Archiwum z Styczeń, 2021

Kto dał narzędzie do ścigania bluźnierców?

sobota, Styczeń 23rd, 2021

Poseł Koalicji Obywatelskiej Krzysztof Mieszkowski ponownie wystąpił z postulatem usunięcia z Kodeksu Karnego art. 196, przewidującego karę za obrażanie uczuć religijnych, czyli praktycznie za coś, co kiedyś nazywano (a i dziś w wielu krajach się nazywa) bluźnierstwem. W oparciu o ten artykuł od 2008 do 2018 roku policja stwierdziła 562 przestępstwa i wszczęła postępowania w 499 sprawach. Ale w tych samych latach prawomocnie skazano z niego tylko 81 osób (dane z Informatora Statystycznego Wymiaru Sprawiedliwości). Oznacza to, że ogromna większość ludzi, przeciwko którym wszczyna się lub kieruje do sądu postępowanie z tego artykułu, jest niewinna tego przestępstwa, a mimo to nękana przez policję i prokuraturę.
Czyli jest to przede wszystkim narzędzie, dzięki któremu religijni „wrażliwcy” mogą ponękać innych ludzi za wypowiedzi lub zachowania, które im się nie podobają, choćby nawet obiektywnie te wypowiedzi lub zachowania nie stanowiły obrazy uczuć religijnych w rozumieniu tego artykułu.
A jeśli stanowią, to czasami zdarza się, że sprawca zostaje skazany na karę pozbawienia wolności bez zawieszenia. Na tych 81 osób skazano tak 5. W tym cztery w latach 2016-2018 – prawie 14% skazanych wtedy „bluźnierców”.
Co świadczy o tym, że za rządów PiS traktuje się takie osoby ostrzej.
Ale przypomnę, komu ten przepis zawdzięczamy. Projekt kodeksu karnego z tym artykułem wniósł do Sejmu w 1995 r. rząd premiera Oleksego, uchwalono go w 1997 r. za premiera Cimoszewicza, a podpisał go prezydent Aleksander Kwaśniewski.
To Sejm z większością postkomunistycznej koalicji SLD-PSL (plus z 74 posłami z Unii Demokratycznej i 41 z Unii Pracy, najbardziej lewicowy Sejm III Rzeczypospolitej, szeroko rozumiana prawica miała tam tylko 38 posłów – 22 z KPN i 16 z BBWR) wprowadził taki przepis. We wcześniej obowiązującym kodeksie karnym go nie było.
A kolejne Sejmy, w tym te, w których większość miała SLD z Unią Pracy i Platforma Obywatelska przy prezydencie Kwaśniewskim (2001-2005) oraz SLD, PO i Ruch Palikota przy prezydencie Komorowskim (2011-2015), nie usunęły tego przepisu.
Więc można powiedzieć, że w kwestii karania „bluźnierców” tak zwana lewica i tak zwani „liberałowie” w Polsce do tej pory w większości niczym nie różnili się od konserwatywnych katolików. I to oni dali prokuraturze dowodzonej przez Zbigniewa Ziobrę możliwość ścigania za na przykład plakaty Czarnej Madonny z tęczową aureolą.

Obszarnicy więksi od Billa Gatesa

niedziela, Styczeń 17th, 2021

Największym właścicielem ziemi rolnej w USA stał się Bill Gates, gromadząc w swych rękach ponad 96 tysięcy hektarów.
Niektórych, w tym Agrounię, ta informacja zbulwersowała, bo widzą w tym zagrożenie dla polskich rolników i dla produkcji żywności .
Przypomnę więc, że największym właścicielem ziemi rolnej w Polsce (gdzie łączna powierzchnia gruntów rolnych jest prawie dwadzieścia razy mniejsza niż w USA) jest państwo. W Zasobie Własności Rolnej Skarbu Państwa jest obecnie ponad 1,3 miliona hektarów gruntów – kilkanaście razy więcej, niż ma w USA Bill Gates i więcej, niż ma największy prywatny posiadacz ziemski (licząc wszystkie rodzaje ziemi) w USA, John Malone.
Owszem, większa część tej ziemi jest dzierżawiona rolnikom, ale nie zmienia to faktu, że właścicielem jest państwo, które pobiera czynsz dzierżawny (stanowiący średnio ponad 20% przychodów). I które może jednostronnie zdecydować o zmianie umowy na niekorzyść rolnika (wyłączeniu części gruntów z dzierżawy) pod groźbą jej nieprzedłużania w trybie bezprzetargowym. Ponadto ponad 175 tysięcy hektarów jest nadal nierozdysponowanych.
Przypomnę też, że podczas gdy rolnicy muszą płacić za tę ziemię czynsz i nie mają pewności jest posiadania w długim okresie, Kościół katolicki w Polsce dostał, od 1992 r., z Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa na własność ponad 76 tysięcy hektarów gruntów – za darmo. Nie chodzi tu o nieruchomości przyznawane do 2011 r. jako rekompensata za wywłaszczony przez komunistów majątek decyzją Komisji Majątkowej (ich powierzchnia była podobna), tylko o dodatkową ziemię, przekazywaną kościelnym osobom prawnym na ziemiach poniemieckich.
Tak więc całkiem możliwe, że drugim w kolejności, po państwie, właścicielem ziemi rolnej w Polsce jest Kościół katolicki i że też ma on więcej tej ziemi niż Bill Gates w USA.
Czekam, aż to zbulwersuje obrońców polskiego rolnictwa.

Okrutne korporacje i biedni politycy

wtorek, Styczeń 12th, 2021

Lewicowego działacza Jana Śpiewaka oraz sympatyzujący z prawicą fanpage „Nagroda Złotego Goebbelsa” zbulwersowała informacja, że Amazon oraz niektóre inne prywatne firmy nie będą już dawały pieniędzy kongresmenom, którzy głosowali przeciwko zatwierdzeniu wyboru Joe Bidena na nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych. (Tak naprawdę część z nich, m. in. Microsoft, Facebook i Alphabet/Google, poszła dalej i wstrzymała fundusze politykom z obu partii). Redaktor prawicowego fanpage napisał, że „Amazon i inne firmy ogłosiły, że będą karać parlamentarzystów za głosowanie nie po myśli korporacji”. A Śpiewak skomentował: „Jeśli to nie przekonuje Was, że cyfrowemu korpo trzeba założyć kaganiec, to nie wiem, co przekona”.
Otóż, nie przekonuje i nie jest to kara. Nie ma przymusu brać pieniędzy od Amazona i innych korporacji, zwłaszcza jeśli jest się członkiem amerykańskiego parlamentu, sowicie wynagradzanym i do biednych raczej nie należącym. Z drugiej strony, otrzymywanie tych pieniędzy nie jest prawem. Politycy biorą te pieniądze dobrowolne i jest normalne, że sponsorzy oczekują w zamian za to zgodnych z ich oczekiwaniami działań lub wyników. Oburzać się za to, że ci ostatni zdecydowali się wstrzymać finansowanie tym parlamentarzystom, którzy nie spełniają ich oczekiwań jest czymś podobnym do oburzania się, że ktoś przestaje korzystać z usług niesolidnego hydraulika czy serwującej niesmaczne jedzenie knajpy. To jest cofnięcie wynagrodzenia, a nie kara. I nie jest tak, że bez tych pieniędzy biedni kongresmeni umrą z głodu, ani nawet tak, że to jedyni możliwi sponsorzy. Przeciwnicy Bidena, wśród których z pewnością jest również wielu milionerów – na przykład niejaki Donald Trump – zawsze mogą sięgnąć do kieszeni i płacić wyłącznie tym, którzy wyboru Bidena nie uznali.
Ktoś może powiedzieć, że problemem jest w ogóle to, że korporacje i inne bogate lobbies jawnie sponsorują polityków. Ale nie należy się łudzić, że w krajach, w których to jest zabronione, czegoś takiego nie ma. Też jest, tyle, że pod stołem.
Tak naprawdę problemem jest samo istnienie ludzi dysponujących polityczną władzą, których grupom interesu, w tym korporacjom, opłaca się finansować. Bo to oznacza możliwość forsowania rozmaitych interesów siłą – za stosunkowo małą cenę. Gdyby nie było Kongresu i prezydenta USA, ci, którzy chcieliby narzucić coś siłą, uzyskać przywileje lub monopol, musieliby zapłacić o wiele więcej – a tak tylko wystarczy im zasponsorować odpowiednią, dość małą, grupę osób w celu odpowiedniego ukierunkowania przemocy finansowanej głównie przymusowo przez podatników. A ci, którzy chcą, by zostawiono ich w spokoju, nie musieliby za ten spokój płacić.
Nie powinno być takich, którzy mogą nałożyć polityczny kaganiec.

Nadchodzi państwo policyjne?

sobota, Styczeń 9th, 2021

Jeśli dostaniecie od policjanta mandat, który uważacie za niesłuszny lub bezprawny, to możecie odmówić przyjęcia go. Wtedy policja kieruje sprawę do sądu, w którym możecie dowodzić swojej racji. Prawda?
Prawda, ale za chwilę może być już inaczej. Bo grupa posłów Zjednoczonej Prawicy wniosła właśnie do Sejmu projekt zmiany kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia, który to zmienia. Według tego projektu już nie będzie można odmówić przyjęcia mandatu. Będzie można jedynie odwołać się od niego do sądu – ale trzeba będzie zrobić to samemu w terminie siedmiu dni i uzasadnić odpowiednio odwołanie, wskazując dowody.
Poza tym odwołanie nie ma wstrzymywać automatycznie wykonalności mandatu. Sąd będzie mógł to zrobić, ale nie będzie musiał tego zrobić. W dodatku na zapłacenie nałożonej tym mandatem grzywny będzie 7 dni – tyle, ile na złożenie odwołania. A sąd przecież nie rozpatruje sprawy natychmiast.
W uzasadnieniu projektu posłowie piszą, że „odmowa przyjęcia mandatu przez sprawcę niejednokrotnie ma charakter impulsywny i nieprzemyślany”, a „w konsekwencji proponowanych regulacji, w szczególności przerzucenia ciężaru procesowego zaskarżenia mandatu na ukaranego, należałoby się spodziewać zmniejszenia wpływu spraw o wykroczenia do sądu. Ponadto proponowane postępowanie odciążyłoby funkcjonariuszy od składania dużej liczby wniosków o ukaranie”.
Czyli wiadomo o co chodzi – o to, by policja miała mniej pracy i o to, by wskutek utrudnienia obwinionym dochodzenia swoich racji przed sądem uprawomocniało się więcej niesłusznych i bezprawnych mandatów. By można było łatwiej egzekwować zakazy i nakazy nakładane rozporządzeniami wydanymi bez podstawy ustawowej albo niezgodnymi z Konstytucją.
Kolejny krok w stronę państwa policyjnego.

Serwisy społecznościowe pod naciskiem polityków

piątek, Styczeń 8th, 2021

Mam wrażenie, że niektórym bardzo nie spodobał się fakt, że prywatni właściciele serwisów społecznościowych ośmielili się dać tymczasowego bana na korzystanie z ich usług (koszty udostępniania których sami ponoszą, nie pobierając za to nawet opłaty od użytkowników) samemu prezydentowi USA. Za to, że swoimi wypowiedziami zainspirował swoich zwolenników do politycznej zadymy, która skończyła się śmiercią pięciorga osób.
Jednym głosem brzmi tu radykalna lewica i radykalna prawica. Redaktor naczelny lewicowego pisma „Nowy Obywatel”, Remigiusz Okraska, przepowiada, że „w końcu jakieś państwo się wkurzy i zrobi porządeczek z takimi portalami na swoim terytorium, wychodząc ze słusznego założenia, że jednostkowa decyzja prywatnego kapitału nie powinna stać ponad demokratycznymi werdyktami”. A polityk partii Konfederacja, Sławomir Mentzen, w podobny sposób prognozuje, że „z politycznego punktu widzenia, FB i TT są zbyt ważne, by pozostawić je poza kontrolą” i „w długim terminie doprowadzi to do uregulowania lub znacjonalizowania najważniejszych mediów społecznościowych”, tak samo, jak „państwa przejęły ponad 100 lat temu linie kolejowe. Były one zbyt ważne z militarnego punktu widzenia”. Bo „prezydent mocarstwa nie może sobie pozwolić na to, żeby anonimowy pracownik FB kasował mu konto, które wykorzystuje do kontaktu z wyborcami”.
No cóż, nie od dziś wiadomo, że rządom i politykom nie podoba się przepływ informacji pozostający poza ich kontrolą. Już obecnie niektóre państwa (choć raczej mało liczące się z „demokratycznymi werdyktami”: Chiny, Iran, Turkmenistan, czasowo Wietnam, Sudan, Turcja, Egipt) „zrobiły porządeczek” z Facebookiem lub Twitterem, nakazując ich blokadę. A w wielu innych obowiązują lub są przygotowywane pewne regulacje dotyczące działalności serwisów społecznościowych (przykładem może być choćby unijna dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, nazywana w Polsce „ACTA2”, czy projekt dyrektywy dotyczącej usuwania przez serwisy internetowe „treści terrorystycznych”, znany pod skrótem TERREG). Jednak powstrzymywanie się od dawania banów Trumpowi, traktowanie polityków na specjalnych zasadach czy nawet całkowita rezygnacja z banów i usuwania wpisów użytkowników w niczym tu nie pomoże. Bo ograniczenia i regulacje pojawiają się od dawna i wcale nie w odpowiedzi na banowanie tych czy innych osób – prędzej w odpowiedzi na jego brak. Tu Sławomir Mentzen ma rację – po prostu serwisy społecznościowe robią się zbyt ważne. Jeżeli politycy poczują się wystarczająco silni, to przejmą kontrolę nad tymi serwisami. Choć pozostaje mieć nadzieję, że akurat w USA jednak tak nie będzie – jakoś gazet, radia czy telewizji, przez lata stanowiących dla polityków główny kanał kontaktu z wyborcami, tam nie znacjonalizowano ani nie poddano regulacjom dyktującym ich właścicielom, kogo mają dopuszczać do wypowiedzi. A inne państwa będą jednak za słabe, by poddać pełnej kontroli amerykańskie korporacje.
A jeżeli nawet niedawanie bana prezydentowi USA czy traktowanie polityków na specjalnych zasadach miałoby ochronić przed zaostrzaniem tych regulacji, to w gruncie rzeczy byłoby to poddanie się regulacjom od razu. Gdybym był właścicielem serwisu społecznościowego i powiedziano by mi: „masz go prowadzić tak, jak my chcemy, bo inaczej ci go zabierzemy”, to niewykluczone, że jednak powiedziałbym państwowym szantażystom, by spadali i poczekałbym na zabranie tego serwisu siłą. Albo bym go zamknął – wzorem bohaterów „Atlas Shrugged” – i przeszedł na emeryturę.
Dodam jeszcze, że myślenie, iż państwowe regulacje czy „demokratyczne werdykty” spowodują, iż wolność wypowiedzi w serwisach społecznościowych będzie większa niż obecnie jest moim zdaniem naiwne. Będą ograniczane treści niepodobające się rządzącym – przykładów państwowej cenzury jest aż za nadto – lub większości. Tyle, że dziś w ostateczności można znaleźć sobie niszę poza Facebookiem czy Twitterem. Gdy regulacje obejmą wszystko – takiej niszy już się nie znajdzie.