Upolitycznianie sztuki

19 maja, 2026

Poseł Prawa i Sprawiedliwości Michał Woś zamieścił na Facebooku wpis, z którego można domniemywać, że nie podoba mu się, że polskie jury na konkursie Eurowizji przyznało 12 punktów piosenkarzowi z Izraela i przyznało też punkty wykonawcy z Ukrainy w sytuacji, gdy jurorzy z Izraela i Ukrainy nie przyznali punktów piosenkarce z Polski.
Pan Woś (i większość komentujących jego wpis: „Znowu wyszliśmy na kretynów ale i tak niczego to Polaków nie nauczy”, „Banda sługusów i zdrajców!!!”, „Który to już raz. Domniemam, iż to jury to tylko z nazwy polskie”, „W ogóle nie powinniśmy brać udziału w tej farsie”, „Gdybysmy kiedyś potrzebowali pomocy, to pomogą w ten sam sposób”, „Taki szacunek mają dla nas, ale my i tak niczego się nie nauczymy”, „Dwa kopniaki w tyłek pokazujące szacunek dla PL”, „Znowu jesteśmy frajerami. Długo jeszcze!”) zdaje się tu sugerować, że punkty i co za tym idzie nagrody na muzycznym konkursie Eurowizji powinny być przyznawane według kryterium politycznego, na zasadzie wzajemności: przyznajemy punkty piosence z danego kraju tylko wtedy, gdy oceniający z tego kraju przyznają je „naszym”. Czyli jurorzy nie powinni kierować się (oczywiście, subiektywnie ocenianą) wartością artystyczną utworu i jego wykonania, ale przewidywanymi sympatiami jurorów z kraju ocenianego wykonawcy – a może nawet wcześniej zawierać z nimi porozumienia: my wam damy minimum tyle a tyle punktów, a wy dacie tyle nam. Takie handlowanie punktami.
Bo nie chodzi o to, by nagradzać najlepszych, ale by nagradzać naszych.
To, że nie ma to wiele wspólnego z ideą konkursu muzycznego i uczciwością, jakoś panu Wosiowi umyka.
A może po prostu nie lubi Izraelczyków i Ukraińców, i nieprzyznanie punktów polskiej piosence przez jurorów z tych krajów to dla niego tylko uzasadnienie tej niechęci?
Z nieco innych powodów przyznanie przez polskie jury maksymalnej oceny dla wykonawcy z Izraela skrytykowała pani Aleksandra Kwaśniewska. Córka byłego prezydenta stwierdziła, że to tak, jakby wyrazić poparcie dla Benjamina Netanjahu „i jego zbrodniczych działań”. Czyli znowu – powinny decydować kryteria polityczne. Noam Bettan, nawet gdyby zaśpiewał genialnie, nie powinien dostać najwyższej oceny, bo zdaniem pani Kwaśniewskiej ma niewłaściwe obywatelstwo czy też narodowość – jest Izraelczykiem, a działania izraelskiego rządu i jego premiera w związku z wojną zapoczątkowaną napaścią na ten kraj nie podobają się wielu ludziom na świecie.
Ciekawe, co Aleksandra Kwaśniewska powiedziałaby, gdyby to Polak zaprezentował tam dobry utwór, a jurorzy z innych krajów Europy postanowili przyznać mu zero punktów, bo np. polskie państwo ogranicza prawa kobiet (pani Kwaśniewska publicznie krytykowała zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych)? Może gdyby premierem był akurat polityk PiS, faktycznie przyklasnęłaby tej decyzji?
Mam wrażenie, że dla wielu konkurs Eurowizji stał się areną rywalizacji nie artystów, ale narodów i ich rządów. I jest dla nich „normalne”, że występujących tam wykonawców powinno oceniać się pod kątem sympatii i antypatii do ich narodu i rządu. Mam do nich pytanie: czy dotyczy to też innych nagród i konkursów w inych dziedzinach? Czy pierwsze miejsce w Konkursie Chopinowskim dla Erica Lu to było poparcie dla USA i polityki Donalda Trumpa? A pierwsze miejsce dla Julii Awdiejewej w 2010 roku było poparciem dla Rosji i Władimira Putina? Czy Oskar dla Asghara Farhadiego za najlepszy film międzynarodowy w 2016 roku (reżysera notabene nie wpuszczono do USA na ceremonię wręczenia nagród) był nagrodą dla reżimu ajatollahów w Iranie? A literacka nagroda Nobla dla Laszlo Krasznahorkaia była wyrazem poparcia dla Viktora Orbana? Jeśli nie, to czemu w przypadku Eurowizji ma być inaczej?

Samoobsługa – zysk nie tylko sklepu

12 kwietnia, 2026

Zastanawiam się, dlaczego pani Biszewska w ogóle nie omija sklepów stacjonarnych. Przecież pójście do sklepu, odstanie w kolejce do kasy z kasjerem i samodzielny transport towarów do domu to też praca, za którą nikt jej nie płaci, a może zostać zastąpiona dostawą pod drzwi towarów zamówionych przez Internet. (Rozumiem, że nie do paczkomatu – bo dostarczanie paczek do domu to przecież praca kuriera, za którą też pani Biszewskiej nikt nie płaci).
Myślę również, że autorce tego artykułu nie powinny się podobać stacje benzynowe, na których kierowca sam tankuje sobie paliwo, zamiast oczekiwać, aż wykona to ktoś z obsługi – nawet, jeśli potem płaci w zwykłej kasie, a nie samoobsługowej. Ciekawe też, co myśli ona na temat wind samoobsługowych? Konsekwentnie rozumując, powinna marzyć o windach obsługiwanych przez windziarzy, którym za to się płaci, zamiast o takich, w których użytkownicy muszą sami naciskać guziki. A także o autobusach i tramwajach, w których bilety sprzedają jak dawniej konduktorzy, a nie automaty.
No bo jak to tak, żeby ktoś maksymalizował zyski przerzucając na klienta zadania, które może wykonywać opłacany pracownik?
Oczywiście rozumiem, że komuś może się nie podobać obsługiwanie kasy samoobsługowej, bo z jakiegoś powodu ma z tym trudności. Ale oburzanie się na to, że jest to „wolontariat na rzecz marketów” jest absurdalne. To prawda, że klient w tym przypadku wykonuje pewną pracę – kasowanie towarów – którą teoretycznie mógłby wykonać zatrudniony przez sklep kasjer. Ale ten klient wykonuje pracę (na swoją rzecz! – działa w celu zdobycia dla siebie określonych dóbr) nie tylko w tym przypadku, ale ogólnie odwiedzając sklep, zdejmując towary z półek, idąc do jakiejkolwiek kasy (również tej obsługiwanej przez kasjera) i transportując zakupy do domu. I alternatywą do samodzielnego kasowania towarów jest w praktyce inna praca – stanie w kolejce do kasy obsługiwanej przez człowieka, gdzie trzeba zwykle poświęcić więcej czasu, postać w bliskim towarzystwie innych osób (nie każdy to lubi) oraz tak czy inaczej samodzielnie wyłożyć towary na taśmę, a potem je spakować (spiesząc się, bo kasjer kasuje już kolejnego klienta). Nic dziwnego, że wielu ludzi wybiera kasy samoobsługowe. Bo ze swojego punktu widzenia pracują wtedy właśnie mniej, lub mniej uciążliwie.
Można oczywiście powiedzieć, że sklep mógłby zatrudnić tylu kasjerów i uruchomić tyle stanowisk kasowych, by nie było kolejek. Mógłby też zatrudnić kurierów dostarczających zakupy klientom do domu. Podobnie stacje benzynowe mogłyby masowo zatrudnić pracowników obsługujących dystrybutory, przedsiębiorstwa komunikacyjne – konduktorów w autobusach i tramwajach, a właściciele budynków – windziarzy.
Tylko, że to oznaczałoby istotny wzrost kosztów, który możliwe (wg mnie bardzo prawdopodobne), że przełożyłby się na wzrost cen towarów i usług. A nawet, jeżeli odbyłoby się to kosztem zysków przedsiębiorców, to efektem byłyby mniejsze inwestycje. Czego rezultatem byłby ogólnie niższy wzrost gospodarczy i mniejsza dostępność dóbr.

Nie uchwalono, kto może zajść w ciążę

15 lutego, 2026

Nie rozumiem tego zbulwersowania niektórych polskich środowisk prawicowych odrzuceniem poprawki do zaleceń Parlamentu Europejskiego dla Rady (Unii Europejskiej) w sprawie priorytetów UE na 70. sesję Komisji ONZ ds. Statusu, stanowiącej „mając na uwadze, że tylko biologiczne kobiety mogą zajść w ciążę”.
Przecież uchwalenie bądź nieuchwalenie takiej poprawki w żaden sposób nie wpływa na to, kto może zachodzić w ciążę. Jeżeli w ciążę mogą zachodzić jedynie „biologiczne kobiety”, to nieuchwalenie tej poprawki tego stanu nie zmienia. A jeżeli tak nie jest*, to jej uchwalenie również tego stanu by nie zmieniło. To nie zależy od uchwał Parlamentu Europejskiego czy innych organów Unii Europejskiej lub państw. Więc po co taka poprawka?
Uchwalanie takiej poprawki ma taki sam sens, jak uchwalanie, że Ziemia ma kształt zbliżony do kuli, czy że 2 + 2 = 4. Albo – z drugiej strony – jak uchwalanie, że liczba π ma wartość równą 3,2, co faktycznie znalazło się w ustawie uchwalonej jednogłośnie przez Izbę Reprezentantów stanu Indiana w 1897 r. (potem stanowy senat zdecydował o odsunięciu głosowania nad ustawą na czas nieokreślony).
Jeśli o mnie chodzi, to w tej uchwale nie podoba mi się coś innego – zalecenie Radzie, by „zachęcała do zapewnienia (…) instytucjonalnego parytetu płci na wszystkich szczeblach procesu decyzyjnego i podejmowała działania w tym względzie”. Bo narzucane przymusowo parytety nie mają nic wspólnego z równouprawnieniem, a wręcz przeciwnie – wymuszają nierówne traktowanie poszczególnych ludzi (np. kandydatów na określone stanowiska) po to, by uczynić zadość wymogom tych parytetów. Ale oczywiście to dla konfederacko-pisowskiej prawicy jest mniej ważne.

*(To, czy tylko biologiczne kobiety mogą zajść w ciążę, zależy od definicji „biologicznej kobiety”. Bo jeżeli zdefiniujemy „biologiczną kobietę” jako osobę z kariotypem 46,XX, albo osobę bez chromosomu Y, to jest to nieprawda – są udokumentowane (1, 2), choć bardzo rzadkie, przypadki zajścia w ciążę osób z syndromem Swyera – z kariotypem 46,XY).

Haracz w imię „ochrony klimatu”

24 stycznia, 2026

Gospodarstwa domowe w Polsce mogą zapłacić ponad 1500 złotych rocznie więcej za ogrzewanie, bo unijni – w tym polscy – inżynierowie społeczni wymyślili, że będą kontrolować klimat zgodnie ze swoimi kaprysami, i zmuszać w tym celu ludzi do płacenia za emitowany dwutlenek węgla.
Informuje o tym „Deutsche Welle” powołując się na raport Fundacji Bertelsmanna.
Do zmniejszenia się konkurencyjności europejskiej gospodarki – co już obserwujemy od jakiegoś czasu – dojdą obciążenia finansowe dla osób prywatnych, głównie w Europie Środkowej.
Ale nikt nie myśli o rezygnacji z opodatkowania dwutlenku węgla (ETS2) czy w ogóle unijnej polityki klimatycznej. Zamiast tego negatywne skutki interwencjonizmu mają być łagodzone kolejnym interwencjonizmem: najbardziej dotknięte zmianami grupy mają dostawać dopłaty ze Społecznego Funduszu na rzecz Klimatu. Czyli mają żebrać u polityków o to, by nie płacić aż tak dużo. A reszta zapłaci.
Oczywiście jest mało prawdopodobne, że działania unijnych polityków będą miały istotny wpływ na światowy klimat, bo Unia Europejska odpowiada tylko za niecałe 9% emisji dwutlenku węgla wytwarzanego przez ludzi. Przypuszczam, że ci politycy doskonale zdają sobie z tego sprawę. W „ochronie klimatu” musi chodzić więc o coś innego. O interesy producentów „ekologicznych” źródeł energii? Czy o kontrolę ludzi strachem, jak pisał w swojej powieści „Państwo strachu” Michael Crichton?

Facebook dozwolony od lat 15?

15 stycznia, 2026

Politycy Koalicji Obywatelskiej, na czele z Romanem Giertychem, chcą odciąć młodych ludzi od Facebooka, Youtube, X, Instagrama, Discorda i innych platform umożliwiających wymianę informacji z innymi osobami. Nastolatki, jak dawniej, mają mieć grono znajomych ograniczone głównie do kolegów ze swojego fizycznego otoczenia, a wiedzę o świecie pozyskiwać z przekazów zasadniczo jednokierunkowych, takich jak telewizja czy media tworzone przez dziennikarzy. Bez względu na to, co sądzą o tym ich rodzice czy inni prawni opiekunowie.
Jak widać, konstytucyjne prawa do rozpowszechniania i pozyskiwania informacji oraz do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami są dla polityków KO nieistotne. Oni „wiedzą lepiej”, do jakich informacji nastolatki powinny mieć dostęp i jakie informacje mają prawo rozpowszechniać samemu. Rozwój społeczeństwa informacyjnego w formie Web 2.0 został uznany za zagrożenie i już.
Tylko w jaki sposób były lider Młodzieży Wszechpolskiej oraz jego koledzy i koleżanki z obecnej partii chcieliby to zapewnić? Aby w miarę skutecznie zablokować dostęp do platform społecznościowych osobom poniżej 15 roku życia trzeba będzie wprowadzić mechanizmy kontroli dostępu dla wszystkich. Każdy, kto zechce używać Facebooka czy X będzie musiał jakoś potwierdzić, że ma więcej niż piętnaście lat. Jakimś rodzajem cyfrowego ID (np. profilem zaufanym), kartą płatniczą, ewentualnie przesyłając zdjęcie dowodu tożsamości albo zdjęcie twarzy – tak robi się to obecnie w Australii, gdzie od niedawna obowiązują podobne przepisy.
Dla wielu ludzi – zwłaszcza tych chcących chronić swoją prywatność – będzie to utrudnienie zniechęcające do korzystania z tych platform. A nastolatki, jeżeli tylko będą wystarczająco obeznane z Internetem, będą obchodzić zakaz tak jak obchodzą go obecnie w Australii – łącząc się przez VPN-y jako użytkownicy z innych krajów.
Ciekawe, czy np. Elon Musk zgodzi się na podporządkowanie tym przepisom? A jeśli nie, to co? Blokada X dla wszystkich użytkowników w Polsce?
Regulacje, które chce wprowadzić Roman Giertych są po prostu cenzurą. Próbą ograniczenia młodym ludziom interakcji z innymi. Owszem, korzystanie z platform społecznościowych może prowadzić do uzależnienia, mogą być one wykorzystywane do hejtu czy szerzenia dezinformacji. Ale rozwiązaniem tu jest edukacja i rozsądny nadzór ze strony rodziców, a nie polityczny zakaz.
Mam nadzieję, że prezydent odmówi podpisania takiej ustawy, tak jak zrobił to w przypadku ustawy dającej urzędnikom możliwość nakazywania usuwania treści z Internetu.

Wolność uzewnętrzniania religii

11 stycznia, 2026

Jeżeli komuś przeszkadza nauczycielka wyrzucająca do kosza symbol chrześcijaństwa, to powinien przeszkadzać mu też Grzegorz Braun gaszący świeczki chanukowe. I odwrotnie.
Chyba, że uważa, iż (zagwarantowana w Polsce konstytucyjnie) wolność uzewnętrzniania publicznie religii oraz swoboda wyrażania przekonań religijnych w życiu publicznym powinna przysługiwać tylko niektórym wyznaniom.

Prorosyjscy, antyrynkowi nacjonaliści

8 grudnia, 2025

Europoseł stanowiącej część Konfederacji partii Nowa Nadzieja, Stanisław Tyszka, narzeka, że Ukraińcy „zalewają polski rynek pracy”, domagając się tego problemu w zamknięciu granicy z Ukrainą.
A poseł tej partii, Michał Połuboczek, ubolewa, że Europa Zachodnia nas Polaków „oszukała, otwierając rynek na tanie mięso z Ameryki Południowej”. Swoistą rekompensatę dla polskich producentów mięsa upatruje w jego eksporcie do Rosji, oczywiście po tym, jak nastąpi „pokój na Ukrainie”.
Jak widać, większa wolność na rynku – czy to rynku pracy, czy to rynku produktów rolnych – jest tym, co wywołuje krytykę ze strony polityków Nowej Nadziei. Poseł Połuboczek chce, bym razem z innymi Polakami kupował droższe mięso, byle od polskich rolników. A eurodeputowany Tyszka – żebym wraz z innymi Polakami był pozbawiony usług wykonywanych przez ukraińskich pracowników: budowlańców, fryzjerów, opiekunki, sprzedawców, taksówkarzy, pracowników gastronomii, robotników przemysłowych, lekarzy… Jeżeli chodzi o taksówkarzy, to inny poseł Nowej Nadziei, Grzegorz Płaczek, domaga się zresztą zaostrzenia warunków licencji taksówkarskich dla cudzoziemców poprzez wprowadzenie w ich przypadku wymogu sprawdzania niekaralności również w kraju pochodzenia – ponieważ, jak poinformowało Ministerstwo Sprawiedliwości, nie ma technicznych możliwości udzielania takich informacji przez Biuro Informacyjne Krajowego Rejestru Karnego, wymóg taki oznaczałby w praktyce, że cudzoziemcy spoza UE (w praktyce w większości Ukraińcy) musieliby sami pozyskiwać takie informacje ze swojego kraju, co utrudniłoby im proces uzyskiwania licencji.
Ograniczyć wolność rynku – licencją, cłami (obowiązującymi jak na razie na produkty rolne z Ameryki Południowej), zakazem. W rzekomym interesie polskiego chłopa i robotnika (większość Ukraińców „zalewających polski rynek pracy” pracuje fizycznie). Ale też w interesie Rosji, która z pewnością zyskałaby na pogorszeniu stosunków polsko-ukraińskich spowodowanych zamknięciem przed Ukraińcami polskiej granicy oraz na zaszczepieniu w umysłach Polaków wizji owocnej współpracy gospodarczej z Rosją (nieważne, że tak naprawdę eksport polskiej żywności do Rosji w 2021 r., przed wybuchem wojny, stanowił poniżej 2% całkowitego polskiego eksportu żywności, a całkowity import Rosji był niższy od importu Polski). Wizja Nowej Nadziei jako „wolnościowego” skrzydła Konfederacji (w odróżnieniu od nacjonalistów z Ruchu Narodowego) jest całkowicie fałszywa. To też nacjonaliści, tylko, że bardziej (może bardziej jawnie?) prorosyjscy.
Spędziłem młodość w kraju, gdzie rządziła partia głosząca współpracę z Rosją (zwaną wówczas Związkiem Radzieckim), niechęć do Europy Zachodniej, wyższość regulacji państwowych nad rynkiem, obronę interesów robotnika i chłopa oraz oczywiście pokój. Nazywała się Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Doprowadziła Polskę do biedy. Mam niestety wrażenie, że się obecnie odradza, tym razem w przebraniu prawicowym, a nawet „liberalnym”.

Ministrowie ponad prawem

15 października, 2025

Jeżeli komuś się jeszcze wydaje, że obecnie sprawujące władzę stronnictwo ma coś wspólnego z praworządnością, to niech przeczyta wywiad z Bartoszem Pilitowskim z Fundacji Court Watch Polska w gazeta.pl – medium uważanym jak dotąd za raczej sympatyzujące z Donaldem Tuskiem i jego ekipą. Pan Bartosz wyjaśnia tam w przystępny sposób, dlaczego obecny minister sprawiedliwości Waldemar Żurek łamie praworządność w znacznie większym stopniu niż jego poprzednik Zbigniew Ziobro. W skrócie – minister Żurek uznał, że on i władza wykonawcza w ogóle nie musi w ogóle stosować się do przepisów prawa zawartych w ustawach, jeżeli samemu stwierdzi, że z jakiegoś powodu naruszają konstytucję. Że minister czy inny urzędnik (ale już nie zwykły obywatel) ma takie samo prawo do „rozproszonej kontroli konstytucyjności”, jak sąd. I na tej podstawie podjął już dwie decyzje jawnie wbrew obowiązującym ustawom – odwołał 46 prezesów sądów powołując następnie nowych (bo „minister musi mieć osoby, którym ufa”) oraz wydał rozporządzenie upoważniające prezesów sądów do wyznaczania w sprawach odwoławczych składów sędziowskich według dowolnych zasad, jakie sobie ustalą (ustawa nakazuje losowanie).
To znaczy, że każdy obywatel może być sądzony nie przez sąd ustanowiony ustawą, ale wyznaczony ad hoc przez urzędnika (prezesa sądu) powołanego przez innego urzędnika i od niego zależnego. Do każdej sprawy w drugiej instancji może być dobrany taki skład sędziowski, który daje jeśli nie gwarancję, to większe prawdopodobieństwo orzeczenia „po linii władzy”. W ten sposób będzie można np. ciągle uchylać wyroki skazujące polityków związanych z władzą czy nakazujące wypłacenie odszkodowania od państwa.
Mało? To polecam kolejny artykuł z (celowo) gazeta.pl, o tym, że urząd skarbowy nie chce oddać bezpodstawnie zapłaconego podatku od sprzedaży nieruchomości. Bezpodstawnie, bo na podstawie interpretacji uznanej przez Trybunał Konstytucyjny za naruszającą konstytucję (chodziło o konieczność złożenia oświadczenia o zameldowaniu przy uldze meldunkowej). A nie chce oddać dlatego, że rząd postanowił nie publikować wyroków Trybunału – nie tylko tych niepasujących mu politycznie, jak w przypadku rządu PiS, ale wszystkich. Od początku 2025 roku Trybunał Konstytucyjny wydał (o ile dobrze policzyłem) 29 wyroków, z czego 13 w sprawach wszczętych skargą konstytucyjną (przysługującą osobom, którym wolności lub prawa zostały naruszone), i żaden z nich nie został opublikowany w Dzienniku Ustaw.
Ministrowie postawili się w roli ostatecznych interpretatorów konstytucji i prawa. Właściwie ponad prawem, jak nie przymierzając władcy w monarchiach despotycznych. Jednocześnie wciąż występują w roli samozwańczych championów praworządności. A zwykli ludzie tracą.

7 października, dwa lata później

7 października, 2025

Dzisiaj mijają dwa lata od zbrojnej napaści organizacji terrorystycznej Hamas, stanowiącej faktyczny, choć nieuznawany międzynarodowo rząd Gazy, na Izrael. Nie tylko na państwo Izrael, ale przede wszystkim na ludność cywilną. Jednego dnia zabito ponad tysiąc osób. W ich własnych domach, na drogach, na festiwalu muzycznym. Ponad dwustu wzięto do niewoli jako zakładników, z czego część też później zginęła. Kilkudziesięciu (trudno powiedzieć ilu, bo nie wiadomo ilu z nich jeszcze żyje) nadal przebywa w niewoli.
To wywołało wojnę, która trwa do dziś i w której zginęło około 65 tysięcy ludzi, głównie Palestyńczyków z Gazy. Tej wojny by nie było, gdyby nie ta napaść. Ludzie w Gazie nadal cieszyliby się pokojem.
Za tę wojnę odpowiada Hamas.
(Notabene, liczba 65 tysięcy ludzi – podawana przez sam Hamas – oznacza, że w wojnie tej ginie dziennie poniżej 100 osób, licząc łącznie bojowników i cywili. Jest to ponad dziesięciokrotnie mniej, niż zginęło cywili w Izraelu 7 października 2022 r. – mimo tego, że armia izraelska używa ciężkiego sprzętu i bomb. Czy naprawdę ktoś uważa, że Izraelczycy nie byliby w stanie zabijać w Gazie dziennie tyle ludzi, ile uzbrojeni w lekką broń palestyńscy terroryści tego jednego dnia? A jeżeli są w stanie, ale tego nie robią, to przypisywanie im – jak to robi wiele osób i organizacji – ludobójczych intencji jest oczywistą propagandą).
Zakończenia tej wojny należy się domagać przede wszystkim od tych, którzy ją wywołali. Od Hamasu.
Domagać się – w imię zachowania życia palestyńskich dzieci i innych cywili – zakończenia tej wojny nie od Hamasu, ale od Izraela, potępiając jego działania zbrojne w Gazie, to tak, jakby w 1945 roku – w imię zachowania życia niewinnych Niemców – domagać się zakończenia wojny nie od nazistów, tylko od koalicji antyhitlerowskiej, żądając od aliantów zaprzestania działań zbrojnych i rozpoczęcia negocjacji z Hitlerem. (A robić to pod hasłem „Wolna Palestyna od rzeki do morza” to tak jakby w 1945 roku domagać się zakończenia wojny pod hasłem „Rzeszy od Atlantyku po Ural”). I coś takiego jest jednoznacznym opowiedzeniem się po stronie terroru, ponieważ jeżeli nie można walczyć z agresywnym terrorystycznym reżimem dlatego, że w takiej walce giną dzieci i inni cywile na „jego” terytorium (a w warunkach Gazy, zmienionej w terrorystyczną twierdzę, jest to nieuchronne), to staje się przed ograniczonym wyborem – albo dalszy bezkarny terror przeciwko „naszym” dzieciom i cywilom, albo pójście na warunki terrorystów (czyli kapitulacja) w złudnej nadziei, że może wtedy okażą łaskę.
I myślę, że większości z tych, którzy organizują demonstracje „w obronie dzieci w Gazie”, pikiety pod ambasadami Izraela i flotylle z „pomocą dla Gazy” oraz potępiają izraelskie „ludobójstwo” chodzi właśnie nie o zakończenie cierpień ludności cywilnej, ale o to, by terroryści wygrali. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że stoją po stronie terroru, tego konkretnego terroru. Bo z różnych powodów nie lubią Żydów lub przynajmniej tych Żydów z Izraela. Chcieliby właśnie, by izraelscy Żydzi stanęli przed opisanym wyżej wyborem.
Tylko tak jakoś głupio póki co się do tego przyznać.

Wszystkie lekcje do wyboru!

25 września, 2025

W ostatnich dniach nasiliła się debata publiczna dotycząca tego, czy zapisywać dzieci na lekcje edukacji zdrowotnej. Wziął w niej udział m.in. Prezydent RP.
Podobna debata od dawna jest toczona, jeżeli chodzi o lekcje religii.
I bardzo dobrze – to, na jakie lekcje zapisywać dzieci, powinno być przedmiotem debaty, a nie odgórnego nakazu.
Szkoda tylko, że debata dotyczy tu tylko tych dwóch przedmiotów, a w przypadku innych urzędnicy nadal „wiedzą lepiej”.
Podobno byłem utalentowanym dzieckiem, poszedłem do szkoły mając niecałe sześć lat, a potem na drugie półrocze przeniesiono mnie od razu do drugiej klasy.
Ale nie byłem utalentowany we wszystkim. Byłem kiepski z wychowania plastycznego, zajęć praktyczno-technicznych (obejmujących wówczas głównie stolarkę) i przede wszystkim wychowania fizycznego. Nie najlepiej też śpiewałem.
Ale musiałem marnować czas na tych lekcjach, a oceny z nich zaniżały mi średnią. Która wówczas, nawiasem mówiąc, decydowała o dostaniu się do liceum zamiast szkoły zawodowej.
I oczywiście nic się na tych lekcjach nie nauczyłem. Nie zostałem sportowcem, muzykiem, malarzem ani majsterkowiczem. To był czas stracony. A w dodatku pod koniec szkoły miałem silny stres, że nie dostanę się do szkoły średniej – na szczęście akurat wtedy wprowadzono egzaminy wstępne.
Prawdę mówiąc, wiele innych lekcji też mi się niespecjalnie przydało. na przykład język polski – mimo, że już jako dzieciak lubiłem czytać książki i dużo czytałem, to akurat czytanie szkolnych lektur było często dla mnie udręką. I wielu z nich nie pamiętam. A posługiwać się językiem nauczyłem się niezależnie od tych lekcji – i wiedza o podmiotach, orzeczeniach, przydawkach oraz regułach ortografii okazała się tu niepotrzebna. Piszę zasadniczo ortograficznie, bo po prostu pamiętam, jak wyglądają słowa (wynik częstego czytania), a nie dlatego, że mam wkute regułki.
Różni ludzie mają talenty i predyspozycje w różnych dziedzinach i zmuszanie ich do zajmowania się tym, do czego ich nie mają – zamiast np. poszerzenia czasu zajmowania się tym, w czym są uzdolnieni i co lubią – jest marnowaniem ich czasu i zniechęcaniem do nauki jako takiej. Dlaczego młody człowiek przejawiający talent w przedmiotach ścisłych musi męczyć się na języku polskim, historii, plastyce, muzyce? Dlaczego ktoś, kto jest słaby fizycznie i niezgrabny musi ośmieszać się na lekcjach WF? A ktoś przejawiający talent muzyczny wkuwać wielomiany i funkcje?
A jeżeli w możliwości rezygnacji z nauki religii czy edukacji zdrowotnej chodzi o kwestię sumienia – to czemu np. anarchista musi posyłać dziecko na edukację obywatelską?
Dlaczego w ogóle szkoły nie mogą proponować oferty przedmiotów niezawierających tych z podstawy programowej?
Skoro religia, etyka, edukacja zdrowotna mogą być nieobowiązkowe i ludzie mogą debatować, czy są dobre, czy nie dla ich dzieci – to czemu nie inne?