Co jest kradzione?

21 marca, 2011

Co kradzione – albo niszczone – jest autorowi utworu, albo innemu właścicielowi praw autorskich do tego utworu, podczas tworzenia, użytkowania lub rozpowszechniania „pirackiej” kopii, utworzonej na bazie kopii legalnie kupionej?
No bo coś chyba musi być kradzione, albo niszczone, skoro coraz powszechniej nazywa się to „naruszeniem własności intelektualnej”?
Tylko właśnie co?
Nie jest kradziona ani niszczona żadna rzecz materialna – autorowi, czy innemu właścicielowi praw autorskich, nic nie jest tu zabierane ani dewastowane. Nie traci on przez to nośnika, na którym jest zapisany skopiowany utwór.
Nie jest kradziony ani niszczony także sam utwór – właściciel praw autorskich dalej może go odtworzyć z posiadanego nośnika. Najprawdopodobniej istnieją także inne jego kopie.
Nie jest też „kradziona” praca autora czy właściciela praw autorskich, w sensie takim, że wykonuje on tu jakąś pracę, za którą nie otrzymuje zapłaty. Bo nie wykonuje on tu żadnej pracy. Owszem, praca została wykonana w celu stworzenia oryginału oraz legalnych kopii – ale za te legalne kopie zarówno autor, jak i inny właściciel praw autorskich (np. producent czy dystrybutor) otrzymał już (bądź ma przyrzeczoną) uzgodnioną zapłatę.

Ustawodawcy na bakier z logiką

14 marca, 2011

W kontrowersyjnym projekcie ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji oraz niektórych innych ustaw (przewidującym m. in. nakaz rejestrowania serwisów internetowych dostarczających treści wideo w wykazie prowadzonym przez Przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, co jest odbierane jako zagrożenie dla wolności wypowiedzi) znajduje się elementarny błąd logiczny. Popatrzmy na znajdujące się tam definicje:
usługą medialną jest usługa w postaci programu albo audiowizualnej usługi medialnej na żądanie, za którą odpowiedzialność redakcyjną ponosi jej dostawca i której podstawowym zadaniem jest dostarczenie przez sieci telekomunikacyjne ogółowi odbiorców audycji, w celach informacyjnych, rozrywkowych lub edukacyjnych; usługą medialną jest także przekaz handlowy”;
programem jest usługa medialna stanowiąca uporządkowany zestaw audycji, przekazów handlowych lub innych przekazów, rozpowszechniany w całości, w sposób umożliwiający jednoczesny odbiór przez odbiorców w ustalonym przez nadawcę układzie”;
audiowizualną usługą medialną na żądanie jest usługa medialna świadczona w ramach działalności gospodarczej umożliwiająca odbiór audycji audiowizualnych w wybranym przez odbiorcę momencie, na jego zamówienie, w oparciu o katalog ustalony przez dostawcę tej usługi”.

Spamerzy atakują

8 marca, 2011

Ostatnio poświęcałem temu blogowi mało czasu i nie zauważyłem, że coś się stało z jego kanałem RSS – niektóre agregatory (np. na Gazecie Libertariańskiej, Libertarianizm.pl, chyba również na Blogmedia24.pl) przestały go odczytywać. Po otrzymaniu tej informacji sprawdziłem stronę z kanałem – otwierała się w Firefoksie, natomiast Internet Explorer zwrócił błąd źródła strony – po bliższym przyjrzeniu się zauważyłem, że już po tagu </rss> doklejał się jeszcze następujący śmieć:
<style type=”text/css”>#sp, #sp a {font-size: 9px;color: #777777;border-bottom: none;clear: both;}</style><div id=’sp’ style=’text-align:right;’></div>
Dopiero dzisiaj miałem więcej czasu na przeanalizowanie problemu i okazało się, że ów śmieć jest wynikiem kukułczego jaja, który podrzucił mi jakiś spamer-haker (nie wiem, czy wykorzystując luki w kodzie WordPressa, czy luki w zabezpieczeniach serwera, czy wreszcie infekując którąś z licznych aktualizacji WordPressa lub pluginów). Jak się wydaje, kolega spamer zarabia pieniądze w rosyjskim systemie Sape. 🙂
Wrzucam to jako notkę, ponieważ przeszukując Google nie natrafiłem na jakieś bliższe informacje na temat tej metody spamowania i może jakiś zaglądający tu „hax0r” będzie wiedział coś więcej. A jeśli nie, to może chętnie poszerzy swoją wiedzę.
Natomiast pana (a może panią?) identyfikującego się stringiem _SAPE_USER „779996df51281cac3e467c014e73299e” upraszam o pozostawienie tego bloga w spokoju. Mogę przy okazji zapewnić, że firma, w której pracuję, na pewno bylaby zainteresowana zdolnym programistą.

Plan rzeczą świętą

7 marca, 2011

Jak donosi „Życie Warszawy”, stołeczny komendant policji oficjalnie zaplanował, że 4% wykrytych w 2011 r. przestępstw będzie popełnionych przez nieletnich. Inaczej mówiąc, narzucił podległym sobie policjantom wskaźniki nakazujące skierować do sądu przynajmniej tyle spraw dotyczących „małolatów”, by stanowiło to co najmniej cztery procent ogólnej liczby spraw. Zdaniem policjantów, oznacza to, że „będą musieli kierować do sądu sprawy o najdrobniejsze nawet wykroczenie popełnione przez nastolatka, np. kradzież batonika za złotówkę czy ubliżenie nauczycielowi”. Bo plan wszak rzeczą świętą. Nie ma znaczenia to, że warszawskie nastolatki mogą mieć akurat mniejszą chęć do wchodzenia w konflikt z prawem.
A co, jeśli mimo to nie uda się wykryć tylu przestępczych czynów spowodowanych przez nastolatków? Nasuwa się oczywisty pomysł – jak się da, unikać przyjmowania zgłoszeń o przestępstwach spowodowanych przez dorosłych złodziei i bandytów, lub umarzać postępowania w tych sprawach – tak, by spowodowało to w efekcie procentowy wzrost liczby przestępstw spowodowanych przez nastolatków w stosunku do ogólnej liczby przestępstw. 🙂  No, chyba, że to z kolei jest objęte jakimś planem kwotowym…
Wygląda na to, że PRL-owska skłonność do obejmowania wszystkiego planem jest mocno zakorzeniona. Jednak nawet i to można było zrobić w tym przypadku w sposób bardziej rozsądny i zgodny z oczekiwaniem społeczeństwa. Na przykład, przyjąć plan, że nie zostanie zgłoszonych przez obywateli więcej przestępstw niż jakaś określona liczba. Wtedy policji zależałoby na tym, by podejmować działania zapobiegające popełnianiu przestępstw. No ale jak widać, szefostwu policji bardziej zależy na tym, by ludzie przestępstwa popełniali (nawet jeśli miałoby to oznaczać robienie z ludzi przestępców niemalże na siłę) niż na tym, by ich nie popełniali…

Prezes UKE nakazuje miastu cenzurę

9 stycznia, 2011

Rok temu, gdy trwały prace nad ustawą o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych, sejmowa komisja zajmująca się projektem tej ustawy poprosiła Biuro Analiz Sejmowych o opinię dotyczącą zgodności z Konstytucją RP artykułu 7, ust. 4 pkt. 3 owego projektu. Punkt ten dotyczył przypadku, kiedy jednostka samorządu terytorialnego (np. gmina) zamierza świadczyć na swoim terenie usługę dostępu do Internetu za darmo lub po cenie niższej od rynkowej i uzyskuje w tym celu zgodę Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej, wydaną w trybie decyzji. Brzmiał zaś następująco:
„Decyzja, o której mowa w ust. 1, określa:
1) obszar, którego dotyczy działalność;
2) maksymalną przepływność łącza;
3) warunki świadczenia usługi dostępu do Internetu, w tym maksymalny czas, po upływie którego następuje zakończenie połączenia, oraz obowiązek blokowania dostępu do treści zakazanych dla dzieci lub młodzieży lub sprzecznych z publicznym charakterem zadań realizowanych przez jednostki samorządu terytorialnego”
.
Wątpliwości posłów z komisji wzbudził zapis o „obowiązku blokowania” – zwłaszcza, że równocześnie trwała publiczna dyskusja nad rządowym pomysłem wprowadzenia Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. Biuro Analiz Sejmowych przygotowało opinię, która uznała ten zapis za niezgodny z art. 54 ust. 1 Konstytucji (stanowiącym, że „każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”), nawet w powiązaniu z art. 31 ust. 3 Konstytucji („Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw”). W opinii Biura, w szczególności „niejasna konstrukcja art. 7 ust. 4 projektu umożliwia sformułowanie wniosku, że treść nakazu blokowania dostępu do stron – stanowiącego w istocie ograniczenie wolności pozyskiwania informacji z art. 54 ust. 1 – jest nie tyle wprowadzana wprost w projekcie ustawy, co w drodze decyzji Prezesa UKE. Taka sytuacja dodatkowo wzmacnia wniosek o konstytucyjnej niedopuszczalności omawianego przepisu z punktu widzenia art. 31 ust. 3 konstytucji”.
Opinia ta była przekonująca dla posłów (przewodniczący komisji, p. Janusz Piechociński, stwierdził jednoznacznie, że „nie będzie blokowania stron”, choć „rząd (…) planował  wprowadzenie cenzury w sieci”) i w projekcie ustawy znajdującym się w sprawozdaniu komisji z 4 marca 2010 r. – jak również w ostatecznej, uchwalonej wersji ustawynie ma już nic o żadnym obowiązku blokowania. Wymieniony wyżej punkt brzmi w ustawie następująco:
„Decyzja, o której mowa w ust. 1, określa:
1) obszar, którego dotyczy działalność;
2) maksymalną przepływność łącza;
3) warunki świadczenia usługi dostępu do Internetu, w tym maksymalny czas, po upływie którego następuje zakończenie połączenia”
.
Niestety okazuje się, że wbrew intencjom posłów i oświadczeniu p. Piechocińskiego, blokowanie jednak jest. Oto 30 grudnia 2010 r. Prezes UKE wydał decyzję o zgodzie na świadczenie przez miasto Przasnysz usługi dostępu do Internetu bez pobierania opłat za pomocą hotspotów. Decyzja ta określa nie tylko obszar, którego dotyczy działalność (8 hotspotów w podanych lokalizacjach), maksymalną przepływność łącza (256 kb/s) oraz maksymalny czas, po upływie którego następuje zakończenie połączenia (60 minut), ale również, że:
„zablokowane będą strony internetowe z treściami erotycznymi, nielegalnymi, w ramach możliwości technicznych uniemożliwione powinny zostać połączenia Peer to Peer umożliwiające wymianę plików pomiędzy użytkownikami końcowymi oraz wszelkie aplikacje wykorzystujące tę technologię”;
„użytkownikom końcowym udostępnione będą wyłącznie protokoły http (Port 80), https (port 443), porty wykorzystywane przez serwisy e-mail (Port 25, Port 110, Port 143, Port 465, Port 993, Port 995) oraz standardowe porty, z których korzystają komunikatory internetowe”.

Obietnica premiera gówno warta

4 grudnia, 2010

Osiem miesięcy temu pisałem o zgłoszonej przez Komisję Europejską propozycji dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady mającej zobowiązać państwa członkowskie do blokowania dostępu do stron internetowych zawierających lub rozpowszechniających „pornografię dziecięcą” – rozumianą jako wszelką pornografię ukazującą osoby w wieku poniżej 18 lat oraz „wyglądające” jak takie, a także „realistyczne obrazy” takich osób. Wczoraj Rada Unii Europejskiej przyjęła tę propozycję (z niewielkimi modyfikacjami w porównaniu do wersji sprzed kilku miesięcy) jako „ogólne podejście”, które trafi teraz do uchwalenia przez Parlament Europejski. Jak informuje Fundacja Panoptykon i „Rzeczpospolita”, rząd polski (reprezentowany na posiedzeniu Rady przez ministra spraw wewnętrznych Jerzego Millera i podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości Igora Dzialuka) poparł kontrowersyjny (sprzeciwiały się mu Niemcy i Rumunia) zapis w artykule 21 proponowanej dyrektywy, przewidujący, że „jeżeli usunięcie stron internetowych zawierających lub rozpowszechniających pornografię dziecięcą nie jest możliwe, państwa członkowskie podejmują środki, ustawodawcze i nieustawodawcze, niezbędne do tego, by możliwe było blokowanie dostępu do stron internetowych zawierających lub rozpowszechniających pornografię dziecięcą użytkownikom Internetu na ich terytorium”.

Koniec fototyranii

23 listopada, 2010

Okazuje się, że jeśli ktoś nie zgadza się na fotografowanie swojej osoby, ma prawo w obronie swojego wizerunku zastosować fizyczną przemoc przeciwko fotografowi, np. wykręcając mu rękę i kradnąc aparat. Stwierdził to oficjalnie sędzia Adam Grzejszczak, oddalając zażalenie dziennikarki Anity Gargas na postanowienie prokuratury umarzające postępowanie wobec człowieka, który fotografowany właśnie tak postąpił:
„Z zeznań świadków (w tym samej skarżącej) wynika, iż robiła ona zdjęcia Michała N. wbrew jego głośno wyrażonemu sprzeciwowi. (…) Zatem działanie M.N polegającego na wykręceniu ręki i odebraniu aparatu w tym kontekście należy uznać nie jako zastosowanie przemocy w rozumieniu art. 191 kk, ale jako działanie mające na celu zapobieżenie naruszaniu jego dobra w postaci wizerunku poprzez fotografowanie bez zezwolenia”.
Obecni przy zdarzeniu policjanci twierdzili wprawdzie, że dziennikarka ma prawo robić zdjęcia, a odebranie jej aparatu będzie czynem karalnym. No ale sąd jednak chyba lepiej zna się na prawie?
Wprawdzie polski system prawny nie opiera się na precedensach, często jednak sądy w swych orzeczeniach powołują się na orzeczenia i uzasadnienia w innych sprawach. Uzasadnienie sędziego Grzejszczaka jest zatem mocnym argumentem dla każdego, kto nie życzy sobie być filmowany przez kamery monitoringu na ulicach miast i w innych miejscach publicznych lub nie chce zdjęć robionych mu przez fotoradary na drogach, i w tym celu postanowi fizycznie usunąć fotografujące urządzenie. Urwanie i zabranie kamery lub fotoradaru jest przecież działaniem mające na celu zapobieżenie naruszaniu jego dobra w postaci wizerunku poprzez fotografowanie bez zezwolenia.

Zakazać obrony przed Ryszardem C.

25 października, 2010

Okazuje się, że politycy, przynajmniej ci z SLD, są pozbawieni zdolności logicznego myślenia. Oto po zabójstwie Marka Rosiaka w biurze PiS w Łodzi – dokonanym bronią, na którą zabójca nie miał zezwolenia – Grzegorz Napieralski oznajmił, że jego partia będzie domagać się całkowitego zakazu sprzedaży broni osobom fizycznym.
Innymi słowy, będzie domagać się uniemożliwienia legalnego dostępu do broni nie osobnikom podobnym zabójcy Ryszardowi C., który i tak takiego dostępu nie miał, ale ich potencjalnym ofiarom. Po wejściu w życie takiego zakazu zamachowcy będą już pewni, że ich cele nie będą mogły im zagrozić legalnie posiadaną bronią i że w związku z tym groźba otrzymania kulki w głowę od atakowanych będzie już naprawdę bardzo niewielka. Obecnie takie ryzyko jest większe – bo niektóre osoby, zwłaszcza na wysokich stanowiskach, mogą mieć zezwolenie na broń i posiadać ją legalnie.
A jeśli broń w Polsce mógłby sobie kupić i nosić każdy, to czy Ryszard C. w ogóle zaryzykowałby napad? Wiedząc, że może zostać zastrzelony na miejscu przez dowolną osobę tam się znajdującą?

Bat na niepokornych przedsiębiorców

11 października, 2010

Na fali antydopalaczowej histerii posłowie prawie jednogłośnie w ostatni piątek (8 października) uchwalili ustawę o zmianie ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii oraz ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Ustawa ta obok zakazu wytwarzania wprowadzania do obrotu jakiejkolwiek substancji „używanej zamiast środka odurzającego lub substancji psychotropowej lub w takich samych celach jak środek odurzający lub substancja psychotropowa, których wytwarzanie i wprowadzanie do obrotu nie jest regulowane na podstawie przepisów odrębnych” (ciekawe, czy na tej podstawie zostanie zakazana sprzedaż gałki muszkatołowej?) daje rządowi do ręki narzędzie dające rządowi w praktyce możliwość legalnego zniszczenia w zasadzie dowolnego biznesu produkcyjnego lub handlowego – a co za tym idzie, również całkowitego go kontrolowania poprzez groźbę takiego zniszczenia.

Histeria

5 października, 2010

To jest histeria. Rząd organizuje pokazową akcję zamykania legalnie prowadzonych sklepów oznajmiając wprost, że działa „na granicy prawa”, premier zwołuje konferencje prasowe, Ministerstwo Zdrowia oraz główna partia opozycyjna na gwałt wysuwają projekty ustaw mających zakazać działalności całej branży, adwokaci odmawiają współpracy w sprawie ewentualnych odszkodowań z właścicielami zamkniętych sklepów, rzecznik rządu oraz minister sprawiedliwości mówią o „handlu śmiercią”… Można by pomyśleć (i pewnie czytając relacje w mediach wiele osób tak sądzi), że pod szyldem „dopalaczy” sprzedawano wąglik albo inną substancję, która powodowała masowe zgony ludzi. Nic dziwnego, że 91% osób pytanych przez ankieterów akceptuje działania dzielnego szeryfa Donalda i jego ludzi, którzy ocalili Polaków przed zagładą z rąk pana Bratki i podobnych mu zbrodniarzy.