Archiwum kategorii ‘Libertarianizm’

„Push-backi” a libertarianizm

czwartek, wrzesień 30th, 2021

Poseł Konfederacji, który jeszcze półtora roku temu mówił, że ma poglądy „skrajnie libertariańskie”, mówi teraz o „agresywnym nielegalnym przekraczaniu granicy” oraz przyrównuje ludzi przez nią przechodzących do złodziei i włamywaczy.
Może więc warto wyjaśnić, jak to wygląda z punktu widzenia libertarianizmu: samo w sobie przekraczanie granicy państwa niezgodnie z wydanymi przez to państwo przepisami nie jest działaniem agresywnym. Nie narusza bowiem niczyjej prywatnej własności ani wolności osobistej. Nie można też zakładać, że ktoś, kto ją przekracza bez zgody władz państwa, robi to w celu okradzenia kogoś, czy nawet skorzystania z efektów zinstytucjonalizowanej kradzieży dokonywanej przez to państwo w formie wsparcia dla imigrantów (abstrahując już od tego, że skorzystanie z tego wsparcia nie musi wcale oznaczać zwiększenia poziomu tej kradzieży).
Odwrotnie, agresją z punktu widzenia libertarianizmu jest stosowanie przemocy w odpowiedzi na takie zachowanie. A przestępstwo naruszania granicy państwowej jest „przestępstwem bez ofiar” – taki samym jak np. posiadanie marihuany, posiadanie broni palnej bez zezwolenia, odmowa pełnienia służby wojskowej czy publiczne znieważenie państwa albo jego organów. I jako takie nie powinno istnieć w porządku prawnym.
Artur Dziambor nie tylko więc nie ma poglądów „skrajnie libertariańskich”, ale prezentuje w tym przypadku postawę całkowicie przeciwną libertarianizmowi, popierając agresywną przemoc funkcjonariuszy państwowych wobec imigrantów.
Może więc jest po prostu legalistą – zwolennikiem poszanowania i egzekwowania prawa, choćby było antywolnościowe?
Otóż też nie. Bo, jak wskazałem w poprzednim wpisie – „push-backi” są sprzeczne z obowiązującym prawem. Tak wewnętrznym polskim (ustawa o cudzoziemcach określająca, jak powinna wyglądać procedura wydalania osób nielegalnie przebywających na terytorium Polski), jak i międzynarodowym (rozporządzenie unijne 2016/399, dyrektywa unijna 2008/115/WE, umowa między Polską a Białorusią w sprawie przejść granicznych). A rozporządzenie, na które powołuje się Straż Graniczna jest nie tylko sprzeczne z przepisami ustawy o cudzoziemcach, ale i wydane z przekroczeniem delegacji ustawowej.
Najwyraźniej poseł Dziambor prezentuje pogląd, zgodnie z którym zwykli ludzie – w tym przypadku migranci – powinni bezwzględnie przestrzegać państwowego prawa, ale samo państwo nie powinno się do tego prawa stosować. Jak władcy w monarchiach despotycznych, albo XVIII-wieczny rosyjski imperator, „który nikomu na świecie nie jest zobowiązany tłumaczyć się ze swoich czynów”.
Może uczciwiej, aby określił się jako zwolennik państwa policyjnego?

Jak mieszkać taniej

niedziela, lipiec 25th, 2021

Łukasz Dąbrowiecki – którego znam jako jednego z subskrybentów wydawanego przeze mnie w latach 90. XX w. biuletynu „Gazeta An Arché”opisał ciekawą inicjatywę na niemieckim rynku mieszkaniowym, polegającą na tym, że grupy ludzi zainteresowanych kupnem lub budową domów czy mieszkań przystępują jako stowarzyszenia do holdingu o nazwie Mietshäuser Syndikat (Syndykat Domów Czynszowych), a ten pomaga w opracowaniu planów finansowych oraz uzyskaniu kredytów (które żyruje). W zamian staje się współwłaścicielem inwestycji, choć o większości rzeczy z nią związanych (w tym o wysokości czynszu) decydują same stowarzyszenia mieszkańców. Nie mogą jednak sprzedać nieruchomości bez zgody całego holdingu, czyli wszystkich pozostałych jego członków – praktycznie gwarantuje to, że tak zbudowana czy kupiona nieruchomość nie pojawi się już na rynku wtórnym i nie zostanie wykupiona przez kogoś, kto dla zysku narzuciłby wyższe czynsze.
Jak pisze Dąbrowiecki, czynsze w mieszkaniach należących do Syndykatu są wyraźnie (nawet 2-3 razy) niższe od średnich rynkowych – nie jest to bowiem inicjatywa nastawiona na zysk. Czynsze idą jedynie na spłatę kredytów, bieżące zarządzanie oraz tzw. fundusz solidarnościowy Syndykatu, składki na który mogą być częściowo umorzone w przypadku, gdyby czynsz przekroczył 80% stawki rynkowej.
Coś w rodzaju spółdzielni mieszkaniowej – ale nieruchomości nie można sprzedać (trochę jak w ordynacjach rodowych 🙂 ). Coś w rodzaju polskiego TBS – ale bez potrzeby korzystania z pomocy państwa regulującego czynsze i udzielającego kredytów.
Inicjatywa realizująca idee tradycyjnego lewicowego anarchizmu czy kooperatyzmu, który z jednej strony dążył do zastąpienia przedsięwzięć nastawionych na zysk przedsięwzięciami non-profit, z drugiej promował działania oddolne, dobrowolne i niezależne od państwa.
Co ciekawe, dla samego autora jest to przykład „deprywatyzacji”, „zerwania z dyktaturą rynku” i „odrynkowienia”. Jednak tak naprawdę nieruchomości Syndykatu są własnością prywatną tak samo, jak nieruchomości należące do spółek nastawionych na zysk. Syndykat działa też jak najbardziej na rynku – mieszkania lub materiały i usługi niezbędne do ich wybudowania są kupowane – choć nie chce swoich nieruchomości sprzedawać. Jest to więc przykład raczej tego, że własność prywatna i rynek nie musi koniecznie wiązać się z dążeniem do maksymalizacji zysku rozumianego w tradycyjny sposób (bo wszak mieszkanie za niższą cenę to dla mieszkającego też zysk).
Fajnie, gdyby lewica w Polsce też zaczęła coś takiego promować, zamiast koncentrowania się na postulatach budowy mieszkań przez państwo.

Tylko dla (nie)zaszczepionych

środa, lipiec 14th, 2021

Federacja Przedsiębiorców Polskich postuluje, by wprowadzić przepisy rangi ustawowej pozwalające przedsiębiorcom w przypadku stanu epidemii na:
„możliwość uzależnienia dostępu do określonych miejsc lub dopuszczenia do wykonania określonych czynności, w tym skorzystania z usług, od uprzedniego poddania się szczepieniu przeciwko chorobie, które rodzi stan zagrożenia epidemicznego lub wywołała stan epidemii”,
„wyposażenie podmiotów dysponujących określonymi miejscami lub decydujących o pojęciu określonych czynności, w tym skorzystania z oferowanych przez nich usług, w uprawnienie do żądania okazania zaświadczenia o poddaniu się szczepieniu – czyli uprawnienie do przetwarzania odpowiednich danych osobowych”,
„zwolnienie odmawiającego dostępu z ewentualnych negatywnych konsekwencji jego decyzji na płaszczyźnie prawa pracy, prawa cywilnego i prawa wykroczeń”.
Postuluje to, bo panuje etatyzm i to państwo zasadniczo decyduje, kogo przedsiębiorca może wpuścić na teren przedsiębiorstwa, komu może on świadczyć usługi i na jakich zasadach. Więc trzeba zmiany jego regulacji.
W wolnym społeczeństwie nie byłoby takiej potrzeby. Po prostu kto by chciał, wpuszczałby do siebie – na przykład do swojej restauracji, siłowni czy fabryki – tylko osoby zaszczepione czy świadczyłby usługi tylko takim osobom. A kto uważałby takie ograniczenie za niepotrzebne – wpuszczałby wszystkich i świadczyłby usługi wszystkim. Nie tylko w stanie epidemii.
Tak jak każdy może wpuszczać do siebie do mieszkania tylko zaszczepionych i tylko z takimi spotykać się na gruncie towarzyskim.
Może nawet byliby tacy, którzy świadczyliby usługi tylko niezaszczepionym, choć sprawdzenie tego, że ktoś nie jest zaszczepiony byłoby trudne 🙂
Państwo do tego jest niepotrzebne. Wystarczy, żeby się nie wtrącało.

Antykapitalistyczny Cristiano Ronaldo?

piątek, czerwiec 18th, 2021

Lewicowy publicysta Łukasz Moll (ten sam, który zrezygnował z członkostwa w partii Razem po tym, jak oświadczył, że jest komunistą, a partia zapowiedziała w związku z tym postępowanie dyscyplinarne) uznał gest Cristiano Ronaldo, który podczas wywiadu odsunął od siebie butelki z Coca-Colą, za „rękę Mesjasza”, a jego samego za antykapitalistę. Bo według niego „sam gest odsunięcia poza kamerę sponsorowanych produktów na pewnym metapoziomie jest antykapitalistyczny”.
Tyle, że jest zupełnie odwrotnie. Istotą transakcji rynkowej (czyli czegoś, co komuniści uważają za jedną z istotnych cech kapitalizmu) jest jej dobrowolność. Nie ma obowiązku kupowania reklamowanych produktów. Producent przy pomocy reklam i innych akcji marketingowych stara się przekonać potencjalnych konsumentów do ich nabycia, a ci mogą jego ofertę przyjąć lub odrzucić. A zwykle – i w przypadku napojów tak jest – również skorzystać z produktu konkurenta.
Zachowanie polegające na odrzuceniu reklamowanego produktu jest więc w tak zwanym kapitalizmie normą, a nie zakwestionowaniem jego zasad. Nie jest gestem antykapitalistycznym, ale wręcz przeciwnie – gestem podkreślającym prawa uczestnika kapitalistycznego rynku.
Prawa, które niekoniecznie przysługują w tak zwanym socjalizmie. Pamiętam, że w późnym PRL można było dostać (jeśli ktoś nie dysponował dolarami albo nie jeździł za granicę) jedynie jeden gatunek kawy – Extra Selekt (wcześniej, za czasów gierkowskiego „dobrobytu”, były jeszcze Super, Wyborowa i Orient, wszystkie produkowała Poznańska Palarnia Kawy Astra). Nie trzeba było jej reklamować, bo w praktyce każdy, kto chciał pić kawę, był na nią skazany.
A Cristiano Ronaldo wart jest pochwały za inny gest – za to, że próbował uchronić wypracowane przez siebie dochody przed zaborczą ręką państwa, ukrywając je przed hiszpańskim fiskusem. Nie udało się, otrzymał za to karę. Ale przynajmniej pokazał, że nie zgadza się na to, by rząd zabierał mu to, co zarobił.

Lewica, podatki, Kościół i państwo

niedziela, luty 28th, 2021

Lewica na ogół lubi podatki i domaga się, by zwiększyć ilość pieniędzy w nich płaconych, by finansować w ten sposób różne usługi dla społeczeństwa. Ale gdyby ktoś zaproponował, by te podatki płacić Kościołowi, to najprawdopodobniej niemal każdy lewicowiec zareagowałby z oburzeniem. Mimo, że Kościół ma spore doświadczenie w prowadzeniu szkół, szpitali, instytucji dobroczynnych, patronowaniu sztuce, biznesie, a nawet w świadczeniu usług obronnych (zakony rycerskie) czy organizacji gospodarki i społeczności i to na zasadzie ulubionej przez lewicę wspólnoty własności (nie tylko klasztory, ale i np. redukcje misyjne w Ameryce Południowej). I z pewnością mógłby się tym wszystkim zajmować, gdyby miał wystarczające pieniądze z podatków.
Dlaczego lewicowiec nie chciałby, by te podatki płacić Kościołowi? Bo duża część tak zebranych pieniędzy poszłaby na pałace i limuzyny biskupów oraz „dolce vita” duchowieństwa? Ale duża część podatków zbieranych przez państwo idzie na wygodne, a nawet wystawne życie polityków i jakoś lewicowcowi to nie przeszkadza w domaganiu się, by to państwo dostawało więcej podatków.
Bo pieniądze te byłyby używane do propagowania ideologii, z którą lewicowiec się nie zgadza? Ale państwo faktycznie bardzo często używa pieniędzy z podatków na propagowanie różnych ideologii, z którymi lewicowiec się nie zgadza i jakoś mu to nie przeszkadza w domaganiu się, by to państwo dostawało więcej podatków.
Bo nad Kościołem nie ma demokratycznej kontroli? Ale nad państwem też takiej kontroli w większości nie ma. W większości państw demokracja ograniczona jest jedynie do wyboru tego czy innego polityka, lub tej czy innej partii rządzącej, raz na kilka lat. Lewica od zawsze wskazywała na iluzoryczność „burżuazyjnej” demokracji będącej tak naprawdę przykrywką do panowania klasy rządzącej, a radykalne jej odłamy wprost nią pogardzały. A jednak to nie przeszkadza lewicowcowi w domaganiu się, by to państwo dostawało więcej podatków, a Marks i Engels domagali się zwiększenia roli państwa – w tym podwyższenia podatków – już w czasach, gdy jeszcze żadnej demokracji nie było.
Mam wrażenie, że tym, co popycha większość ideowych lewicowców do popierania dużych podatków dla państwa (choć już nie dla Kościoła), jest złudzenie, że będzie się mogło w tym państwie mimo wszystko objąć kierowniczą rolę – czy to w wyniku wyborów, czy w wyniku rewolucji – i zapewnić, że te podatki będą szły na słuszne cele społeczne, a nie do prywatnych kieszeni polityków czy na propagowanie wrogich idei. A w przypadku Kościoła szansa na to, że zostaną papieżami jest jednak znikoma (cokolwiek tradycjonaliści będą mówić o np. Franciszku).
To samo złudzenie każe ideowym lewicowcom popierać system, w którym wszystkie lub prawie wszystkie środki produkcji należą do jednej, monopolistycznej na danym obszarze, korporacji – socjalistycznego państwa – przy jednoczesnym wytykaniu jako wady tego, że w kapitalizmie należą one w większości do kilkudziesięciu czy kilkuset korporacji prywatnych tworzących ich zdaniem oligopole. Szansa na to, że zostaną właścicielami lub choćby prezesami zarządów tych ostatnich jest postrzegana przez nich jako znikomo mała, a szansa na to, że zdobędą władzę w państwie jako mimo wszystko realna. No, a skoro wierzą, że zdobędą władzę, to wierzą też, że korporacja, którą będą rządzić, będzie służyła dobru społecznemu, a nie prywatnym zyskom.

Rządowi najemnicy i niepaństwowa obrona

sobota, sierpień 15th, 2020

Federacja Młodych Socjaldemokratów opublikowała na Facebooku wpis, w którym usiłuje przekonać, że zastąpienie państwowych armii prywatnymi organizacjami militarnymi, co postulują libertarianie, to zły pomysł. Jako argument autorzy wpisu podają przykłady prywatnych oddziałów najemnych zatrudnianych przez rządy, którzy albo zdradzali swoich mocodawców dla pieniędzy (najemnicy krzyżaccy podczas wojny trzynastoletniej), albo dokonywały zbrodni na ludności cywilnej i łupiły dobra kultury (najemnicy zatrudniani przez rząd USA podczas wojny w Iraku), albo walczyły w imię interesów korporacji (najemnicy walczący po stronie separatystycznego rządu Katangi).
Jednak krytyka ta nie jest dobrze wycelowana. Po pierwsze państwowe armie od dawien dawna również dokonywały zbrodni na ludności cywilnej i łupiły dobra kultury – i to w znacznie większym stopniu. Robią to zresztą nadal. Podobnie normą są wojny prowadzone przy użyciu takich armii w obronie tych czy innych interesów gospodarczych. Po drugie, przykład najemników na żołdzie krzyżackim, którzy zostali przekupieni przez króla Kazimierza nie jest zbyt trafny, bo najemnicy ci zdecydowali się wydać królowi za pieniądze część obsadzonych przez siebie twierdz (a wcześniej wziąć je w zastaw) po tym, jak Krzyżacy przestali płacić im żołd, czyli złamali warunki umowy.
Ale najistotniejsze jest to, że wynajmowanie przez rządy prywatnych organizacji militarnych działających dla zysku nie jest wcale tym, co postulują libertarianie.
Libertarianie postulują, by obrona (działania agresywne są sprzeczne z libertarianizmem) była zorganizowana i finansowana w sposób dobrowolny. Z jednej strony wyklucza to finansowanie jej przez tradycyjne, utrzymywane z przymusowych podatków państwo (czy to w formie bezpośredniego zatrudniania oficerów i żołnierzy oraz kupowania broni, czy to w formie wynajmowania gotowych oddziałów zbrojnych), z drugiej nie wyklucza wcale tego, by organizacje zajmujące się tą obroną nie kierowały się zyskiem i były np. ochotniczymi stowarzyszeniami.
Przykłady takich, w pewnym sensie „libertariańskich” lub przynajmniej zbliżonych sił zbrojnych można znaleźć w historii i to nawet tej polskiej.
W Polsce czysto prywatne, choć nie najemnicze, siły zbrojne zostały użyte właśnie podczas wojny trzynastoletniej. W nocy z 14 na 15 sierpnia 1457 roku (dziś przypada kolejna rocznica i dlatego libertarianie nie powinni chcieć zmieniać daty święta wojska polskiego ) trzy uzbrojone prywatne statki handlowe (nawet nie oficjalni kaprowie) z Gdańska, płynące z ładunkiem towarów, natknęły się niedaleko Bornholmu na konwój szesnastu statków duńskich i inflanckich (Dania była sojusznikiem Zakonu Krzyżackiego w wojnie i blokowała gdańską żeglugę na Bałtyku). Doszło do starcia, w którym gdańszczanie zatopili jeden okręt konwoju, zabili około trzystu ludzi wroga (tracąc tylko dwunastu) i wzięli do niewoli czterdziestu jeńców, w tym pięciu urzędników krzyżackich.
Ogólnie w dawnej Rzeczypospolitej państwo nie miało monopolu na armię. Przykładem alternatywnych dla państwa dobrowolnych organizacji o charakterze zbrojnym (choć tymczasowych) były konfederacje szlacheckie. Konfederacje były zwykle tworzone pod hasłem obrony swobód (choć bywało to różnie rozumiane), zdarzało się im walczyć z wrogiem zewnętrznym (np. konfederacja dzikowska, konfederacja barska), zdarzało się również przeciwstawiać armii własnego państwa czy króla. W listopadzie 1700 r. pod Olkienikami skonfederowana szlachta litewska pokonała regularne wojsko dowodzone przez hetmana Sapiehę, kończąc tyranię rodu Sapiehów opartą na skupieniu przez nich we własnych rękach najważniejszych urzędów państwowych. W 1715 roku po szeregu bitew i negocjacji konfederatom tarnogrodzkim udało się (choć z pomocą części regularnej armii) doprowadzić do wycofania z Rzeczypospolitej wojsk saskich Augusta II, na utrzymanie których ściągane były bezprawne podatki.
Należy wspomnieć, że własne siły zbrojne, niepodlegające państwu i niefinansowane z podatków, posiadali także magnaci – choć w tym przypadku niekoniecznie były używane jedynie w obronie, a pod względem łupienia ludności cywilnej w przypadku ich nieopłacania czy słabego opłacania nie różniły się od wojsk państwowych (które z kolei z punktu widzenia cywilów niespecjalnie różniły się od żołnierzy nieprzyjaciela).
Inny przykład w pewnym stopniu zahaczający o tereny obecnej Polski to pruski Korpus Lützowa. W 1813 r. około 3500 ochotników z całych Niemiec przystąpiło do utworzonego w ewangelickim kościele w Rogau na Dolnym Śląsku (obecnie Rogów Sobócki) oddziału wojskowego, który wziął udział w walkach z armią Napoleona. Oddział walczył w strukturach pruskiej armii, ale nie był finansowany przez państwo pruskie, któremu brakowało pieniędzy – ochotnicy wyposażali się na własną rękę. Ciekawostką jest to, że od barw tego korpusu pochodzą obecne kolory flagi Niemiec.
Jedną z najdłużej funkcjonujących i najbardziej skutecznych dobrowolnych organizacji militarnych o charakterze obronnym była utworzona w 1920 r. przez żydowskich osadników w Palestynie, w obliczu nasilającego się konfliktu z Arabami, Hagana (Obrona). Ciekawostką dla Młodych Socjaldemokratów może być to, że utworzono ją w kibucu i to podczas konwencji wyborczej lewicowej partii syjonistycznej Achdut ha-Awoda (Jedność Pracy), a niedługo potem podporządkowano ją związkowi zawodowemu Histadrut. Hagana składała się początkowo z ochotników broniących swoich osiedli, a następnie, po uzyskaniu finansowania przez Agencję Żydowską (nadal pochodzącego ze środków prywatnych i dobrowolnego) przyjęła formę zorganizowanych oddziałów przypominających oddziały wojskowe. Skutecznie opierała się Arabom podczas powstania w latach 1936-39, a nawet podejmowała działania zbrojne przeciwko Brytyjczykom. Członkowie Hagany byli szkoleni m. in. w Polsce – przed wojną przez polskich instruktorów wojskowych, a w 1947-1948 r. w Bolkowie na Dolnym Śląsku już przez własnych. Dopiero po wybuchu wojny domowej w Palestynie w grudniu 1947 roku Hagana została przekształcona w organizację opartą na poborze, a w maju 1948 r. w Siły Obronne nowo powstałego państwa Izrael (Cwa Hagana LeIsrael).

Sto razy Sierpem, czyli ebook

niedziela, grudzień 16th, 2018

Co mają ze sobą wspólnego Andrzej Rzepliński, Marek Jurek, Joanna Senyszyn, Janusz Korwin-Mikke, Grzegorz Kołodko, Andrzej Sadowski, Krzysztof Łoziński, Paweł Kukiz, Adrian Zandberg, Janusz Palikot, Marek Magierowski, Jeremi Mordasewicz, Robert Tekieli, Jacek Żakowski, Tomasz Sommer, Dominika Wielowieyska, Lech Jęczmyk, Wojciech Orliński, Piotr Szumlewicz, Kinga Dunin, Maria Szyszkowska, Mirosław Orzechowski i Andrzej Wajda? To, że z każdym z nich w swoim czasie polemizowałem, lub krytykowałem jego wypowiedzi. Czasami było to jeszcze zanim dane nazwisko zrobiło się głośne.
A teraz te wszystkie polemiki i krytykę można przeczytać w jednym miejscu.
Postanowiłem wybrać sto swoich tekstów z lat 1996-2018 i opublikować je w formie ebooka.
Dostać tego ebooka (w formacie EPUB i MOBI – na każdym czytniku lub w odpowiedniej aplikacji powinno dać się poprawnie otworzyć przynajmniej jedną z tych wersji) może aktualnie każdy, kto zechce zostać moim Patronem na Patronite.pl. Zachęcam do wspierania w ten sposób mojej działalności i twórczości publicystycznej.
W kolejnym etapie ebook będzie dostępny do kupienia w księgarniach internetowych.

Francuzi protestują, Polacy świętują

niedziela, Listopad 25th, 2018

Francuzi wychodzą ostatnio w setkach tysięcy ludzi na ulice, by zaprotestować przeciwko podwyżce akcyzy na paliwo.
Polacy wyszli ostatnio w setkach tysięcy ludzi na ulice, by poświętować stulecie odzyskania niepodległości państwa w towarzystwie przedstawicieli rządu, który systematycznie wprowadza nowe podatki i opłaty. Przeciwko akcyzie na paliwo nie protestują, choć przeciętny Polak może za swoją pensję kupić mniej więcej połowę tej ilości paliwa, co przeciętny Francuz.
Dla wychodzącego dziś na ulicę Francuza ważna jest zawartość jego własnej kieszeni i to, w jakim stopniu państwo go zdoła ograbić.
Dla wychodzącego dziś na ulicę Polaka ważne jest to, że może pomachać biało-czerwoną flagą w towarzystwie mu podobnych i poczuć wspólnotę z nimi oraz z państwem.
Nie, jako Polak nie jestem dumny z tego, że setki tysięcy Polaków pomaszerowały w Marszu Niepodległości. Byłbym dumny z tego, gdyby setki tysięcy Polaków wyszły na ulice – OK, niekoniecznie blokując ruch, bo to jednak utrudnia życie innym ludziom – z żądaniami obniżenia akcyzy na paliwo. Albo VAT. Albo podniesienia kwoty wolnej od podatku dochodowego. Albo zniesienia abonamentu radiowo-telewizyjnego. Albo opłaty emisyjnej doliczanej do kosztu paliwa.
Albo nawet w sprawach niepodatkowych, takich jak sprzeciw wobec planów cenzurowania Internetu zawartych w projektach dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym (popularnie zwanej #ACTA2).
Bo to świadczyłoby o tym, że dla wielu Polaków liczy się ich wolność i własność, a nie tylko to, że mieszkają w państwie o nazwie „Polska” oraz czują wspólnotę z tym państwem, husarzami, powstańcami warszawskimi i Żołnierzami Wyklętymi oraz sobą nawzajem.
Ale jak się mi wydaje, to ostatnie większości Polaków od dłuższego czasu wystarcza. Dlatego bez specjalnego protestu przyjmują kolejne ograniczenia wolności i dają się ograbiać. Bo to przecież „dla Polski”, czyli „dla nas”.
Tak działa mentalność nacjonalistyczna.
Mentalność nacjonalistyczna jest zaprzeczeniem mentalności wolnościowej. No chyba, że klasę rządzącą wyrzuci się poza obręb narodu i nazwie np. Żydami albo zdrajcami. Ale to ryzykowne podejście, bo każdego można łatwo nazwać zdrajcą albo Żydem, prawdziwym Polakiem może łatwo okazać się jedynie zwolennik jedynie słusznego wodza, a po usunięciu „Żydów” i „zdrajców” grabienie i zniewalanie społeczeństwa i tak będzie nadal trwało.
Dlatego mieszanie idei wolnościowych z nacjonalizmem, co od pewnego czasu stało się w Polsce modne, uważam za nieporozumienie.

Państwo nie gnije

czwartek, Listopad 15th, 2018

W komentarzach do afery z KNF czytam, że „państwo gnije”. Otóż nie. Takie afery pokazują, że państwo ma się właśnie bardzo dobrze i realizuje swoją prawdziwą zasadniczą funkcję, jaką jest poszerzanie wpływów i zwiększanie zysków klasy rządzącej.
Bo w państwie w rzeczywistości chodzi właśnie o to, by zdobyć stołki dające kontrolę nad działaniami innych ludzi, a następnie je odpowiednio wykorzystywać dla własnych korzyści. Czy to legalnie, ściągając z ludzi podatki i przeznaczając je na swoje biznesy i wynagrodzenia, albo obsadzając stanowiska w zarządach i radach nadzorczych państwowych firm – czy to nielegalnie, biorąc łapówki za nieprzeszkadzanie lub przyznanie przywileju.
Owszem, jeśli ktoś myśli, że państwo powinno działać dla dobra narodu lub obywateli, to afery są jaskrawym przejawem nieprawidłowego działania. Sęk w tym, że to, co ten ktoś wyobraża sobie jako działanie prawidłowe, należy do sfery tzw. pobożnych życzeń.
Państwo tworzą ludzie, a ludzie w ogromnej większości będą działać we własnym egoistycznie rozumianym interesie. I ten interes popycha większość ludzi do sięgania po władzę oraz wykorzystywania jej w ten, a nie inny sposób.
Afery były za każdego rządu. Afera Rywina, afera Amber Gold, teraz afera KNF. To tylko niektóre. A o ilu aferach nie wiemy? Znamy prawdopodobnie tylko wierzchołek góry lodowej.
Chcecie mniej afer? To postarajcie się jeśli nie zlikwidować, to przynajmniej mocno ograniczyć państwo.

@ > §

niedziela, październik 7th, 2018

W „Gazecie Wyborczej” narzekania na „Lex Facebook” – na to, że portal Marka Zuckerberga ustanowił sobie i egzekwuje wobec użytkowników własne reguły, bez udziału państw, w których działa. Podobnie jak inne wielkie platformy społecznościowe.
A ja zauważę, że tak jest od zarania Internetu – każde forum, czat, lista i grupa dyskusyjna, strona internetowa i blog zawsze stanowiły sobie i egzekwowały własne reguły. Czasami nawet w postaci „admin ma zawsze rację”. I uważano to za normalne. Nikt nie mówił z zaniepokojeniem o, dajmy na to „lex Wizaz.pl”, „lex Forum Libertarian”, „lex pl.soc.polityka” czy „lex Czateria”. Na czym polega różnica?
Tylko na tym, że ludziom bardziej zależy na ich wpisach i profilu na Facebooku niż na wyżej wymienionych forach, grupach i czatach. Bo mają większy zasięg, są istotniejsze dla ich komunikacji z innymi.
I dlatego nie podoba im się, że ich wpisy są czasem przez Facebooka usuwane, a ich konta dostają czasem bany.
Jednak problem nie leży w tym, że decyduje tu prywatny serwis, a nie państwo.
Przecież nie ma znaczenia, czy wpis jest usuwany, a profil dostaje bana mocą decyzji Facebooka, czy państwowego urzędnika. I czy decyduje tu regulamin Facebooka, czy przepisy ustanawiane przez państwo. Efekt jest ten sam. Ba, gdyby decydowało tu państwo, to konsekwencje mogłyby być dla użytkowników bardziej przykre. Bo Facebook może jedynie usunąć wpis albo dać bana. A państwo może jeszcze nałożyć grzywnę albo skazać na ograniczenie wolności, pozbawienie wolności, a nawet (nie w Polsce) na śmierć. Co zresztą czasami robi. Ale robi tylko w tych przypadkach, gdy informacja o naruszeniu jego reguł do niego dotrze i zdoła zidentyfikować autora naruszającego je wpisu.
Wyobraźmy sobie, że Facebook byłby serwisem państwowym i jego bazy danych byłyby bezpośrednio monitorowane przez polską policję. W każdym przypadku, gdy dziś Facebook daje bana za „mowę nienawiści” czy „obrazę uczuć religijnych”, byłby gotowy materiał dowodowy do wszczęcia z urzędu postępowania karnego. I duża część tych postępowań kończyłaby się skazaniem. Plus jeszcze znieważanie prezydenta, konstytucyjnych organów państwa, funkcjonariuszy publicznych, flagi i godła…
Może jednak z punktu widzenia wolności słowa lepiej, że w praktyce w większości przypadków decyduje „lex Facebook”, a nie „lex RP”?
Problem leży gdzie indziej. Leży w tym, że – jak zresztą zauważyła jedna z osób cytowanych w artykule „GW” – w przypadku Facebooka „wyrok” wydaje maszyna, a nie człowiek. Bo sprawdzanie takiej liczby treści przekracza możliwości ludzi. A maszyna jest omylna, ma problemy z rozpoznawaniem kontekstu. No i Facebook w słabym stopniu ma wdrożone procedury minimalizujące niesprawiedliwe „wyroki”.
Ale jeśli ktoś myśli, że narzucenie tu reguł państwa coś pomoże, to się myli. Bo państwa – i struktury ponadpaństwowe – idą właśnie w kierunku akceptacji metod stosowanych obecnie przez Facebooka, czyli wydawania „wyroków” przez maszyny. Projekt dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym faktycznie wymusza to na wszystkich dużych platformach, czyniąc je odpowiedzialnymi za treści naruszające prawa autorskie zamieszczane przez ich użytkowników – zawsze, a nie jak dotąd tylko w przypadku, gdy nie usuną ich po ich wskazaniu. Nakazuje to również projekt unijnych regulacji w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu w internecie treści o charakterze terrorystycznym.
To ja jednak mimo wszystko nadal wolę „lex Facebook”. Tradycyjne reguły prywatne w Internecie (@) od reguł państwowych (§). Bo w ostateczności z Facebooka można przenieść się gdzie indziej, na któryś z istniejących konkurencyjnych serwisów lub nowy – tak jak kiedyś ludzie przenosili się na Facebooka z MySpace czy Naszej Klasy. Ale od reguł narzuconych przez państwo, albo tym bardziej przez Unię Europejską czy porozumienia międzynarodowe, nie ma ucieczki, chyba że do darknetu.
@ > §!