Rolnicy ważniejsi od konsumentów

16 grudnia, 2023

Wiceminister rolnictwa i zarazem poseł Koalicji Obywatelskiej Michał Kołodziejczak uważa, że nawet po ewentualnym wejściu Ukrainy do Unii Europejskiej powinno funkcjonować embargo na produkty rolno-spożywcze stamtąd – surowe i przetworzone – przez kolejne DWADZIEŚCIA LAT. Bo wejście Ukrainy do UE „jest bardzo nie na rękę polskim rolnikom i przedsiębiorcom”. Pytanie, dlaczego wiceministra Kołodziejczaka nie interesuje, czy dostęp do (jak rozumiem) konkurencyjnych cenowo (nawet po wejściu do UE, czyli nie dlatego, że – jak to niektórzy argumentują – nie muszą być one produkowane zgodnie z unijnymi normami) ukraińskich produktów spożywczych jest na rękę polskim konsumentom takich produktów, czyli większości Polaków? Ano dlatego, że reprezentuje on interesy nie większości Polaków, tylko określonej grupy. I interesy tej grupy przedstawia jako interesy Polski („Polska musi zabezpieczyć swoje interesy”). W imię interesów rolniczego lobby mamy być odcięci już nie tylko od tańszej żywności spoza Unii, ale nawet od tańszej żywności produkowanej w Unii, jeśli taka za parę lat się pojawi. Wiem, że PSL, PiS i Konfederacja też są za utrzymaniem, o ile nie zaostrzeniem embarga na produkty rolne z Ukrainy, ale ***** **!

Chanuka, święto biblijne

15 grudnia, 2023

Zaroiło się od „wyjaśnień”, głównie ze strony zwolenników Konfederacji, że Chanuka to święto obchodzone dla upamiętnienia „rzezi”, jaką Żydzi urządzili Grekom po zdobyciu Jerozolimy podczas powstania Machabeuszów.
(No bo wiecie, takiego święta nie godzi się obchodzić, więc, rozumiecie, Grzesio Braun dobrze zrobił gasząc gaśnicą chanukowe świeczki w polskim Sejmie. A w ogóle to zobaczcie, jaki to krwiożerczy naród, ci Żydzi!).
Tymczasem katolicka Biblia, w całkowitej zgodzie ze źródłami żydowskimi, jasno podaje, że święto to ustanowiono na pamiątkę ponownego poświęcenia (samo słowo „Chanuka” oznacza „poświęcenie”) ołtarza świątyni jerozolimskiej:
„Dwudziestego piątego dnia dziewiątego miesiąca, to jest miesiąca Kislew, sto czterdziestego ósmego roku wstali wcześnie rano i zgodnie z Prawem złożyli ofiarę na nowym ołtarzu całopalenia, który wybudowali. Dokładnie w tym samym czasie i tego samego dnia, którego poganie go zbezcześcili, został on na nowo poświęcony przy śpiewie pieśni i grze na cytrach, harfach i cymbałach. Cały lud upadł na twarz, oddał pokłon i aż pod niebo wysławiał Tego, który im zesłał takie szczęście. Przez osiem dni obchodzili poświęcenie ołtarza, a przy tym pełni radości składali całopalenia, ofiary pojednania i uwielbienia. Fasadę świątyni ozdobili złotymi wieńcami i małymi tarczami, odbudowali bramy i pomieszczenia dla kapłanów i drzwi do nich pozakładali, a między ludem panowała bardzo wielka radość z tego powodu, że skończyła się hańba, którą sprowadzili poganie. Juda zaś, jego bracia i całe zgromadzenie Izraela postanowili, że uroczystość poświęcenia ołtarza będą z weselem i radością obchodzili z roku na rok przez osiem dni, począwszy od dnia dwudziestego piątego miesiąca Kislew” (1 Mch 4,52).
Biblia nie wspomina też o żadnej rzezi po zdobyciu Jerozolimy przez Judę Machabeusza. Choć owszem, wydarzenie to mogło wiązać się z jakimiś ofiarami śmiertelnymi po drugiej stronie. Jak to na wojnie. Warto jednak wspomnieć, że nie było to tak, że agresywni Żydzi napadli spokojnych Greków: kilka lat wcześniej Jerozolima została najechana i zdobyta przez armię greckiego władcy Antiocha IV – Biblia przekazuje, że przy tej okazji miasto spalono, a kobiety i dzieci wzięto w niewolę – po czym rozpoczęto prześladowania religijne, które doprowadziły do wybuchu powstania.
No ale niektórych nienawiść do Żydów tak zaślepia, że wolą wierzyć, iż święto, którego ustanowienie na pamiątkę poświęcenia ołtarza świątyni czczonego przez nich Boga zostało opisane w ich własnej świętej księdze, rzekomo upamiętnia rzeź i jest satanistyczne, jak to powiedział Strażak Grzesio.

Prawda o zakażeniach HIV stygmatyzuje gejów?

10 grudnia, 2023

Czytam, że szkoła językowa prowadząca kurs języka polskiego dla cudzoziemców w Opolu wstrzymała, po interwencji stowarzyszenia „Tęczowe Opole”, korzystanie z podręcznika dla kandydatów na studia medyczne „Chcę studiować medycynę. Język polski dla cudzoziemców” – z uwagi na znajdujące się w nim zdanie dotyczące możliwości zakażenia się wirusem HIV: „Najczęstszym sposobem zakażenia są stosunki homoseksualne, rzadziej heteroseksualne. (…) Mężczyźni homoseksualiści, biseksualiści, prostytutki i narkomani należą do grup zwiększonego ryzyka, to znaczy najczęściej chorują na AIDS”. Zdaniem rzecznika tego stowarzyszenia, są to „nieprawdziwe i przestarzałe informacje” oraz „treści stygmatyzujące i niezgodne z aktualną wiedzą medyczną”.
Prawda jest jednak inna. Zgodnie z tegorocznym raportem organizacji UNAIDS (Wspólnego Programu Narodów Zjednoczonych Zwalczania HIV i AIDS), w zachodniej i środkowej Europie oraz w Ameryce Północnej mediana rozpowszechnienia wirusa HIV wśród mężczyzn homoseksualistów i innych mężczyzn odbywających stosunki seksualne z mężczyznami wynosi 5,5%, wśród osób wstrzykujących sobie narkotyki 5%, a wśród seksworkerów 0,8% – podczas gdy w całej populacji osób w wieku 15-49 lat wynosi ono 0,2-0,3%. Czyli mężczyźni homoseksualiści i biseksualiści są przynajmniej dwudziestokrotnie częściej zakażeni wirusem HIV niż ogół populacji, osoby wstrzykujące sobie narkotyki przynajmniej kilkunastokrotnie częściej, a seksworkerzy 3-4 razy częściej. Co ciekawe, jest jeszcze jedna grupa, w której rozpowszechnienie wirusa HIV jest bardzo wysokie, jeszcze wyższe niż wśród mężczyzn uprawiających seks z innymi mężczyznami: osoby transpłciowe. W ich przypadku wynosi ono 7,6% – czyli jest około trzydziestokrotnie wyższe niż w przypadku ogółu populacji.
W przypadku innych regionów świata jest podobnie – proporcje są nieco inne, ale wszędzie wymienione wyżej grupy są grupami, w których rozpowszechnienie wirusa HIV jest wyższe od średniej.
Informowanie o tym fakcie nie jest stygmatyzowaniem tych grup. Jest to działanie pomocne w ograniczaniu liczby zakażeń. Zwiększone ich występowanie w tych grupach wynika z tego, że częściej występują w nich ryzykowne (pod tym względem) zachowania – w przypadku homo- i biseksualistów (i przypuszczam, że również osób transpłciowych) seksualne. Świadomość zwiększonego ryzyka pomaga natomiast w zachowaniu zwiększonej ostrożności i ograniczaniu takich zachowań. Za to jeśli np. geje nie będą wiedzieć, że wśród nich ponad 20 razy częściej można trafić na osobę zakażoną wirusem HIV, to tych zachowań ograniczać nie będą.
Walka z rozpowszechnianiem takich informacji jako treści rzekomo „stygmatyzujących” nie pomaga, ale właśnie szkodzi gejom, biseksualistom i osobom transpłciowym.

Wiatraki narzucane zamiast zakazywanych?

30 listopada, 2023

Politycy Prawa i Sprawiedliwości mocno utrudnili budowę elektrowni wiatrowych, wprowadzając zakaz ich budowania w odległości od zabudowy mieszkaniowej mniejszej niż dziesięciokrotność wysokości wiatraka (lub, od niedawna, 700 metrów – w przypadku jeśli jest to ujęte w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego).
Politycy Koalicji Obywatelskiej i Polski 2050 zamierzają złagodzić ten zakaz, uzależniając możliwość budowania takich elektrowni bliżej zabudowań mieszkalnych od wytwarzanego przez nie hałasu. Ale jednocześnie zamierzają dopisać budowę elektrowni wiatrowych (i innych „odnawialnych źródeł energii”) o mocy powyżej 1 MW (czyli niemal każdych) do katalogu celów publicznych, co umożliwi wywłaszczanie nieruchomości na ten cel.
Zamordystów wrogich energetyce wiatrowej zastąpili w Sejmie zamordyści chcący ją narzucać.
Bo w polityce powszechnie dominuje podejście: „Jak coś się nam nie podoba – najlepiej zakazać, jak coś nam się podoba – najlepiej wymusić”.
Bez różnicy, czy są to „konserwatyści”, czy „liberałowie”.

Konfederacja przeciwko wolnemu rynkowi

25 listopada, 2023

Politycy Konfederacji spotkali się z premierem Mateuszem Morawieckim. Jak sami twierdzą, „w celu nakłonienia rządu do realizacji postulatów przewoźników i rolników protestujących na granicy polsko-ukraińskiej”.
Postulaty przewoźników (opublikowane m. in. przez posła Krzysztofa Bosaka) to przede wszystkim przywrócenie z powrotem zniesionych po wybuchu wojny na Ukrainie zezwoleń i limitów na przewozy – co spowodowało wzrost udziału w rynku tańszych przewoźników z Ukrainy – oraz kontrola pochodzenia kapitału firm zza wschodniej granicy wchodzących do Polski. Czyli ograniczenie konkurencji.
Wśród postulatów rolników jest m. in. wprowadzenie dopłat do kukurydzy z uwagi na jej niską cenę na rynku oraz utrzymanie – dofinansowywanych przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa – niskooprocentowanych kredytów płynnościowych.
Jednocześnie w swoim oświadczeniu Konfederacja krytykuje premiera Morawieckiego, że nie zamierza realizować polityki „wolnorynkowej”. Czyli nadal kreuje się na obrońców wolności rynku, nawet popierając postulaty jego ograniczenia i sterowania nim przez państwo.
I pewnie są dalej tacy, który w taki wizerunek Konfederacji wierzą.

Prawo do dyskryminacji

21 października, 2023

Pani Karina Bosak, nowo wybrana posłanka Konfederacji, opowiada się (w ślad za swoją organizacją Ordo Iuris) za tym, by hotelarze mieli prawo wynajmować pokoje z jednym łóżkiem tylko tym parom, które są małżeństwami. Na zasadzie swoistej „klauzuli sumienia” – jeżeli ktoś uważa, że seks pozamałżeński jest grzechem, nie powinien być zmuszany do świadczenia usługi, która do takiego grzechu może się przyczynić.
Ponadto zmuszanie hotelarza do świadczenia takiej usługi – jak twierdzi pani Bosak – ogranicza swobodę gospodarczą.
I muszę powiedzieć, że ma tutaj rację.
Każdy powinien mieć prawo swobodnego decydowania, komu świadczyć, a komu nie świadczyć usługi przy użyciu swojej własności. Zwłaszcza, jeżeli świadczenie usługi jest sprzeczne z jego sumieniem. Ale nie tylko – również wtedy, gdy zwyczajnie potencjalny klient mu się nie spodoba, albo gdy ma kaprys świadczyć usługi tylko określonym klientom.
Bo to jego własność i jego potencjalny zarobek.
Oczywiście nie znaczy to, że ktoś powinien móc np. ogólnie zadeklarować w formie oferty, że pokoje w jego hotelu są dostępne dla wszystkich, a następnie dopiero jeśli zgłosi się do niego para i poprosi o pokój z łożem „małżeńskim” stwierdzić, że bez aktu zawarcia małżeństwa go nie wynajmie. Oferta wiąże.
Nie znaczy to też, że odmówić usługi powołując się na „klauzulę sumienia” powinien mieć prawo z własnej inicjatywy pracownik hotelu, na przykład recepcjonista. Bo hotel nie należy do niego i jeżeli właściciel nie zgadza się na taką dyskryminację, jest to działanie na jego szkodę. Jeżeli taka transakcja narusza sumienie pracownika, powinien się zatrudnić gdzie indziej.
No i oczywiście sprawdzanie, czy dana para jest małżeństwem mogłoby być kłopotliwe. Nie każdy podróżuje z aktem zawarcia małżeństwa, a jeśli hotel będzie wymagał jego okazania (w obecnych polskich warunkach – oczywiście po uprzednio wyrażonej zgodzie na przetwarzanie takich danych osobowych i spełnieniu przez hotel obowiązku informacyjnego w tym zakresie), sporo osób może wybrać konkurencję. Ale mogę sobie wyobrazić, że hotel wymaga tylko oświadczeń, przy czym pary jednopłciowe odrzuca od razu, bo wiadomo, że polskie prawo małżeństw jednopłciowych nie uznaje.
Tak, że pod tym względem zgadzam się z posłanką Konfederacji.
Co więcej, uważam, że już obecnie właściciele hotelu mają takie prawo. Bo od 2019 r. odmowa świadczenia do którego zobowiązany jest przedsiębiorca „bez uzasadnionej przyczyny”, nie jest już wykroczeniem – Trybunał Konstytucyjny uznał to za niezgodne z Konstytucją – a ustawa o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania nie zakazuje dyskryminacji ze względu na stan cywilny (a nawet orientację seksualną) przy świadczeniu usług.
Pani Bosak twierdzi jednocześnie, że hotelarz nie ma prawa odmowy wynajęcia pokoju np. katolikom. Bo „obowiązuje takie prawo, że nie można tak powiedzieć”, ponieważ „religia jest jedną z cech chronionych”.
Niestety tak jest, choć dużo mogłoby zależeć od interpretacji przepisów przez sądy.
Po pierwsze istnieje odziedziczony po PRL (w kodeksie karnym z 1932 r. nie było podobnego przepisu) art. 194 kodeksu karnego, przewidujący karalność ograniczania „człowieka w przysługujących mu prawach ze względu na jego przynależność wyznaniową albo bezwyznaniowość”. Można wprawdzie zadać pytanie, czy istnieje prawo do otrzymania jakiejś usługi świadczonej przez prywatny podmiot, ale o ile przyjmuje się, że np. odmowa przyjęcia ateisty do stowarzyszenia religijnego nie wyczerpuje znamion tego przestępstwa, o tyle odmowa wykonania jakiejś czynności usługowej lub handlowej z uwagi na to, że ktoś jest katolikiem czy ateistą jest już przez prawników uważana za czyn jego znamiona wyczerpujący.
Po drugie istnieje art. 6 ust. 1 wywodzącej się ze schyłkowej PRL ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania, stanowiący, że „nikt nie może być dyskryminowany bądź uprzywilejowany z powodu religii lub przekonań w sprawach religii”. I choć ustawa ta nie przewiduje sankcji za złamanie tego przepisu, to możliwe, że w oparciu o nią teoretycznie sąd mógłby przyznać zadośćuczynienie za doznaną krzywdę z tytułu naruszenia swobody sumienia (dobro osobiste) katolikom dyskryminowanym przez hotelarza.
Jednak tak być nie powinno.
Właściciel hotelu, czy pracownik działający w jego imieniu – powinien mieć prawo do odmowy świadczenia usługi również przedstawicielom określonej religii, na przykład katolikom, muzułmanom, czy żydom. Albo powinien mieć prawo do oferowania usług wyłącznie katolikom, żydom czy muzułmanom. Bo to jego hotel. Tak samo, jak ma prawo odmówienia wpuszczenia osoby wyznającej daną religię do swojego mieszkania. Powinien mieć prawo dyskryminowania nawet na podstawie koloru skóry.
Oczywiście, krytyka takiego działania również nie powinna być w żaden sposób ograniczana i każdy powinien mieć prawo nawoływać do bojkotu takiego hotelu. Ale zakazu być nie powinno.
Dlatego art. 194 kk oraz art. 6 ust. 1 ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania powinny zniknąć z polskiego porządku prawnego.
Ciekawe czy pani Bosak się z tym zgadza. A inni działacze i sympatycy Konfederacji?

Klęska liberałów

17 października, 2023

Mimo że według raportu „Mój jest ten kawałek podłogi” osoby o poglądach liberalnych stanowią ponad 19% polskich wyborców (w tym ponad 4% polskich wyborców to libertarianie), nie zostało to w żaden sposób uwidocznione w wynikach niedzielnych wyborów parlamentarnych.
Co więcej, można powiedzieć, że idee i środowiska liberalne poniosły w tych wyborach niespotykaną od lat klęskę.
W maju br. apelowałem o wspólny start w nich polskich środowisk wolnościowych i liberalnych, pisząc: „Na polskiej scenie politycznej jest kilka inicjatyw o charakterze liberalnym. Dobry Ruch, Wolnościowcy, Polska Liberalna, Libertarianie, Odpowiedzialność. Jeżeli wystartowałyby razem i zebrałyby podpisy pod listami w wystarczająco wielu okręgach, byłaby szansa zdobyć te kilkanaście procent głosów. Jeśli wystartują osobno, szansa ta zmaleje, bo głosy się podzielą lub też – w najgorszym przypadku – żadna z tych inicjatyw nie zarejestruje list w całym kraju i liberalni wyborcy znowu, „by nie zmarnować głosu” zagłosują na partie nieliberalne”.
Niestety, tak właśnie się stało.
Wspólna lista nie powstała i nawet nie próbowano jej utworzyć. Partia Libertarianie nawet nie podjęła próby wystawienia swoich kandydatów w wyborach. Dobry Ruch, Wolnościowcy i Odpowiedzialność przyjęły taktykę umieszczenia swoich pojedynczych liderów na listach partii nieliberalnych – antywolnościowych – i osoby te przegrały. Artur Dziambor, kandydujący z ostatniego miejsca listy Trzeciej Drogi w okręgu 26, Dobromir Sośnierz, kandydujący z czwartego miejsca listy Konfederacji w okręgu 18, Paweł Szramka, kandydujący z szóstego miejsca listy Koalicji Obywatelskiej w okręgu 5 i Łukasz Belter, otwierający listę Bezpartyjnych Samorządowców w okręgu 9 nie uzyskali mandatu. Nie pomogło to, że trójka z nich była posłami, a więc osobami dość rozpoznawalnymi.
Próbę samodzielnej rejestracji list podjęła Polska Liberalna Strajk Przedsiębiorców, niestety z uwagi na – delikatnie mówiąc – niechęć urzędników wyborczych udało się zarejestrować listy w jedynie 17 okręgach. Zakładano, że zbierając średnio 6-7 tysięcy podpisów poparcia w okręgu i zgłaszając z takim poparciem listy w 30 okręgach uda się zarejestrować listy w całym kraju. Dotychczas to wystarczało. Tym razem nie wystarczyło. Być może gdyby w każdym z okręgów złożono po 10 tysięcy podpisów – dwa razy tyle, ile jest formalnie wymagane – byłoby inaczej. Na to jednak PL!SP była zbyt słaba. Ostatecznie tuż przed wyborami komitet, nie mając szans na jakikolwiek znaczący wynik z uwagi na brak list we wszystkich okręgach, rozwiązał się na znak protestu.
Owszem, z list nieliberalnych ugrupowań dostało się do Sejmu kilku kandydatów głoszących dość liberalne poglądy w niektórych kwestiach – na przykład Klaudia Jachira z Koalicji Obywatelskiej/Zielonych, Stanisław Tyszka i Konrad Berkowicz z Konfederacji czy Ryszard Petru z Trzeciej Drogi – ale w tym przypadku liberalizm ten jest tylko częściowy i można mieć obawy, że zasadniczo będą oni wspierać etatystyczne linie swoich partii.
A kto wygrał? Zanosi się, że główną siłą w rządzie będzie Koalicja Obywatelska – ugrupowanie popierające „800 plus”, obiecujące „babciowe” i „kredyty 0%” – czyli jeszcze silniejsze niż obecnie wspieranie wybranych grup na koszt i ze szkodą dla innych – oraz straszące imigrantami zarobkowymi i mające na pokładzie takich ludzi, jak lider Agrounii Michał Kołodziejczak, domagający się np. obowiązkowego minimum 50% polskiej żywności w sklepach, ograniczenia swobody budowania nowych sklepów czy „społecznej moderacji” treści w Internecie przez losowo wyznaczane do tego osoby. Jej koalicjantami będą Polska 2050 Szymona Hołowni, obiecująca podwyżkę pensji urzędników o 25%, PSL chcące m. in. zrzeszyć przymusowo wszystkich przedsiębiorców w „powszechnym samorządzie gospodarczym” oraz Lewica, obiecująca nie tylko zachować wszystkie świadczenia wprowadzone przez rząd PiS po 2015 roku (w tym „800 plus”), ale i je regularnie waloryzować, oczywiście na koszt podatnika, zwłaszcza tego zamożniejszego (progresywny PIT). Wszystkie te ugrupowania chcą na siłę wciskać „zieloną energię” czy „neutralność klimatyczną” bez względu na koszty takiej transformacji. A w opozycji oprócz PiS będzie Konfederacja głosząca protekcjonizm żywnościowy, jeszcze niedawno strasząca Żydami chcącymi odebrać „mienie bezspadkowe”, wroga wobec imigrantów i osób LGBT oraz faktycznie proputinowska (m. in. wypowiedzi na temat zablokowania pomocy militarnej dla Ukrainy) w polityce zagranicznej.
Warto zwrócić uwagę, że o ile np. Michał Kołodziejczak dostał na liście Koalicji Obywatelskiej „jedynkę”, o tyle Paweł Szramka dostał dalsze miejsce. Dalsze miejsca dostali też Dobromir Sośnierz na liście Konfederacji (który tym samym „zapracował” na mandat Krzysztofa Mulawy z Ruchu Narodowego) i Artur Dziambor na liście Trzeciej Drogi. Polityczna słabość wolnościowców i liberałów jest tak duża, że więksi gracze nie musieli się z nimi w ogóle liczyć.
Moim zdaniem przyczyną takiej sytuacji jest – poza typową dla wszystkich liderów politycznych chęcią bycia tym najważniejszym wodzem, co utrudnia porozumienie – to, że osoby o poglądach liberalnych to ludzie w większości pogodzeni z etatystycznym status quo, niewierzący specjalnie w jakieś duże zmiany w kierunku wolnościowym i gotowi z tego powodu zagłosować na każdego, kto obieca choć jedną małą zmianę na lepsze albo nawet na kogoś, kto przynajmniej nie obiecuje dużych zmian na gorsze. Symbolem takiej postawy jest to, że popularną opcją dla osób o poglądach liberalnych w ostatnich wyborach – obok Konfederacji będącej programowo tylko trochę wolnorynkowo upudrowanym Ruchem Narodowym – stało się PSL, ugrupowanie od lat uchodzące za symbol bezideowego karierowiczostwa.
Mimo, że osób o poglądach liberalnych w Polsce nie jest mało, nie widzę dużych szans dla politycznych zmian w kierunku liberalnym. Myślę, że na wiele lat może pozostać nam wybór pomiędzy euroetatyzmem i nacjoetatyzmem, pomiędzy ograniczaniem wolności ludzi w imię wartości lewicowych (równość, „zrównoważony” rozwój), a jej ograniczaniem w imię wartości prawicowych (naród, religia). Jest źle, a będzie prawdopodobnie jeszcze gorzej.

Wybory bez liberałów

13 października, 2023

Polska Liberalna Strajk Przedsiębiorców wycofała się z wyborów do Sejmu. Komitet wyborczy został rozwiązany.
Mając przez pewien czas wgląd od wewnątrz w jego działalność uważam, że fakt niezarejestrowania list tego komitetu w całym kraju (brakło do tego rejestracji list w czterech okręgach) został spowodowany celowym działaniem urzędników wyborczych, którzy do weryfikacji jego list zastosowali inne kryteria niż w przypadku jego konkurentów: w przynajmniej kilku okręgach (np. w Katowicach i Gliwicach) wszystkie (a nie tylko wyrywkowe) podpisy poparcia były sprawdzane w oparciu o dane z Centralnego Rejestru Wyborców, przy zastosowaniu niekonstytucyjnej (weszła w życie niewiele ponad dwa miesiące przed wyborami) definicji „adresu zamieszkania” (oznaczającej adres ujęty w ww. Rejestrze, a nie faktyczny adres zamieszkania) oraz wytycznych PKW nakazujących odrzucać każdy podpis poparcia z adresem różnym od tego w CRW. Przy tych kryteriach sprawdzania liczba odrzuconych podpisów poparcia sięgała lub przekraczała 40% i nie wystarczyło zebranie nawet ponad 7 tysięcy podpisów poparcia w okręgu.
W kilku innych okręgach okręgowe komisje wyborcze z kolei „na oko” odrzuciły dużą liczbę kart z podpisami jako skserowane lub podrobione w inny sposób, bądź też dlatego, że brakowało na nich numeru okręgu (nie pozwolono uzupełnić). PKW postanowiła nie weryfikować też w ogóle liczby podpisów w przypadku odwołań dotyczących czterech okręgów, w których oprócz podpisów poparcia na wszelki wypadek złożono oświadczenie o rejestracji list w ponad połowie okręgów wyborczych, uznając zgłoszenia list w tych okręgach za zgłoszenia bez podpisów (choć okręgowe komisje podpisy sprawdzały).
Liderzy komitetu uznali, że w takiej sytuacji nie ma się co upokarzać i startować z przylepioną etykietką planktonu, który nie zarejestrowawszy list we wszystkich okręgach jest skazany na poparcie śladowe, dużo mniejsze od tego, które mógłby osiągnąć startując na równych zasadach z innymi.
I słusznie – nie ma sensu grać, gdy fauluje sam sędzia, a szansy na jakikolwiek zauważalny wynik nie ma żadnej. Lepiej już pokazać „faka” arbitrowi.
A ja jako obywatel pozwolę sobie nie zagłosować w wyborach, w których nie ma już żadnej listy nie tylko wolnościowej, ale nawet liberalnej, to znaczy konsekwentnie postulującej zmniejszenie ograniczanie naszej wolności przez państwo. Jest wprawdzie jeszcze kilku kandydatów głoszących takie hasła, ale kandydują z list partii etatystycznych, domagających się zwiększania „zamordyzmu” w tych czy innych dziedzinach, i to z dalszych miejsc na ich listach, a ponadto żaden nie kandyduje w moim okręgu. A wybierać po raz kolejny barw buta, który będzie mnie deptać (narodowe, europejskie, czerwone, zielone itp.) mi się nie chce.

Gaza, państwo terrorystyczne

7 października, 2023

Terrorystyczny rząd Gazy znowu zaatakował Izrael, kierując ataki głównie przeciwko celom cywilnym. Rakiety uderzyły m. in. w budynki w Tel Aviv – mieście, które odwiedzałem wielokrotnie, w tym nierzadko właśnie o tej porze roku (raz byłem tam dokładnie w święto Simchat Tora, które w tym roku przypada właśnie dzisiaj). Gdybym był tam teraz i miał pecha, to mógłbym zginąć.
Tym razem atak został dokonany nie tylko przy pomocy rakiet, ale i przez uzbrojonych żołnierzy Hamasu, którzy jakoś przeniknęli na teren Izraela, jeżdżą po ulicach tamtejszych miast i strzelają do ludzi. Zginęło jak dotąd ponad sto osób, około tysiąca zostało rannych.
Prawdopodobnie za chwilę rozpoczną się [aktualizacja: już się rozpoczęły] odwetowe naloty na cele militarne w Gazie, przy okazji których zginą tym razem cywile po stronie palestyńskiej, w dużo większej liczbie. Bo w Gazie obiekty militarne są poukrywane wśród cywilnych.
Odpowiedzialność za śmierć tych ludzi i zniszczenia po obu stronach spada na agresora, czyli w tym przypadku rządzący Gazą Hamas.
Owszem, Hamas i jego zwolennicy będą się upierać, że to tylko wojna obronna, a faktycznym agresorem jest Izrael, który wypędził setki tysięcy Palestyńczyków, okupuje Zachodni Brzeg, łamie prawa człowieka i zabija niewinnych cywilów.
Ale prawda jest taka, że wojna, która faktycznie trwa od ponad 75 lat, została rozpoczęta przez Palestyńczyków (rzecz jasna – nie wszystkich, tylko przez ich politycznych przywódców, takich jak Muhammad Amin al-Husajni, który utrzymywał przyjazne stosunki z niemieckimi nazistami). To wskutek ich początkowej porażki wielu palestyńskich cywilów musiało udać się na wygnanie, a tereny zamieszkałe przez Palestyńczyków są albo częścią Izraela, albo są okupowane, wyjąwszy ten kawałek Strefy Gazy rządzony przez Hamas.
Wyobraźmy sobie, że po zakończeniu II wojny światowej i wypędzeniu Niemców z terytoriów stanowiących obecnie zachodnią Polskę pozostali na tych terenach Niemcy organizują partyzantkę, która rozwija się w ruch o charakterze terrorystycznym, podnosząc żądania powrotu wypędzonych na Śląsk i przyłączenia go z powrotem do Niemiec, bądź jego niepodległości. Władze polskie tę partyzantkę zwalczają, przy czym cierpi cywilna ludność niemiecka. Po czym partyzanci usadawiają się np. w Zgorzelcu i atakują stamtąd Polaków rakietami i wypadami grup terrorystycznych.
Popierać Hamas to tak, jakby popierać niemiecką organizację terrorystyczną domagającą się powrotu wypędzonych Niemców na tereny zabrane przez Polskę Niemcom po II wojnie światowej – gdyby takowa istniała.
Owszem – wypędzanie ludzi z ich domów lub zabranianie im powrotu i zabieranie własności jest złe. Nie usprawiedliwia to jednak aktów terrorystycznych celowo skierowanych przeciwko ludności cywilnej.
Różnica jest jeszcze taka, że Izrael przez długie lata (nie wiem, jak teraz) był gotowy dla zakończenia wojny na podział terytorium, tak by Palestyńczycy mogli żyć we „własnym” państwie. Z Gazy się jednostronnie wycofał. Ale organizacje palestyńskie konsekwentnie tę propozycję odrzucały. W konsekwencji wojna eskalowała.
Tak – Palestyńczycy powinni mieć prawo żyć w pokoju we „własnym” państwie czy państwach, jeśli tego chcą. A Izrael powinien w pełni szanować ich prawa człowieka. Ale Izraelczycy też powinni mieć prawo żyć w pokoju we „własnym” państwie, jeśli tego chcą. A terrorystów atakujących ludność cywilną powinno się najpierw zniszczyć.

Konfederacja i wdzięczność Ukrainy

23 września, 2023

W ostatnich dniach zauważyłem wysyp wypowiedzi oraz wpisów działaczy i sympatyków Konfederacji sugerujących (lub jawnie stwierdzających), że polska polityka wobec Ukrainy (czyli mocne wspieranie jej w wojnie z Rosją) była i jest błędna, a Ukrainie i Ukraińcom nie można ufać. Bo prezydent Ukrainy nie okazał wdzięczności za pomoc, krytykując w mocnych słowach („Niektórym z naszych przyjaciół w Europie wydaje się, że grają na siebie, a w rzeczywistości pomagają przygotować scenę dla aktora z Moskwy”) utrzymanie przez Polskę embarga na ukraińskie zboże, a w dodatku próbuje dogadywać się z Niemcami.
Utwierdza mnie to w przekonaniu, że gdyby Konfederacja rządziła w momencie rosyjskiej agresji na Ukrainę, to dzisiaj rosyjskie czołgi mogły być już w Polsce, a na polskie miasta spadałyby rosyjskie rakiety. Bo rządzona przez Konfederację Polska zachowałaby się – sądząc po dzisiejszych wypowiedziach jej działaczy – jak orbanowskie Węgry i nie tylko nie udzieliłaby pomocy militarnej, ale i nie pomogłaby logistycznie w dostarczaniu pomocy militarnej przez inne państwa, co mogłoby wpłynąć na wynik wojny na samym jej początku. Być może nawet nie ułatwiłaby ucieczki ukraińskim uchodźcom, zmuszając ich tym samym do korzystania ze standardowej procedury ubiegania się o ochronę międzynarodową.
A po szybkim upadku rządu w Kijowie, bez specjalnego sprzeciwu świata, i ustanowieniu na Ukrainie władz posłusznych Putinowi, rosyjska armia, o nienaruszonym potencjale, miałaby otwartą drogę do ataku – być może wraz z armią ukraińską – na Polskę. A Putin byłby zachęcony powodzeniem „specjalnej operacji wojskowej” i mógłby liczyć, że i w przypadku Polski świat słabo zareaguje.
Ale prezydent Ukrainy nie miałby okazji do okazania niewdzięczności.
Tylko, że w polityce międzynarodowej nie chodzi o to, by władze innego państwa okazywały wdzięczność, łechtając narodowe ego Polaków. Można uważać, że słowa prezydenta Zełeńskiego są dla Polski krzywdzące, a stawianie na Niemcy jest (zważywszy niezbyt chętne pomaganie przez Niemcy Ukrainie przez wiele miesięcy wojny oraz dużo silniejsze niż w Polsce prorosyjskie nastroje w społeczeństwie niemieckim) błędem, ale nie zmienia to faktu, że polityka polskiego rządu wobec Ukrainy i Ukraińców była i jest zasadniczo (poza ową nieszczęsną kwestią embarga na zboże) właściwa. Tak z punktu widzenia moralnego (sprzeciw wobec agresji, humanitarna postawa wobec uchodźców), jak i z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski i Polaków, które to bezpieczeństwo chronią obecnie ukraińscy żołnierze powstrzymując na terenie swojego kraju wojska Putina.
Dlatego nigdy nie zagłosuję na Konfederację, bez względu na to, w jakim stopniu jej program w kwestiach gospodarczych jest zbieżny z moim. Bo nie chcę ani wojny spowodowanej rosyjską agresją na Polskę, ani ponownie życia w państwie będącego w orbicie politycznych wpływów Moskwy – żyłem w nim dwadzieścia lat i pamiętam, jak było.
A przy okazji, rozumiem Zełeńskiego i wcale nie uważam, że okazał on jakąś straszną niewdzięczność. Wcześniej wielokrotnie on i inni ukraińscy politycy dziękowali za polską pomoc. Ale nakładanie embarga na ukraińskie zboże, wbrew stanowisku Unii Europejskiej, w sytuacji, gdy eksport zboża jest istotny dla ukraińskiej gospodarki, Rosja blokuje szlaki morskie, a na rosyjskie zboże żadnego embarga nie ma, może być postrzegane jako działanie – niekoniecznie celowe – w interesie Rosji. (A przy okazji, przeciwko interesom i swobodzie wyboru polskich młynarzy, piekarzy i konsumentów pozbawionych dostępu do tańszego zboża z Ukrainy, ale to już wewnętrzna polska sprawa).
Mam nadzieję, że władze Polski i Ukrainy mimo wszystko się dogadają, stosunki pozostaną przyjazne, Ukraińcy w Polsce nadal będą przyczyniać się do produkcji bogactwa, a Konfederacja nie wejdzie do rządu po najbliższych wyborach.