Ustawa o bateriach

20 sierpnia, 2010

Państwowe regulacje ogarniają coraz to większe obszary naszego życia. Okazuje się, że od roku mamy w Polsce Ustawę o bateriach i akumulatorach. Ustawa ta definiuje, czym jest bateria i akumulator („źródło energii elektrycznej wytwarzanej przez bezpośrednie przetwarzanie energii chemicznej, które składa się z jednego albo kilku: a) pierwotnych ogniw baterii nienadających się do powtórnego naładowania albo b) wtórnych ogniw baterii nadających się do powtórnego naładowania”idem per idem?), a także np. czym jest elektronarzędzie bezprzewodowe („podręczny sprzęt zasilany baterią lub akumulatorem, który jest przeznaczony do wykorzystania w działalności serwisowej, budowlanej lub ogrodniczej, w tym narzędzia przeznaczone do toczenia, frezowania, szlifowania, rozdrabniania, piłowania, ścinania, wiercenia, przebijania otworów, wykrawania, kucia, nitowania, skręcania, polerowania lub podobnej obróbki drewna, metalu i innych materiałów, a także do koszenia, cięcia i innych prac”). Nakłada rozliczne obowiązki na „wprowadzających baterie lub akumulatory” – czyli przedsiębiorców wykonujących działalność gospodarczą „w zakresie wprowadzania do obrotu baterii lub akumulatorów, w tym zamontowanych w sprzęcie lub pojazdach, po raz pierwszy na terytorium kraju; za wprowadzającego baterie lub akumulatory uważa się także przedsiębiorcę dokonującego importu lub wewnątrzwspólnotowego nabycia baterii lub akumulatorów na potrzeby wykonywanej działalności gospodarczej”: jeśli pan Zenek chce sprowadzić z zagranicy na potrzeby swojej firmy (a już nie daj Boże na sprzedaż) choćby jednego laptopa z zamontowaną baterią, to pod karą grzywny musi zarejestrować się w rejestrze prowadzonym przez Głównego Inspektora Ochrony Środowiska (podając we wniosku informację o rodzaju wprowadzanych baterii lub akumulatorów i oczywiście uiszczając opłatę rejestrową, a w kolejnych latach – jeśli za rok czy dwa planuje sprowadzić następne laptopy – opłatę roczną), prowadzić ewidencję obejmującą informacje o rodzaju, ilości i masie wprowadzanych do obrotu baterii i akumulatorów, przekazać trochę grosza na publiczne kampanie edukacyjne „mające na celu podnoszenie stanu świadomości ekologicznej społeczeństwa w zakresie prawidłowego postępowania z odpadami w postaci zużytych baterii i zużytych akumulatorów”, a także jest odpowiedzialny za zawarcie pisemnej umowy z podmiotem zajmującym się zbieraniem zużytych baterii lub akumulatorów oraz z podmiotem zajmującym się ich przetwarzaniem, osiągnięcie poziomów zbierania określonych w rozporządzeniu (jeśli nie zostaną one osiągnięte, musi zapłacić na rachunek urzędu marszałkowskiego opłatę produktową) oraz składanie marszałkowi województwa rocznych sprawozdań o rodzaju, ilości i masie wprowadzanych do obrotu baterii i akumulatorów, osiągniętych poziomach zbierania oraz o wysokości należnej opłaty produktowej. Mamy też w ustawie zakaz umieszczania zużytych baterii i zużytych akumulatorów razem z innymi odpadami w tym samym pojemniku – teoretycznie grzywnę można dostać nawet za wrzucenie bateryjek z pilota do telewizora do własnego domowego kosza na śmieci, nie mówiąc już o wyrzuceniu zawartości takiego kosza do kontenera na śmietniku. (Oczywiście skontrolowanie, czy ktoś nie popełnia takiego wykroczenia jest trudne – więc tylko czekać poprawki, która nałoży na każdego obowiązek wpuszczania do domu kontroli śmieciarskich lub podpisywania wyrzucanych na śmietnik worków na śmieci).

Państwo a przedłużanie gatunku

17 sierpnia, 2010

Bloger Praworęczny napisał w tekście „Lewackie gusła”, że „państwo powinno oczywiście tolerować związki jednopłciowe jak i zachowania homoseksualne, ale nie powinno ich afirmować. Młody obywatel musi wiedzieć, że to zachowania heteroseksualne są najbardziej pożądane społecznie i biologiczne, bo dają życie i przedłużają gatunek, przez co tworzą się następne pokolenia. Zrównywanie rang par hetero z homo to robienie z par hetero frajerów piorących pieluchy i obniżanie znaczenia prokreacji”.
Moim zdaniem taka argumentacja jest niebezpieczna. Jeśli uznamy, że przedłużanie gatunku i tworzenie następnych pokoleń jest wartością wystarczającą, by w jej imię państwo nadawało ludziom różne rangi (czyli mówiąc „po lewacku” – dyskryminowało ich), to logiczną konsekwencją takiego założenia jest nie tylko przyjęcie, że pary heteroseksualne powinny być faworyzowane względem par homoseksualnych, ale również przyjęcie, że powinny być one faworyzowane względem osób samotnych, czyli jak to się dziś mówi singli. I to nie tylko w postaci uniemożliwienia singlom wspólnych rozliczeń podatkowych z jakimiś innymi bliskimi osobami tak jak jest to obecnie możliwe dla małżeństw, ale również np. w postaci „bykowego” – dodatkowego specjalnego podatku płaconego niejako za karę, że pozostaje się w stanie bezżennym.
Logiczną konsekwencją takiego założenia jest również przyjęcie, że w ramach związków heteroseksualnych państwo powinno preferować i popierać takie zachowania, które prowadzą do przedłużania gatunku. Na przykład w postaci becikowego, akcyzy na środki antykoncepcyjne czy sponsorowanych przez państwo programów promowania wielodzietności. Jak również obowiązkowych lub przynajmniej finansowanych przez państwo lekcji wychowania seksualnego popularyzujących seks bez gumki i obrzydzających wszelkie zachowania seksualne, które nie prowadzą do prokreacji, takie jak seks oralny, analny czy praktyki BDSM.
Ostateczną konsekwencją jest społeczeństwo rodem z „Zamkniętego świata” Roberta Silverberga, gdzie rozmnażanie się podniesione jest do rangi najwyższej cnoty, seks pozamałżeński (sprzyjający wszak rozmnażaniu) jest nie tylko akceptowany, ale wręcz traktowany jako społeczny obowiązek, a „samolubów” fizycznie się likwiduje, by nie przeszkadzali.

12 miliardów i nie trzeba podnosić podatków

14 sierpnia, 2010

Profesor Dariusz Filar, członek Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów, udowadnia na łamach „Gazety Wyborczej”, że na dzień dzisiejszy, biorąc pod uwagę możliwe zagrożenie wiarygodności Polski na światowych rynkach finansowych, lepiej podnieść podatki niż zmniejszać wydatki z tegoż budżetu. Według tego doradcy premiera możliwe reformy po stronie wydatków albo przyniosą stosunkowo niewielkie oszczędności (np. oszczędności na becikowym, zasiłku pogrzebowym czy wyłączenie najbogatszych rolników z KRUS), albo też przyniosą je dopiero po długim czasie (wydłużenie wieku emerytalnego, reforma emerytur „mundurowych”). Zatem trzeba pilnie szukać dodatkowych wpływów do budżetu i to w wymiarze wyższym niż ten, na który na razie zdecydował się rząd: tutaj prof. Filar proponuje wprowadzenie jednolitej 19% stawki VAT bez ulg – czyli faktycznie podwyższenie tego podatku dla większości społeczeństwa, a najbardziej dla najuboższych (którym na pocieszenie zwiększyłoby się kwotę wolną od podatku dochodowego) – oraz ponowne zwiększenie składki rentowej dla pracowników, przy jednoczesnym zmniejszeniu jej dla pracodawców. Pierwsze rozwiązanie miałoby dać „ponad 10 mld” zysku dla budżetu netto rocznie, drugie – „niespełna 2 mld”.
Argumentacja prof. Filara jest jednak nieprzekonująca. Oszczędności, które bierze pod uwagę, nie są jedynymi możliwymi oszczędnościami w budżecie państwa. Doradca premiera w ogóle nie rozważa możliwości zaoszczędzenia na samym aparacie państwa, czyli przede wszystkim na kosztach administracji – tak centralnej, jak i samorządowej (co pozwoliłoby zmniejszyć subwencje dla samorządów). Można wyliczyć, że nawet bez jakiegokolwiek ograniczania liczby urzędników samo zmniejszenie ich wynagrodzeń w taki sposób, by średnie wynagrodzenie w administracji było równe średniemu wynagrodzeniu w gospodarce ogółem (obecnie jest ok. 1,424 raza wyższe) dałoby w efekcie oszczędności rzędu 9,2 mld zł rocznie. Dodatkowo, sam rząd w ubiegłym roku szacował, że zmniejszenie liczby urzędników  w państwowych jednostkach budżetowych, funduszach i agencjach o 10% przyniosłoby 1,3 mld zł oszczędności rocznie – niestety po zaledwie dwóch miesiącach „opór materii” w postaci krytyki ministrów, członków Rady Służby Cywilnej i związków zawodowych spowodował, że wycofano się wstydliwie z pomysłu.

Niezamierzone konsekwencje

11 sierpnia, 2010

W marcu 2007 roku rząd Jarosława Kaczyńskiego przyjął forsowany przez ówczesnego ministra edukacji Romana Giertycha program poprawy stanu bezpieczeństwa w szkołach i placówkach „Zero tolerancji dla przemocy w szkole”. Program nakreślał ogólną strategię działań państwa w kierunku ograniczenia przemocy wśród młodzieży szkolnej, wbrew nazwie nie ograniczających się jedynie do terenu „szkół i placówek”. Wśród planowanych działań były między innymi:
– wprowadzenie możliwości wprowadzania przez rady gmin „przepisów ustanawiających zakaz przebywania w miejscach publicznych w porze nocnej osób nieletnich bez opieki osoby dorosłej” (czyli godziny policyjnej dla młodzieży);
– wprowadzenie zakazu rozpowszechniania „brutalnych programów i gier komputerowych” (przy równoczesnej ocenie, że stanowią one 85% wszystkich gier komputerowych dostępnych na rynku);
– wprowadzenie obowiązku „stosowania jednolitych strojów w szkołach podstawowych i gimnazjalnych” (czyli przymusowych mundurków); taki ustawowy obowiązek rzeczywiście na pewien czas (do 2008 r.) wprowadzono.

Krótki wpis o terrorystach

11 sierpnia, 2010

Bartosz Dominiak, wiceprzewodniczący SdPl, nazwał „terrorystami” protestujących przeciwko usunięciu krzyża spod Pałacu Prezydenckiego. „Z terrorystami nie powinno się negocjować” – oświadczył.
W rewanżu dziennikarz Piotr Gociek nazwał „ekoterrorystami” działaczy Greenpeace, którzy wdrapali się na dach Ministerstwa Środowiska w proteście przeciwko wycinaniu Puszczy Białowieskiej.
I tak protesty polegające na tym, że ktoś sobie stoi gdzieś, gdzie specjalnie nikomu nie przeszkadza i coś sobie krzyczy zrównywane są z zamachami bombowymi, porwaniami i braniem zakładników. Za chwilę każdy, kto ośmieli się wyjść na ulicę i protestować przeciwko czemukolwiek, zostanie okrzyknięty terrorystą. A przeciwko terroryście wszystkie środki są przecież dozwolone. Walka z terrorystami usprawiedliwia dowolne ograniczenie wolności i praw obywatelskich.
Trochę umiaru w obelgach, panowie.

Liberalizm oralno-analny

8 sierpnia, 2010

W totalitarnym państwie Oceanii opisanym w powieści „1984” istniał zwyczaj nadawania rządowym organom nazw sugerujących, że zajmują się one czymś całkowicie przeciwnym do tego, czym się zajmowały w rzeczywistości. I tak ministerstwo prowadzące nieustanną wojnę nazywało się Ministerstwem Pokoju, ministerstwo zajmujące się fałszowaniem informacji i okłamywaniem obywateli nosiło nazwę Ministerstwa Prawdy, Ministerstwo Obfitości obcinało racje żywnościowe, a Ministerstwo Miłości więziło i torturowało przeciwników politycznych. W ten sposób uciemiężonym ludziom wmawiano, że władza daje im pokój, prawdę, obfitość i miłość. Kto miałby ochotę występować przeciwko takiej władzy?
To fikcja literacka – ale okazuje się, że podobny zwyczaj zaczyna być stosowany w rzeczywistości w Polsce. Oto w Sejmie obecnej kadencji istnieje organ o nazwie „Komisja Nadzwyczajna „Przyjazne Państwo” do spraw związanych z ograniczaniem biurokracji”. I, jak można przeczytać w prasie, organ ten zgłosił ostatnio projekt znacznego zaostrzenia kar bynajmniej nie dla opieszałych, niekompetentnych, złośliwych czy skorumpowanych urzędników – ale dla ludzi zajmujących się handlem poza miejscem do tego przeznaczonym. Do tej pory ulicznemu handlarzowi, który ośmiela się coś sprzedawać w takim miejscu (mając zgłoszoną do ewidencji działalność gospodarczą) grozi „jedynie” (art. 54 Kodeksu wykroczeń) grzywna do wysokości 500 zł albo nagana. Po zaostrzeniu przepisów będzie można mu legalnie zrabować – to znaczy skonfiskować – cały przeznaczony na sprzedaż towar. (Z przecieków można wnioskować, że pierwotny pomysł przewidywał także karę aresztu lub ograniczenia wolności, ale nie wiem, czy to przeszło, bo na internetowej stronie komisji nie ma jeszcze treści ostatecznie przyjętego projektu; tak samo nie wiadomo, czy nie podniesiono maksymalnej wysokości grożącej grzywny do wysokości domyślnej, czyli 5000 zł).

Kom…or Tarkin

6 sierpnia, 2010

„Od kogo dostał to wysokie stanowisko?
I czy w ogóle uczciwe jest to wszystko?
Polityka to tarzanie się w błocie
i każdy się musi ubrudzić.
Tak się toczą losy niezbadanie,
nie wiesz nim się stanie, co się komu stanie.
Tylko tyle i aż tyle nam wiedzieć jest dane –
niekiedy tylko coś więcej powiedziane.”

httpv://www.youtube.com/watch?v=U6r5bm5xVE0

Ofiary państwa

5 sierpnia, 2010

Ledwo zdarzyło mi się napisać tekst o tym, dlaczego państwo w odróżnieniu od biznesu w bardzo niewielkim stopniu liczy się ze zdaniem „zwykłych ludzi”, stała się rzecz niespotykana: rządzący ugięli się przed protestem stosunkowo mało licznej, spontanicznie działającej („nikt tego nie koordynuje, nie ma tam szefostwa, nie ma tam działaczy, nie ma żadnego planu, nie ma harmonogramu”) grupy osób, rezygnując póki co z przeniesienia krzyża spod Pałacu Prezydenckiego. Ugięli się, wprawdzie w stosunkowo mało istotnej dla siebie sprawie (wątpię, by równie łatwo ustąpili np. w sprawie podwyżki podatków), niechętnie i tymczasowo, ale jednak.
I oto okazuje się, że fakt ten przyjmowany jest przez wielu ludzi z najwyższym niesmakiem. Sytuacja, która w przypadku relacji „zwykli ludzie” – biznes (jak w przypadku protestów przeciwko „Zimnemu Lechowi”, drwinom Figurskiego i Wojewódzkiego pod znaczkiem Coca-Coli czy usunięciu Kataryny z Facebooka) uznawana jest za normalną, w przypadku relacji „zwykli ludzie” – państwo nazywana jest „porażką i kompromitacją państwa”, jego „kapitulacją” przed „grupą psycholi”, narażeniem na szwank jego autorytetu, jego klęską, jego „porażającą biernością” i słabością objawiającą się w negocjacjach z „sekciarzami”, bezradnością Rzeczypospolitej, zbrodnią na jej powadze i majestacie, „obrzydliwym, cuchnącym ropniem informującym o infekcji organizmu”

Wolność = Ja Nie!

2 sierpnia, 2010

Kompania Piwowarska zdecydowała, że zdejmie baner z napisem „Zimny Lech” umieszczony niedaleko Wawelu. Stało się tak po tym, jak osoby uważające, że taki napis nie jest stosowny w pobliżu miejsca pochówku Lecha Kaczyńskiego (m. in. eurodeputowani Marek Migalski i Ryszard Czarnecki) ogłosiły akcję bojkotu jej produktów.
Kilka dni temu Facebook odblokował konto blogerki Kataryny, zawieszone wcześniej po zgłoszeniach o naruszanie regulaminu. Choć zarządzający tą internetową społecznością mogli przyjąć interpretację regulaminu niekorzystną dla Kataryny (jest w nim napisane, że użytkownicy muszą rejestrować się pod „real name” czyli prawdziwym nazwiskiem), to jednak ugięli się w obliczu protestu zorganizowanego przez ok. 0,04‰ użytkowników.
Jakiś czas temu Coca-Cola po protestach ludzi oburzonych piosenką Michała Figurskiego i Kuby Wojewódzkiego „Do celu” („Jarek po trupach do celu, każdy chce leżeć na Wawelu”) wycofała się ze sponsorowania audycji radia Eska Rock, w której zostało to zaśpiewane. „Wyrażamy ubolewanie, że nasza marka została wykorzystana w programie, który mógł urazić uczucia wielu osób” – napisali przedstawiciele koncernu.
Okazuje się, że giganci biznesu liczą się ze zdaniem zwykłych ludzi i to nawet wtedy, gdy nie jest ono wyrażane w zbyt masowy sposób.
Dlaczego? Ano dlatego, że źródłem ich zysków są właśnie tacy zwykli ludzie. Zwykli ludzie, którzy mogą zrezygnować z kupowania i użytkowania ich produktów. Zwłaszcza, że konkurencja nie śpi – zamiast piwa Lech można wypić piwo Żywiec, zamiast Coca-Coli Pepsi, a z Facebooka można zrezygnować na rzecz NK, Twittera czy MySpace. Więc lepiej się zwykłym ludziom nie narażać. Nawet, jeśli niezadowolonych jest mało. Bo jeśli się nie zareaguje, to za chwilę może być ich więcej, a wizerunek firmy na tle konkurentów dozna uszczerbku. A to może przełożyć się na wymierne straty finansowe. Jeśli dajmy na to 10% lub nawet 1% konsumentów zrezygnuje, zyski będą odpowiednio mniejsze.
Inaczej jest z państwem. Rządzący państwem nie liczą się ze zdaniem zwykłych (a nawet „mniej zwykłych”) ludzi aż w takim stopniu. Przykład pierwszy z brzegu – protest przeciwko zmianom w ustawie o radiofonii i telewizji, podpisany przez wielu znanych publicznie przedstawicieli organizacji pozarządowych i tzw. środowisk twórczych, poparty dodatkowo kilkuset głosami „szeregowych obywateli”. Nie przyniósł żadnego efektu – po porozumieniu politycznym PO i SLD zapowiedziano już, że zmiany przejdą.
Inny przykład – jednomandatowe okręgi wyborcze. Mimo wielu petycji na rzecz wprowadzenia ordynacji wyborczej do Sejmu opartej na takich okręgach (np. www.jednomandatowe.pl, apel.jow.pl, wcześniejsze apele do prezydentów Kwaśniewskiego i Kaczyńskiego, nie mówiąc już o 750 tysiącach podpisów zebranych pod wnioskiem o przeprowadzenie w tej sprawie referendum) rządzący konsekwentnie je ignorują, posuwając się aż do łamania prawa (wspomniany wniosek o referendum mimo złożenia w Sejmie nie doczekał się w ogóle rozpatrzenia, a formularze z podpisami zniszczono).

Czas wyskoczyć z garnka

1 sierpnia, 2010

Polityczne Poruszenie Polskich Internautów organizuje akcję wysyłania maili do Ministerstwa Finansów ze sprzeciwem wobec zapowiedzianego przez premiera zamiaru podwyższenia podatku VAT. Na stronie PPPI jest gotowy formularz, wystarczy wpisać swoje dane i kliknąć, by treść protestu została wysłana do MF (przynajmniej tak to ma działać). Namawiam wszystkich, by przyłączyli się do tej akcji – oczywiście samodzielne wysyłanie maili na adres Ministerstwa Finansów, premiera, posłów, senatorów oraz prezydenta nie jest zabronione. 🙂