Archiwum kategorii ‘Polityka’

Ustawa o cenzurze treści w internetowych serwisach społecznościowych

niedziela, Styczeń 31st, 2021

Projekt ustawy o „ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych”, lansowany ostatnio przez polityków związanych z Ministerstwem Sprawiedliwości i Solidarną Polską, ujrzał światło dzienne. Nieoficjalnie, z komentarzem prawników z organizacji pozarządowych, bo na stronach Rządowego Centrum Legislacji nadal go nie ma. I co się okazuje?
Po pierwsze, projekt zawiera przepis umożliwiający prokuratorowi nakazanie usługodawcy (czyli dostawcy usług internetowych serwisów społecznościowych, z których korzysta co najmniej milion zarejestrowanych użytkowników – na przykład Facebooka, Twittera czy Youtube) uniemożliwienia dostępu do „treści o charakterze przestępnym” (treści, które pochwalają lub nawołują do popełnienia czynów zabronionych, określonych w artykułach: 117–119, 127–130, 133, 134–135, 137, 140, 148–150, 189–189a, 190a, 194–204, 222–224a, 249–251, 255–258, 343 kodeksu karnego, lub realizują znamiona czynu zabronionego) m. in. w przypadku, gdy „dalszy dostęp do tej publikacji stwarza niebezpieczeństwo wyrządzenia znacznej szkody lub spowodowania trudnych do odwrócenia skutków” (a także, gdy zawierają publikację z treściami pornograficznymi z udziałem małoletniego lub treściami, które pochwalają lub nawołują do popełnienia czynów o charakterze terrorystycznym).
Czyli można wyobrazić sobie sytuację, w której w obecnej sytuacji ludzie zwołują się na Facebooku do protestów (np. #StrajkKobiet) lub obywatelskiego nieposłuszeństwa (np. #otwieraMY), twierdząc, że wcale nie naruszają tym prawa, bo to przepisy zakazujące gromadzenia się czy świadczenia usług w stanie epidemii są bezprawne, i mając nawet na podparcie tych twierdzeń orzeczenia sądów. Ale prokurator uznaje, że jest to publiczne nawoływanie do popełnienia przestępstwa (czyn z art. 255 kk) i wydaje nakaz uniemożliwienia dostępu do tych treści – utrudniającym tym samym organizację protestów.
Można sobie wyobrazić też sytuację, w której ktoś donosi do prokuratury, że np. jakieś treści na Facebooku obrażają jego uczucia religijne, a prokurator subiektywnie uznaje, że może to „wyrządzić znaczną szkodę” i wydaje nakaz uniemożliwienia dostępu do tych treści.
Inaczej mówiąc, projekt wprowadza dodatkowe mechanizmy cenzurowania treści w serwisach społecznościowych przez prokuratora. Istnieje wprawdzie możliwość złożenia zażalenia do sądu, ale nie każdy wie, jak to zrobić, nie każdy zdąży to zrobić w terminie, a i nie zawsze sędzia takie zażalenie rzetelnie rozpatrzy, to wszak nie pełne postępowanie na rozprawie.
Po drugie, projekt wcale nie zakazuje banowania treści niełamiących polskiego prawa, jak to szumnie zapowiadano nawet na oficjalnych stronach rządowych i na twitterowym koncie Zbigniewa Ziobry. Stwarza jedynie specjalną drogę odwołania się od bana (skarga do „Rady Wolności Słowa”, organu powoływanego przez Sejm) i uchylenia go w przypadku, gdy „treść lub profil użytkownika, do których ograniczono dostęp, nie stanowią treści o charakterze bezprawnym”. Ale „treści o charakterze bezprawnym” zgodnie z definicją zawartą w projekcie to także „dezinformacja” lub treści, które „naruszają dobre obyczaje”. Tak więc serwisy społecznościowe nadal będą mogły banować treści naruszające wg nich dobre obyczaje lub stanowiące „fake newsy” – o ile urzędnicy będą mieli na ich temat podobną opinię. W praktyce może oznaczać to, że bany za określenie katolika słowem zaczynającym się na „k” i kończącym na „l” będą przez Radę powołaną przez obecny Sejm akceptowane, za to bany za określenie homoseksualisty słowem zaczynającym się na „p” i kończącym na „ł” – uchylane. A jak się w Polsce zmieni władza, to odwrotnie.
Po trzecie, projekt wprowadza ogólny obowiązek przechowywania danych osobowych i eksploatacyjnych wszystkich usługobiorców przez usługodawców świadczących usługi drogą elektroniczną na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej – w tym zagranicznych. Jest to obowiązek podobny do ogólnego obowiązku przechowywania danych telekomunikacyjnych, który w 2016 r. został uznany za niezgodny z prawem UE przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
Po czwarte, projekt prowadzi do nieprzewidzianych konsekwencji. Regulacje w nim zawarte obejmą np. kanadyjski serwis Fetlife dla osób o nietypowych upodobaniach seksualnych i fetyszach (ma kilka milionów zarejestrowanych użytkowników i spełnia definicję „internetowego serwisu społecznościowego”). Serwis ten ma w regulaminie zakaz publikowania treści niezwiązanych z jego tematyką. Pomijając już to, że będzie musiał spełnić obowiązki takie jak ustanowienie przedstawiciela w Polsce oraz ustanowienie w języku polskim „skutecznego i zrozumiałego wewnętrznego postępowania kontrolnego w sprawach, których przedmiotem są reklamacje użytkowników”, to jeśli ktoś wpadnie na szerzenie na nim np. propagandy potępiającej perwersje seksualne i zostanie za to zbanowany, będzie mógł się poskarżyć do Rady Wolności Słowa, a ta powinna takiego bana uchylić – wszak nie są to treści bezprawne w rozumieniu projektu.
Oczywiście, pozostaje pytanie, na ile usługodawcy z siedzibami poza Polską zdecydują się podporządkować tym przepisom. Projekt przewiduje za ich nieprzestrzeganie administracyjne kary pieniężne do nawet 50 milionów złotych. Egzekwowanie ich poza granicami Rzeczypospolitej Polskiej w braku odpowiednich umów międzynarodowych może być jednak problematyczne.
W każdym razie, do projektu bardziej pasuje nazwa „ustawa o cenzurze treści w internetowych serwisach społecznościowych”.

Kolejne zagrożenie cenzurą Internetu – c.d.

piątek, Styczeń 29th, 2021

We wrześniu ubiegłego roku ostrzegałem przed projektem ustawy o zmianie ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa oraz ustawy – Prawo zamówień publicznych, dającym możliwość cenzury Internetu przez państwowych urzędników – wydawania „poleceń zabezpieczających” z np. nakazem wprowadzenia „reguły ruchu sieciowego zakazującego połączeń z określonymi adresami IP lub nazwami URL”. W ówczesnej wersji projektu polecenia takie miał móc wydawać w przypadku wystąpienia „incydentu krytycznego” (klasyfikowanego przez jeden z trzech Zespołów Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego: przy MON, przy ABW lub przy NASK, patrz art. 2 pkt 6) obowiązującej ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa) Pełnomocnik Rządu ds. Cyberbezpieczeństwa – przedsiębiorcom o szczególnym znaczeniu gospodarczo-obronnym (m. in. przedsiębiorcom telekomunikacyjnym takim jak Orange Polska, T-Mobile Polska, Netia, Polkomtel, Telefonia Dialog, EmiTel, Exatel, Multimedia Polska, TTcomm, TK Telekom) lub podmiotom, o których mowa w art. 4 pkt 1-16 ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (m. in. dostawcom usług cyfrowych).
W obecnej wersji to nieco zmodyfikowano, i takie polecenie zgodnie z projektowanym art. 67b ma móc wydawać „minister właściwy do spraw informatyzacji”, którym jest obecnie sam premier. Za to ma móc je wydawać również dowolnym innym przedsiębiorcom telekomunikacyjnym. Z natychmiastową wykonalnością. Czyli można sobie wyobrazić sytuację, że zespół przy ABW, MON lub państwowym NASK sklasyfikuje „incydent krytyczny” i Mateusz Morawiecki (albo jego następca) wyda wszystkim dostawcom Internetu w Polsce polecenie zablokowania np. strony opozycyjnej organizacji nawołującej do masowych protestów przeciwko rządowi (wszak łatwo to podciągnąć pod incydent skutkujący „znaczną szkodą dla porządku publicznego”, czyli właśnie „incydent krytyczny”). Albo Twittera, Facebooka czy komunikatorów, za pośrednictwem których zwołują się przeciwnicy rządu.
13 stycznia premier Morawiecki na Twitterze napisał, że „nie ma i nie może być zgody na cenzurę”. Czy w świetle przygotowywanych regulacji można mu wierzyć?

Nie udawajcie, że jesteście przeciwko cenzurze

czwartek, Styczeń 28th, 2021

Eurodeputowany Patryk Jaki, promujący 14 stycznia na Twitterze projekt swoich partyjnych kolegów z rządu słowami: „Jutro MS przedstawi jedną z najważniejszych ustaw w ostatnim czasie. Projekt zapobiegający cenzurze w Internecie. #UstawaWolnościowa sprawi, że znów Polska podniesie sztandar WOLNOŚCI w czasach szalejącej na świecie cenzury”, zaledwie trzy dni wcześniej głosował w komisji LIBE Parlamentu Europejskiego (patrz str. 42) za projektem rozporządzenia #TERREG mającej na celu zapobieżenie „rozpowszechnianiu treści terrorystycznych online”. Zgodnie z tym projektem „właściwy organ” (niekoniecznie sąd) z dowolnego państwa Unii Europejskiej będzie mógł nakazać serwisom internetowym (dostawcom treści lub dostawcom hostingu) działającym na terenie Unii zablokowanie dostępu do treści, które uzna za „terrorystyczne”. Duże serwisy mają mieć na to godzinę.
Czyli „odpowiedni organ” z Polski będzie mógł wysłać Facebookowi (mającemu europejską siedzibę w Irlandii) nakaz zbanowania określonej treści, uznanej za „terrorystyczną”. Owszem, projekt rozporządzenia (przez odwołanie do innych przepisów) definiuje, co taką treścią jest (tak na marginesie, ma być nią między innymi „podżeganie” do działań mogących zaburzyć funkcjonowanie systemów informatycznych, np. ataków na strony rządowe, które w 2012 roku zapoczątkowały w Polsce bunt przeciwko porozumieniu ACTA), ale co zabroni „właściwemu organowi” wydać nakaz zbanowania czegoś innego*? Odmiennie niż propagowania przez Jakiego „ustawa wolnościowa”, będzie miało to za sobą prawo całej Unii Europejskiej wdrożone przez wszystkie państwa członkowskie. Nakaz będzie musiał być wykonany w ciągu godziny, a potem dopiero Facebook (nie autor treści) będzie mógł się odwoływać od niego do sądu, w tym przypadku polskiego. Co więcej, serwisy będą musiały same dbać o to, by treści „terrorystyczne” się w nich nie pojawiały, co może oznaczać faktyczne zmuszenie ich do korzystania z automatycznych filtrów je wykrywających. A w konsekwencji do jeszcze większej ilości niesłusznych banów niż teraz.
Oczywiście Patryk Jaki nie jest wyjątkiem. Za dyrektywą głosowali także inni polscy eurodeputowani: Joachim Brudziński i Jadwiga Wiśniewska z PiS, Magdalena Adamowicz i Andrzej Halicki rekomendowani przez Platformę Obywatelską oraz Łukasz Kohut z Wiosny. Żaden z Polaków nie głosował przeciwko.
Jak widać, wszystkie główne polskie siły polityczne są za cenzurą Internetu – na czele z tymi, którzy najgłośniej krzyczą o walce z tą cenzurą.

Czytaj całość...

Kto dał narzędzie do ścigania bluźnierców?

sobota, Styczeń 23rd, 2021

Poseł Koalicji Obywatelskiej Krzysztof Mieszkowski ponownie wystąpił z postulatem usunięcia z Kodeksu Karnego art. 196, przewidującego karę za obrażanie uczuć religijnych, czyli praktycznie za coś, co kiedyś nazywano (a i dziś w wielu krajach się nazywa) bluźnierstwem. W oparciu o ten artykuł od 2008 do 2018 roku policja stwierdziła 562 przestępstwa i wszczęła postępowania w 499 sprawach. Ale w tych samych latach prawomocnie skazano z niego tylko 81 osób (dane z Informatora Statystycznego Wymiaru Sprawiedliwości). Oznacza to, że ogromna większość ludzi, przeciwko którym wszczyna się lub kieruje do sądu postępowanie z tego artykułu, jest niewinna tego przestępstwa, a mimo to nękana przez policję i prokuraturę.
Czyli jest to przede wszystkim narzędzie, dzięki któremu religijni „wrażliwcy” mogą ponękać innych ludzi za wypowiedzi lub zachowania, które im się nie podobają, choćby nawet obiektywnie te wypowiedzi lub zachowania nie stanowiły obrazy uczuć religijnych w rozumieniu tego artykułu.
A jeśli stanowią, to czasami zdarza się, że sprawca zostaje skazany na karę pozbawienia wolności bez zawieszenia. Na tych 81 osób skazano tak 5. W tym cztery w latach 2016-2018 – prawie 14% skazanych wtedy „bluźnierców”.
Co świadczy o tym, że za rządów PiS traktuje się takie osoby ostrzej.
Ale przypomnę, komu ten przepis zawdzięczamy. Projekt kodeksu karnego z tym artykułem wniósł do Sejmu w 1995 r. rząd premiera Oleksego, uchwalono go w 1997 r. za premiera Cimoszewicza, a podpisał go prezydent Aleksander Kwaśniewski.
To Sejm z większością postkomunistycznej koalicji SLD-PSL (plus z 74 posłami z Unii Demokratycznej i 41 z Unii Pracy, najbardziej lewicowy Sejm III Rzeczypospolitej, szeroko rozumiana prawica miała tam tylko 38 posłów – 22 z KPN i 16 z BBWR) wprowadził taki przepis. We wcześniej obowiązującym kodeksie karnym go nie było. [Edit: jednak był, jak zwrócił uwagę Bartłomiej Kozłowski; ale nie wprowadziły go rządy prawicowe, tylko został odziedziczony razem z tym kodeksem po komunistach, którzy podobny przepis wprowadzili już dekretem Rady Państwa o ochronie wolności sumienia i wyznania w 1949 r.].
A kolejne Sejmy, w tym te, w których większość miała SLD z Unią Pracy i Platforma Obywatelska przy prezydencie Kwaśniewskim (2001-2005) oraz SLD, PO i Ruch Palikota przy prezydencie Komorowskim (2011-2015), nie usunęły tego przepisu.
Więc można powiedzieć, że w kwestii karania „bluźnierców” tak zwana lewica i tak zwani „liberałowie” w Polsce do tej pory w większości niczym nie różnili się od konserwatywnych katolików. I to oni dali prokuraturze dowodzonej przez Zbigniewa Ziobrę możliwość ścigania za na przykład plakaty Czarnej Madonny z tęczową aureolą.

Obszarnicy więksi od Billa Gatesa

niedziela, Styczeń 17th, 2021

Największym właścicielem ziemi rolnej w USA stał się Bill Gates, gromadząc w swych rękach ponad 96 tysięcy hektarów.
Niektórych, w tym Agrounię, ta informacja zbulwersowała, bo widzą w tym zagrożenie dla polskich rolników i dla produkcji żywności .
Przypomnę więc, że największym właścicielem ziemi rolnej w Polsce (gdzie łączna powierzchnia gruntów rolnych jest prawie dwadzieścia razy mniejsza niż w USA) jest państwo. W Zasobie Własności Rolnej Skarbu Państwa jest obecnie ponad 1,3 miliona hektarów gruntów – kilkanaście razy więcej, niż ma w USA Bill Gates i więcej, niż ma największy prywatny posiadacz ziemski (licząc wszystkie rodzaje ziemi) w USA, John Malone.
Owszem, większa część tej ziemi jest dzierżawiona rolnikom, ale nie zmienia to faktu, że właścicielem jest państwo, które pobiera czynsz dzierżawny (stanowiący średnio ponad 20% przychodów). I które może jednostronnie zdecydować o zmianie umowy na niekorzyść rolnika (wyłączeniu części gruntów z dzierżawy) pod groźbą jej nieprzedłużania w trybie bezprzetargowym. Ponadto ponad 175 tysięcy hektarów jest nadal nierozdysponowanych.
Przypomnę też, że podczas gdy rolnicy muszą płacić za tę ziemię czynsz i nie mają pewności jest posiadania w długim okresie, Kościół katolicki w Polsce dostał, od 1992 r., z Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa na własność ponad 76 tysięcy hektarów gruntów – za darmo. Nie chodzi tu o nieruchomości przyznawane do 2011 r. jako rekompensata za wywłaszczony przez komunistów majątek decyzją Komisji Majątkowej (ich powierzchnia była podobna), tylko o dodatkową ziemię, przekazywaną kościelnym osobom prawnym na ziemiach poniemieckich.
Tak więc całkiem możliwe, że drugim w kolejności, po państwie, właścicielem ziemi rolnej w Polsce jest Kościół katolicki i że też ma on więcej tej ziemi niż Bill Gates w USA.
Czekam, aż to zbulwersuje obrońców polskiego rolnictwa.

Okrutne korporacje i biedni politycy

wtorek, Styczeń 12th, 2021

Lewicowego działacza Jana Śpiewaka oraz sympatyzujący z prawicą fanpage „Nagroda Złotego Goebbelsa” zbulwersowała informacja, że Amazon oraz niektóre inne prywatne firmy nie będą już dawały pieniędzy kongresmenom, którzy głosowali przeciwko zatwierdzeniu wyboru Joe Bidena na nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych. (Tak naprawdę część z nich, m. in. Microsoft, Facebook i Alphabet/Google, poszła dalej i wstrzymała fundusze politykom z obu partii). Redaktor prawicowego fanpage napisał, że „Amazon i inne firmy ogłosiły, że będą karać parlamentarzystów za głosowanie nie po myśli korporacji”. A Śpiewak skomentował: „Jeśli to nie przekonuje Was, że cyfrowemu korpo trzeba założyć kaganiec, to nie wiem, co przekona”.
Otóż, nie przekonuje i nie jest to kara. Nie ma przymusu brać pieniędzy od Amazona i innych korporacji, zwłaszcza jeśli jest się członkiem amerykańskiego parlamentu, sowicie wynagradzanym i do biednych raczej nie należącym. Z drugiej strony, otrzymywanie tych pieniędzy nie jest prawem. Politycy biorą te pieniądze dobrowolne i jest normalne, że sponsorzy oczekują w zamian za to zgodnych z ich oczekiwaniami działań lub wyników. Oburzać się za to, że ci ostatni zdecydowali się wstrzymać finansowanie tym parlamentarzystom, którzy nie spełniają ich oczekiwań jest czymś podobnym do oburzania się, że ktoś przestaje korzystać z usług niesolidnego hydraulika czy serwującej niesmaczne jedzenie knajpy. To jest cofnięcie wynagrodzenia, a nie kara. I nie jest tak, że bez tych pieniędzy biedni kongresmeni umrą z głodu, ani nawet tak, że to jedyni możliwi sponsorzy. Przeciwnicy Bidena, wśród których z pewnością jest również wielu milionerów – na przykład niejaki Donald Trump – zawsze mogą sięgnąć do kieszeni i płacić wyłącznie tym, którzy wyboru Bidena nie uznali.
Ktoś może powiedzieć, że problemem jest w ogóle to, że korporacje i inne bogate lobbies jawnie sponsorują polityków. Ale nie należy się łudzić, że w krajach, w których to jest zabronione, czegoś takiego nie ma. Też jest, tyle, że pod stołem.
Tak naprawdę problemem jest samo istnienie ludzi dysponujących polityczną władzą, których grupom interesu, w tym korporacjom, opłaca się finansować. Bo to oznacza możliwość forsowania rozmaitych interesów siłą – za stosunkowo małą cenę. Gdyby nie było Kongresu i prezydenta USA, ci, którzy chcieliby narzucić coś siłą, uzyskać przywileje lub monopol, musieliby zapłacić o wiele więcej – a tak tylko wystarczy im zasponsorować odpowiednią, dość małą, grupę osób w celu odpowiedniego ukierunkowania przemocy finansowanej głównie przymusowo przez podatników. A ci, którzy chcą, by zostawiono ich w spokoju, nie musieliby za ten spokój płacić.
Nie powinno być takich, którzy mogą nałożyć polityczny kaganiec.

Nadchodzi państwo policyjne?

sobota, Styczeń 9th, 2021

Jeśli dostaniecie od policjanta mandat, który uważacie za niesłuszny lub bezprawny, to możecie odmówić przyjęcia go. Wtedy policja kieruje sprawę do sądu, w którym możecie dowodzić swojej racji. Prawda?
Prawda, ale za chwilę może być już inaczej. Bo grupa posłów Zjednoczonej Prawicy wniosła właśnie do Sejmu projekt zmiany kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia, który to zmienia. Według tego projektu już nie będzie można odmówić przyjęcia mandatu. Będzie można jedynie odwołać się od niego do sądu – ale trzeba będzie zrobić to samemu w terminie siedmiu dni i uzasadnić odpowiednio odwołanie, wskazując dowody.
Poza tym odwołanie nie ma wstrzymywać automatycznie wykonalności mandatu. Sąd będzie mógł to zrobić, ale nie będzie musiał tego zrobić. W dodatku na zapłacenie nałożonej tym mandatem grzywny będzie 7 dni – tyle, ile na złożenie odwołania. A sąd przecież nie rozpatruje sprawy natychmiast.
W uzasadnieniu projektu posłowie piszą, że „odmowa przyjęcia mandatu przez sprawcę niejednokrotnie ma charakter impulsywny i nieprzemyślany”, a „w konsekwencji proponowanych regulacji, w szczególności przerzucenia ciężaru procesowego zaskarżenia mandatu na ukaranego, należałoby się spodziewać zmniejszenia wpływu spraw o wykroczenia do sądu. Ponadto proponowane postępowanie odciążyłoby funkcjonariuszy od składania dużej liczby wniosków o ukaranie”.
Czyli wiadomo o co chodzi – o to, by policja miała mniej pracy i o to, by wskutek utrudnienia obwinionym dochodzenia swoich racji przed sądem uprawomocniało się więcej niesłusznych i bezprawnych mandatów. By można było łatwiej egzekwować zakazy i nakazy nakładane rozporządzeniami wydanymi bez podstawy ustawowej albo niezgodnymi z Konstytucją.
Kolejny krok w stronę państwa policyjnego.

Serwisy społecznościowe pod naciskiem polityków

piątek, Styczeń 8th, 2021

Mam wrażenie, że niektórym bardzo nie spodobał się fakt, że prywatni właściciele serwisów społecznościowych ośmielili się dać tymczasowego bana na korzystanie z ich usług (koszty udostępniania których sami ponoszą, nie pobierając za to nawet opłaty od użytkowników) samemu prezydentowi USA. Za to, że swoimi wypowiedziami zainspirował swoich zwolenników do politycznej zadymy, która skończyła się śmiercią pięciorga osób.
Jednym głosem brzmi tu radykalna lewica i radykalna prawica. Redaktor naczelny lewicowego pisma „Nowy Obywatel”, Remigiusz Okraska, przepowiada, że „w końcu jakieś państwo się wkurzy i zrobi porządeczek z takimi portalami na swoim terytorium, wychodząc ze słusznego założenia, że jednostkowa decyzja prywatnego kapitału nie powinna stać ponad demokratycznymi werdyktami”. A polityk partii Konfederacja, Sławomir Mentzen, w podobny sposób prognozuje, że „z politycznego punktu widzenia, FB i TT są zbyt ważne, by pozostawić je poza kontrolą” i „w długim terminie doprowadzi to do uregulowania lub znacjonalizowania najważniejszych mediów społecznościowych”, tak samo, jak „państwa przejęły ponad 100 lat temu linie kolejowe. Były one zbyt ważne z militarnego punktu widzenia”. Bo „prezydent mocarstwa nie może sobie pozwolić na to, żeby anonimowy pracownik FB kasował mu konto, które wykorzystuje do kontaktu z wyborcami”.
No cóż, nie od dziś wiadomo, że rządom i politykom nie podoba się przepływ informacji pozostający poza ich kontrolą. Już obecnie niektóre państwa (choć raczej mało liczące się z „demokratycznymi werdyktami”: Chiny, Iran, Turkmenistan, czasowo Wietnam, Sudan, Turcja, Egipt) „zrobiły porządeczek” z Facebookiem lub Twitterem, nakazując ich blokadę. A w wielu innych obowiązują lub są przygotowywane pewne regulacje dotyczące działalności serwisów społecznościowych (przykładem może być choćby unijna dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, nazywana w Polsce „ACTA2”, czy projekt dyrektywy dotyczącej usuwania przez serwisy internetowe „treści terrorystycznych”, znany pod skrótem TERREG). Jednak powstrzymywanie się od dawania banów Trumpowi, traktowanie polityków na specjalnych zasadach czy nawet całkowita rezygnacja z banów i usuwania wpisów użytkowników w niczym tu nie pomoże. Bo ograniczenia i regulacje pojawiają się od dawna i wcale nie w odpowiedzi na banowanie tych czy innych osób – prędzej w odpowiedzi na jego brak. Tu Sławomir Mentzen ma rację – po prostu serwisy społecznościowe robią się zbyt ważne. Jeżeli politycy poczują się wystarczająco silni, to przejmą kontrolę nad tymi serwisami. Choć pozostaje mieć nadzieję, że akurat w USA jednak tak nie będzie – jakoś gazet, radia czy telewizji, przez lata stanowiących dla polityków główny kanał kontaktu z wyborcami, tam nie znacjonalizowano ani nie poddano regulacjom dyktującym ich właścicielom, kogo mają dopuszczać do wypowiedzi. A inne państwa będą jednak za słabe, by poddać pełnej kontroli amerykańskie korporacje.
A jeżeli nawet niedawanie bana prezydentowi USA czy traktowanie polityków na specjalnych zasadach miałoby ochronić przed zaostrzaniem tych regulacji, to w gruncie rzeczy byłoby to poddanie się regulacjom od razu. Gdybym był właścicielem serwisu społecznościowego i powiedziano by mi: „masz go prowadzić tak, jak my chcemy, bo inaczej ci go zabierzemy”, to niewykluczone, że jednak powiedziałbym państwowym szantażystom, by spadali i poczekałbym na zabranie tego serwisu siłą. Albo bym go zamknął – wzorem bohaterów „Atlas Shrugged” – i przeszedł na emeryturę.
Dodam jeszcze, że myślenie, iż państwowe regulacje czy „demokratyczne werdykty” spowodują, iż wolność wypowiedzi w serwisach społecznościowych będzie większa niż obecnie jest moim zdaniem naiwne. Będą ograniczane treści niepodobające się rządzącym – przykładów państwowej cenzury jest aż za nadto – lub większości. Tyle, że dziś w ostateczności można znaleźć sobie niszę poza Facebookiem czy Twitterem. Gdy regulacje obejmą wszystko – takiej niszy już się nie znajdzie.

Na rynku unijnym zyskujemy, a nie tracimy

sobota, Listopad 28th, 2020

Na fali sporu polskiego rządu z Unią Europejską znowu przypominany jest artykuł prof. Thomasa Piketty’ego sprzed dwóch lat, w którym napisał on, iż w latach 2010-2016 średni roczny przypływ netto funduszy unijnych do Polski wyniósł ok. 2,7% PKB, zaś wypływ zysków i dochodów majątkowych z Polski wyniósł ok. 4,7% PKB. Ma to dowodzić, że na członkostwie w Unii Europejskiej i wynikającym z niego uczestnictwie w europejskim wspólnym rynku Polska traci – wprost zasugerował to m. in. minister Zbigniew Ziobro, twierdząc, że „rocznie bogate kraje UE wyprowadzają z Polski dużo, dużo większe pieniądze, niż te, które uzyskujemy w ramach dopłat unijnych. Dopłaty unijne są mechanizmem rekompensującym”. Tak jakby wspólny rynek polegał na tym, że kapitaliści z „bogatych krajów UE” zwyczajnie kradną zgromadzony przez Polaków majątek, a Unia wypłaca za to polskiemu rządowi na otarcie łez częściową rekompensatę.
Oczywiście nie jest to prawdą, a porównywanie tych dwóch wielkości nie ma zbytniego sensu. Zyski „wyprowadzane” z Polski przez właścicieli przedsiębiorstw z kapitałem zagranicznym zasadniczo nie mają wiele wspólnego z funduszami unijnymi, które otrzymuje Polska. Może jakaś niewielka część tych funduszy trafia do tych przedsiębiorstw w formie dofinansowań, ale tak naprawdę źródłem tych zysków są prywatne inwestycje ich właścicieli, których skumulowana wartość w 2018 r. wyniosła prawie 863 mld zł, z czego aż 797 mld stanowiły inwestycje z państw UE. Na podstawie danych ze strony NBP można wyliczyć, że średnia roczna wartość tych ostatnich w latach 2010-2018 wynosiła ok. 45 mld zł, czyli mniej więcej średnio 2,5% PKB.
Łącznie z funduszami unijnymi bilans transferów okazuje się więc korzystny dla Polski. Rzecz jasna nie oznacza to jednak, że wspólny rynek unijny jest dla Polski korzystny tylko dzięki funduszom z budżetu UE. Byłby korzystny nawet wówczas, gdyby nie było żadnych funduszy. Prywatne inwestycje zagraniczne w Polsce wytworzyły bowiem bogactwo o wiele większe niż te 4,7% PKB rocznie zabierane z powrotem przez inwestorów, a które pozostało w kraju – odzwierciedlając się w wynagrodzeniach, podatkach i innych dochodach publicznych oraz przychodach przedsiębiorstw polskich będących dostawcami i podwykonawcami firm z kapitałem zagranicznym. Jakie? Można spróbować oszacować.
Z danych GUS wynika, że wynik finansowy netto przedsiębiorstw niefinansowych w Polsce w 2018 r. wyniósł 139,2 mld zł, a wraz z przedsiębiorstwami finansowymi było to ok. 150 mld zł. Jaka była suma wszystkich wynagrodzeń netto? Przeciętne wynagrodzenie miesięczne w gospodarce narodowej, pomniejszone o potrącone od ubezpieczonych składki na ubezpieczenia emerytalne, rentowe oraz chorobowe, w 2018 r. wyniosło 4003,88 zł. Oznacza to, że „na rękę” było to ok. 3280 zł. Zatrudnionych na podstawie stosunku pracy było ok. 11,8 mln, a samozatrudnionych ok. 1,2 mln (dane za 2017 r.). Daje to rocznie ok. 511,7 mld zł (przyjmując, że przeciętny zarobek samozatrudnionego netto jest taki jak zatrudnionego na umowie o pracę). Do tego należy dodać jeszcze zarobki osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych (też ok. 1,2 mln – co przy założeniu średnich zarobków netto takich jak dla zatrudnionych na umowie o pracę daje rocznie ok. 47,2 mld zł) – łącznie daje to sumę ok. 560 mld zł. Czyli ok. 3,7 razy więcej niż zyski netto przedsiębiorstw.
Jeśli chodzi o przychody sektora publicznego z podatków i innych danin publicznych (wypracowywanych wszak w działalności gospodarczej), to wg Mapy Wydatków Państwa w 2018 r. wynosiły one ok. 820 mld zł, czyli ok. 5 i pół raza więcej niż zyski netto przedsiębiorstw.
Oznacza to, że na każdą złotówkę zysku przedsiębiorców przypadało ok. 3 zł 70 gr wynagrodzeń netto oraz ok. 5 zł 40 gr dochodu państwa i samorządów z podatków.
Ale może przedsiębiorstwa zagraniczne transferowały z Polski więcej niż oficjalny zysk? Z danych Piketty’ego wynika, że w omawianym przez niego okresie było to rocznie ok. 100 mld zł, zaś wyniki finansowe netto przedsiębiorstw z kapitałem zagranicznym w 2018 r. wg GUS to tylko 58 mld zł. Załóżmy, że wypływało coś więcej (np. sumy ukryte w kosztach, płacone powiązanym podmiotom zagranicznym) i przyjmijmy współczynnik 0,58. Przy takim założeniu nadal jednak okazuje się, że na każdy „wyprowadzony” z Polski milion złotych przypadało średnio 2,16 mln zł wynagrodzeń netto wypłaconych pracownikom w Polsce oraz 3,13 mln zł podatków, składek i innych danin zapłaconych polskiemu państwu i samorządom (przeznaczanych następnie m. in. na emerytury, edukację, infrastrukturę czy ochronę zdrowia). Plus – trudna już do oszacowania – jakaś suma zapłacona polskim kontrahentom i podwykonawcom. Razem co najmniej 25% PKB.
Tyle Polska i Polacy zyskują (pomijam tu marnotrawienie środków przez państwo oraz moralność opodatkowania) dzięki zagranicznym inwestycjom. Głównie z „bogatych krajów UE”.

Lewica, siła historycznie reakcyjna

niedziela, Listopad 15th, 2020

Posłowie Lewicy wykazali troskę o finansowanie polskiej nauki i zaprezentowali projekt ustawy, która wg ich wyliczeń ma spowodować, że w latach 2022-2024 będzie na ten cel do dyspozycji dodatkowo około miliarda złotych rocznie. Skąd te środki mają się brać?
Nie, nie z zalegalizowania obrotu marihuaną, co oprócz znacznie większej sumy z samego podatku VAT (niektóre szacunki mówią o 5 miliardach rocznie) i dodatkowych wpływów z PIT (a może i z akcyzy) spowodowałoby spadek cen marihuany tak medycznej, jak i rekreacyjnej oraz uwolniłoby od kar lub ich groźby dziesiątki tysięcy nikomu nie szkodzących ludzi.
Nie, nie z zaprzestania finansowania pensji katechetów przez państwo, co oprócz oszczędności ok. 1,5 mld zł rocznie spowodowałoby, że osoby niewierzące (stanowiące w dużej mierze elektorat Lewicy) nie musiałby płacić w podatkach na naukę treści sprzecznych z ich światopoglądem i nierzadko sumieniem.
Z dodatkowego opodatkowania dużych biznesów (ponad 750 mln euro rocznego przychodu brutto, w tym co najmniej 4 mln euro z transakcji z użytkownikami na terenie Polski) działających w branży cyfrowej.
Opodatkowane miałoby być świadczenie usług polegających na prowadzeniu kampanii reklamowych z wykorzystaniem reklam profilowanych, na umożliwianiu wyorzystywania „wielostronnego interfejsu cyfrowego” (poza sprzedażą we własnych sklepach internetowych i paroma innymi przypadkami) oraz przekazywaniu zgromadzonych danych o użytkownikach, wygenerowanych w wyniku ich aktywności na interfejsach cyfrowych.
Czyli podatek płaciłyby zapewne takie firmy, jak Alphabet (Google, Youtube), Facebook, Twitter, Amazon, Aliexpress, Uber czy Airbnb, a może i Allegro, które całkiem możliwe, że w latach 2022-2024 przekroczy 750 mln euro przychodów. Pomijam tu kwestię, czy polskie państwo byłoby w stanie wymusić płacenie tego podatku i jakie środki podjęłoby, gdyby nie był on płacony. Według samych autorów projektu, podatek spowodowałby kilkuprocentowy spadek liczby transakcji na rynku reklam profilowanych i platformach obrotu dobrami, a ponad 30% tego podatku (czyli ponad 300 milionów złotych rocznie) zapłaciliby faktycznie sprzedawcy i reklamodawcy – często niewielkie przedsiębiorstwa, których nie stać na tradycyjne masowe kampanie reklamowe lub własny sklep internetowy. Konsumenci zdaniem autorów projektu nie odczuliby zwiększenia obciążeń podatkowych, ale to tylko symulacja oparta na pewnych założeniach – nie wyjaśniono, dlaczego założono takie, a nie inne wskaźniki elastyczności popytu. Nie należy wykluczać, że jest ona błędna i tak naprawdę podatek ten zostanie „przerzucony” na konsumentów oraz sprzedawców i reklamodawców w większym stopniu.
Projekt wiąże się z wprowadzeniem obowiązku składania informacji rocznej o świadczonych na terytorium RP usługach cyfrowych zawierającą m. in. dane o liczbie użytkowników oraz liczbie, rodzaju i wartości zrealizowanych usług. Tu warto się zastanowić, w jaki sposób państwo może zechcieć sprawdzać, czy te dane nie są zaniżane – w przypadku podmiotów znajdujących się poza jurysdykcją polskiego rządu jedynym w miarę skutecznym sposobem jest tu niestety monitorowanie wszystkich połączeń i transakcji internetowych z terenu Polski do objętych obowiązkiem podatkowych podmiotów. Tego wprawdzie w projekcie nie ma, ale istnieje niebezpieczeństwo, że w razie jego wejścia w życie ktoś uzna, że trzeba takie coś wprowadzić w celu zapobieżenia uchylaniu się od podatku.
Jak widać, posłowie Lewicy, na czele z Adrianem Zandbergiem, który jest sprawozdawcą tego projektu, woleli zaproponować coś, co nie tylko może przynieść polskiej nauce mniejsze środki od możliwych alternatyw, ale i w ubocznym efekcie ograniczy – nawet według nich samych – w pewnym stopniu rynek i w jakimś zakresie obciąży niewielkich sprzedawców i reklamodawców. Z ryzykiem obciążenia także konsumentów oraz zagrożenia ich prywatności.
Najwyraźniej nie chodzi o ten miliard rocznie, a o samo dokopanie „gigantom cyfrowym”. Wprawdzie dokopanie słabe, bo sami autorzy projektu przyznają, że „antymonopolowy” efekt tego podatku będzie w skali świata „ograniczony”. Ale, jak można wyczytać w uzasadnieniu, liczą na to, że podobne rozwiązania wprowadzą inne państwa, a może i cała Unia Europejska.
A to byłoby już uderzenie w całą branżę, która wyrosła w ostatnich latach i zarabia ogromne pieniądze na skuteczniejszym niż dotąd kojarzeniu producentów i konsumentów i tym samym skuteczniejszym umożliwieniu wymiany dóbr i usług w skali świata, przy użyciu technologii cyfrowych. Używając pojęć marksistowskich – próba ograniczenia wykorzystywania nowych sił wytwórczych, kształtujących powoli nowe stosunki produkcji. Stosunki produkcji oparte na dużo większej liczbie mikroproducentów i mikrousługodawców, kojarzonych z konsumentami – nierzadko na całym świecie – przez „cyfrowych gigantów”. Właśnie gigantów, bo skuteczność tego kojarzenia opiera się na wielkiej liczbie użytkowników platform i wielkiej liczbie danych o nich. Na wielkiej liczbie użytkowników Google czy Facebooka, na wielkiej liczbie sprzedawców na Aliexpress, Amazonie i Allegro, na wielkiej liczbie ofert na Airbnb – co przekłada się na wielką liczbę konsumentów odwiedzających te platformy.
Adrian Zandberg i Lewica stają faktycznie po stronie dotychczasowych stosunków produkcji, próbując powstrzymać ich zmianę na nowe. Pełnicie historycznie reakcyjną rolę, towarzysze.