacji miejskiej (nie wszyscy jeżdżą autobusami, a już na pewno nie wszyscy regularnie) oraz rowerzystów (też nie wszyscy jeżdżą na rowerach).
Mimo iż równocześnie „Lepsze Siedlce” postulują obniżenie kosztów ogrzewania miejskiego (kosztem zysków wpłacanych do budżetu miasta przez spółki miejskie – wpływy z dywidend w budżecie Siedlec przewidziane w 2018 r. to 12 mln zł) oraz obniżenie podatków miejskich, to trudno uznać te obietnice za realne w przypadku, gdy miasto będzie ponosić dodatkowe wydatki na „darmową” komunikację miejską (wg danych dostępnych w Internecie jest to koszt ok. 7,5 mln rocznie) i budowę ścieżek rowerowych przy każdej ulicy, których łączna długość w Siedlcach wynosi ponad 178 km (przy założeniu, że metr bieżący ścieżki rowerowej kosztuje średnio 300 zł, daje to sumę ponad 53 mln zł, czyli ponad 10,6 mln zł rocznie w przypadku, gdy te ścieżki chciałoby się wybudować w ciągu jednej kadencji i ponad 5,3 mln zł rocznie w przypadku, gdyby chciało się zrealizować ten postulat w ciągu dwóch). Bo po stronie ograniczania wydatków jedynymi konkretnymi obietnicami są oszczędności na oświetleniu miejskim dzięki zastosowaniu LED (80% – można policzyć, że to ok. 1,4 mln rocznie) oraz niezatrudnianie nowych urzędników. (Obiecuje się poza tym bliżej nieokreśloną „racjonalizację wydatków budżetowych”, przy czym z oszczędności poczynionych w wydatkach ma być utworzony fundusz wspierający lokalną przedsiębiorczość). No, chyba, że „Lepsze Siedlce” zdecydują się na dalsze zadłużanie miasta. Wszystko zresztą wskazuje na to, że do utrzymania zrównoważonego budżetu przy wprowadzeniu darmowej komunikacji miejskiej i budowy ścieżek rowerowych na każdej ulicy niezbędne będzie podniesienie podatków miejskich – zarówno stawki podatku od nieruchomości, jak i podatku od środków transportowych w Siedlcach są niższe od maksymalnych i przy podwyższeniu ich do maksimum miasto mogłoby wyciągnąć jeszcze – być może – kilka milionów złotych rocznie dodatkowo.
Inaczej mówiąc, partia „Wolność” w Siedlcach podpisuje się pod postulatami redystrybucji, których realizacja wymagałaby zwiększenia zadłużenia miasta lub podniesienia podatków bądź opłat. Jak widać, deklaracja ideowa swoje, a praktyka – związana z chęcią zdobycia stanowisk – swoje.
Oczywiście istnieje możliwość, że działacze partii „Wolność” nie traktują programu „Lepszych Siedlec” poważnie i przystępując do koalicji z PO i SLD zwyczajnie oszukują wyborców. Jednak jeśli tak założyć, dlaczego zakładać równocześnie, że traktują poważnie akurat własną deklarację ideową?

Lewica, czyli broń nie dla ludu

sobota, Wrzesień 30th, 2017

Adrian Zandberg straszy na łamach „Superexpressu”, że jeśli zostanie uchwalona nowa ustawa o broni i amunicji autorstwa posłów Kukiz’15, rzekomo dająca możliwość uzyskania broni każdemu chętnemu (naprawdę zaś utrzymująca system pozwoleń na broń, zakazująca ich wydawania osobom skazanym za określone rodzaje przestępstw lub cierpiącym na określone zaburzenia psychiczne oraz nakazująca przedstawienie w celu ich uzyskania uzasadnionego powodu posiadania broni – a jedynie minimalizująca uznaniowość w ocenie, czy taki powód występuje oraz przekazująca wydawanie pozwoleń z rąk komendantów policji w ręce organów samorządu powiatowego), to ludzie będą na co dzień chodzili w kamizelkach kuloodpornych, w szkołach będą przy wejściu kontrole wykrywaczami metali, a kierowcy i kibice co rusz będą rozstrzygali konflikty poprzez strzelaniny. „Rozdanie broni ludziom, którzy nigdy nie powinni jej dostać, skończy się tragicznie” – ostrzega polityk partii Razem.
W rzeczywistości podobne rozwiązania istnieją w wielu państwach świata. W Norwegii liczba sztuk broni na 100 osób jest 24 razy większa niż w Polsce, a liczba zabójstw na 1000 osób jest niższa (choć trzeba przyznać, że Polska należy do krajów z bardzo niskim odsetkiem zabójstw). Podobnie jest w Szwajcarii (ponad 18 razy więcej broni na 100 osób niż w Polsce), Luksemburgu (ponad 11 razy) czy Hiszpanii (8 razy). Jakoś nie ma tam regularnych strzelanin na ulicach, a ludzie nie chodzą w kamizelkach kuloodpornych.
Adrian Zandberg jest politykiem lewicy. Kiedyś lewica popierała uzbrojenie ludu i sama tworzyła uzbrojone oddziały. (Pewnym echem tych tradycji lewicy było sformułowanie w „Płaszczyźnie Większościowej” Federacji Anarchistycznej z 1992 r.: „uznając prawo do czynnej samoobrony za warunek pokoju, uważamy powszechne uzbrojenie ludzi (a nie monopol rządu i bandytów), tak by rząd nie miał siły przeciw innym krajom i swojemu narodowi a ludzie mogli się bronić przed „swoim” i obcym rządem”). Dzisiejsza lewica w osobie pana (towarzysza?) Zandberga natomiast zupełnie jawnie obawia się uzbrojonego ludu i popiera sytuację, w której legalną broń posiada jedynie władza i jej kumple – bo do tego sprowadza się uznaniowe wydawanie pozwoleń przez policję. Jak na dłoni widać nawiązanie do tradycji komunistycznego państwa.

Antypolski projekt Ruchu Narodowego

sobota, Lipiec 29th, 2017

Ruch Narodowy opublikował projekt ustawy o zakazie finansowania organizacji pozarządowych z zagranicy – przez obywateli państw innych niż Polska oraz „jakiekolwiek podmioty zagraniczne”, w tym zagraniczne osoby prawne. Wyjątkiem ma być finansowanie tych organizacji na podstawie umów międzynarodowych, których stroną jest Rzeczpospolita Polska – furtka dla funduszy unijnych, ale już chyba nie dla finansowania przez Watykan takich organizacji jak Fundacja Auschwitz-Birkenau czy Hospicjum Tischnera (ze sprzedaży zegarka podarowanego przez Jana Pawła II kupili w 2003 r. dwa samochody dla wolontariuszy), bo konkordat tego nie reguluje.
Uzasadnieniem ma być „rosnąca zewnętrzna presja polityczna wywierana na polskie społeczeństwo przez zagraniczne lub finansowane z zagranicy organizacje pozarządowe”, „zaangażowanie finansowanych z zagranicy organizacji pozarządowych w protesty antyrządowe oraz popularyzację ekstremizmu politycznego, wyrażającego się w postulatach celowej destabilizacji państwa poprzez tzw. „majdan”, mający prowadzić do obalenia demokratycznie wyłonionego rządu”, a także „ogromny kontrast w zakresie możliwości finansowych pomiędzy wyłącznie polskimi organizacjami społecznymi, finansowanymi z darowizn polskich obywateli i ze skromnych środków podatnika, a zagranicznymi organizacjami takimi jak np. obecne w Polsce niemieckie państwowe fundacje polityczne czy organizacje pozarządowe utrzymywane dzięki finansowaniu Open Society Foundations George’a Sorosa”.
Czyli tysiące, w większości zupełnie apolitycznych, stowarzyszeń i fundacji tworzonych przez Polaków (w wykazie na rok 2017 są 8542 organizacje pożytku publicznego, a nie wszystkie organizacje pozarządowe w nim się znajdują) ma mieć uniemożliwiony dostęp do środków z zagranicy. Czy to zbieranych przez crowdfunding, czy w bardziej tradycyjny sposób od sponsorów instytucjonalnych. Nieważne, że się to odbije na realizacji ich celów, uznanych często za społecznie pożyteczne. Nieważne, że np. Fundacja Auchan na rzecz młodzieży, wspierająca projekty edukacyjne, może przestać działać w Polsce. Nieważne, że to samo może spotkać Fundacje Velux, wpierające projekty związane z poprawą możliwości kształcenia i zatrudniania młodzieży oraz pomocą socjalną dla młodzieży zagrożonej wykluczeniem. Nieważne, że Sanofi Genzyme nie będzie mogło już wspierać organizacji pozarządowych działających na rzecz poprawy sytuacji osób zmagających się z lizosomalnymi chorobami spichrzeniowymi. Nieważne, że polskie organizacje nie będą mogły już korzystać z darmowych reklam i usług Google. Nieważne, że problemy z finansowaniem mogą mieć np. takie organizacje szerzące wiedzę ekonomiczną, jak Fundacja Wolności i Przedsiębiorczości czy Polsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego. Ważne, że Soros będzie miał tzw. ból dupy.
Choć myślę, że akurat Soros, jeśli będzie chciał, łatwo taki zakaz obejdzie. Założy po prostu w Polsce spółkę lub spółki, które – jako podmioty polskie – będą finansować organizacje pozarządowe. Ale wiele innych, zwłaszcza małych, organizacji korzystających z hojności zagranicznych sponsorów go nie obejdzie.
Uniemożliwienie sięgania przez działających społecznie Polaków po zagraniczne środki, które są przeznaczane na edukację, walkę z chorobami czy pomoc dla młodzieży zagrożonej wykluczeniem to działanie antypolskie. I to niestety chce zrobić „narodowa” partia.