Archiwum kategorii ‘Ogólne’

„Wśród dotychczas nagrodzonych Noblem ekonomistów nie ma Polaków”

wtorek, październik 12th, 2021

Dla dziennikarza portalu gazeta.pl Kacpra Kolibabskiego, tego samego, który niedawno napisał, że fale radiowe są znacznie wolniejsze niż światło, noblista Leonid Hurwicz – który posiadał polskie obywatelstwo (do pewnego momentu jako jedyne), od dziecka mówił po polsku, posługiwał się tym językiem w domu, ukończył w Polsce szkołę i studia prawnicze, i którego rodzice wrócili do Polski z Moskwy (gdzie się urodził) natychmiast po odzyskaniu przez Polskę niepodległości – nie jest Polakiem. Czyżby dlatego, że wyemigrował do USA? To w takim razie co z Marią Skłodowską-Curie, która wyemigrowała do Francji, a polskiego obywatelstwa nigdy nie miała?
A może dlatego, że był Żydem?
W takim razie, czy dla redaktora Kolibabskiego redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” (z którą powiązana jest gazeta.pl) Adam Michnik też – jako niewątpliwy Żyd – to nie Polak? A Julian Tuwim? Bolesław Leśmian? Berek Joselewicz? Irena Szewińska?
Widzę, że do Leonida Hurwicza, który jako student Uniwersytetu Warszawskiego pochodzenia żydowskiego protestował przeciwko religijno-etnicznej segregacji w salach wykładowych i który – wg jego brata – został zwolniony od służby w polskim wojsku dlatego, że jako absolwent wyższej uczelni musiałby odbyć ją w szkole oficerskiej, a nie chciano zbyt wielu oficerów-Żydów, wielu Polaków nadal nie chce się przyznać. Nawet tych dalekich od nacjonalizmu.

Czeladź i Niemcy

niedziela, wrzesień 5th, 2021

5 września 1939 roku oddziały niemieckie zajęły moje rodzinne miasto Czeladź, która wkrótce potem (w październiku 1939 r.) została wcielona do Rzeszy – dlatego mój ojciec urodził się formalnie w Niemczech, w rejencji katowickiej. Warto wspomnieć, że niecały rok później (17 lipca 1940 r.) urządzono w Czeladzi ogólnomiejską łapankę, podczas której zatrzymano całą polską męską ludność miasta (!) – wielu z zatrzymanych bito i torturowano, a kilkuset z nich aresztowano, wydarzenia te znane są jako „krwawa środa”.
Nie każdy jednak wie, że nie była to pierwsza po zakończeniu I wojny światowej niemiecka zbrojna agresja na Czeladź i polskie granice. Palma pierwszeństwa przypada tu republice rządzonej przez socjaldemokratów Eberta i Scheidemanna. Już 10 marca 1919 roku oddział regularnej armii niemieckiej – dwie kompanie wojska, w sile ok. 400 żołnierzy uzbrojonych w karabiny ręczne i dwa ciężkie karabiny maszynowe – wbrew postanowieniom rozejmu z Trewiru przekroczył polską granicę w pobliżu kopalni „Saturn” i zaatakował patrolujących ją polskich żołnierzy z 7. pułku piechoty Legionów (byłego 1. pułku Polnische Wehrmacht). W bitwie, która się wywiązała, zginęło trzech z nich – w tym jednego pojmano rannego i dobito kolbami karabinów – a ponad dziesięciu zostało rannych. Starcie, w którym polskich żołnierzy (w sile początkowo około 40, a docelowo ponad 100 ludzi) wsparli pracownicy kopalni, trwało około czterech godzin, potem oddział niemiecki wycofał się na swoją stronę granicy, pozostawiając 18 zabitych, 3 jeńców i prawie 50 rannych.
Zabitym Polakom w 1929 roku postawiono pomnik (na zdjęciu), który został zniszczony przez Niemców 11 listopada 1939 roku. W listopadzie 2020 roku niedaleko jego pierwotnej lokalizacji (obecna ul. Katowicka przy skrzyżowaniu z Nowopogońską, teraz jest tam symboliczny grób Polaków pomordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych) stanęła jego replika.
Jako ciekawostkę można podać, że już w XVII i XVIII wieku tereny Czeladzi, należącej wtedy do Księstwa Siewierskiego, były atakowane z obszaru Rzeszy i dochodziło do zbrojnych potyczek – wówczas chodziło o sporne grunty leżące na prawym brzegu Brynicy, do których rościła sobie prawo szlachta z Cesarstwa – najpierw Mieroszewscy, a potem Donnersmarckowie. Ostatecznie spór został rozstrzygnięty przez powołaną w tym celu komisję na korzyść Czeladzi, choć zatargi o granice posiadłości miejskich występowały jeszcze w XIX wieku.

Gospodarcza wojna z USA

czwartek, lipiec 8th, 2021

Rządząca partia wypowiada gospodarczą wojnę Stanom Zjednoczonym Ameryki.
Posłowie PiS wnieśli do Sejmu projekt ustawy, który uniemożliwia uzyskanie koncesji na rozpowszechnianie programów radiowych i telewizyjnych podmiotowi zagranicznemu, który jest zależny (w rozumieniu kodeksu spółek handlowych) od innego podmiotu z siedzibą lub miejscem zamieszkania poza Europejskim Obszarem Gospodarczym. A także dla spółki polskiej z wyższym niż 49% udziałem (bezpośrednim lub pośrednim) osób zagranicznych (w tym także z EOG).
Oznacza to, że spółka np. należąca do podmiotu niemieckiego (dajmy na to RTL Group) będzie mogła mieć koncesję na telewizję naziemną w Polsce, ale spółka należąca do podmiotu amerykańskiego już nie.
Oczywiście chodzi o konkretną spółkę – Polish Television Holding B.V. z siedzibą w Niderlandach, która jest właścicielem 100% akcji TVN S.A. A sama należy do amerykańskiego koncernu Discovery.
TVN S.A. bezpośrednio też nie dostanie koncesji (a dotyczasowe wygasną po pół roku od chwili wejścia w życie ustawy), o ile przynajmniej 51% jej akcji nie zostanie sprzedanych podmiotowi polskiemu bez nawet pośredniego udziału kapitału zagranicznego – czyli bardziej podatnemu na polityczne naciski ze strony polskiego rządu.
PiS zdecydowało się pójść na jawny konflikt z najważniejszym militarnym sojusznikiem Polski (ambasada USA już interweniowała w sprawie nieprzedłużania koncesji dla TVN24) tylko po to, by pozbyć się niezależnej telewizji krytykującej poczynania rządu. Ciekawe, czy dojdziemy do etapu, na którym pojawią się plakaty takie, jak ten tutaj?

Koronacja księdza Bolesława

niedziela, kwiecień 18th, 2021

18 kwietnia 1025 roku to możliwa i dość prawdopodobna data koronacji Bolesława Chrobrego (w ten dzień wypadała Wielkanoc), choć brane pod uwagę są i inne daty. Bolesław był pierwszym koronowanym władcą państwa nazywanego dziś Polską i z tego powodu tytułowany jest królem, podczas gdy jego poprzednik Mieszko nazywany jest księciem. Czy jednak jego poddani tytułowali go inaczej przed i po koronacji, czy widzieli różnicę i czy używali określenia „król”?
Polskie „książę” i ruskie „kniaź” (pochodzące od starosłowiańskiego „kъnędzь”) ma taką samą etymologię, co angielskie „king” czy niemieckie „König” (pochodzące od starogermańskiego „kuningaz”). „Kъnędzь” i „kuningaz” są słowami spokrewnionymi i oznaczają to samo: reprezentanta rodu (ang. „kin”), przywódcę plemienia, o charakterze początkowo tak politycznym, jak religijnym (stąd polskie „ksiądz” i litewskie „kunigas”). Czyli to samo, co łacińskie „rex” (również oznaczające tak władców, jak i kapłanów), hinduskie „radżan” czy „radża” czy gockie „reiks” (u Gotów reiks przewodził kuni – rodowi, a w szczególnych sytuacjach wybierano najwyższego przywódcę wszystkich plemion – kindins).
Staropolski „książę” (a tym bardziej „ksiądz”) oznaczał dla jego poddanych władcę tej samej rangi, co ówczesny staroniemiecki „kuning” czy anglosaski „cyning”. Jeszcze w „Kronice Wielkopolskiej” (pochodzącej z XIII w.) napisano: „”Ksiądz” (xandz) zaś jest większy niż pan, jakby władca lub wyższy król (superior rex)”, a także „duces  vero  exercitus  woyeuody  nominantur” – czyli za równoważny łacińskiemu „dux” (wódz, obecnie tłumaczonemu jako „książę”) uznano termin „wojewoda”. Jednak na zachód od Słowiańszczyzny coraz niechętniej określano słowiańskich władców tytułem „rex”, zamiast tego stosując często właśnie termin „dux” lub „princeps”. Wynikało to z powiązania tytułu „rex” z obrzędem koronacji, który mniej więcej od X wieku stał się powszechny dla suwerennych władców chrześcijańskiej Europy. Władcy niekoronowani postrzegani byli jako władcy niższej rangi. Koronacja Bolesława Chrobrego w 1025 r., a częściowo też wcześniejsze nałożenie mu korony cesarskiej (diademu) przez Ottona III w 1000 r. oznaczały oficjalne uznanie go za „rexa” w oczach Zachodu oraz być może chrześcijańskiej „inteligencji”, natomiast nic nie wskazuje, by wówczas zmieniła się jego powszechnie używana tytulatura wewnętrzna. Całkiem możliwe, że brzmiała ona „ksiądz” lub podobnie.
Termin „król”, „kral”, „korol” pojawił się w dotrwałych do dziś pismach dopiero od XI wieku i pierwszym władcą, jaki został tak w nich określony („kral” w tekście zapisanym w języku greckim) był św. Stefan węgierski około 1019 r. Nie jest wykluczone, że to Węgrzy jako pierwsi zaczęli oficjalnie używać tego terminu, przed Słowianami, choć słowo wydaje się zapożyczone (uległo potem przekształceniu w języku węgierskim do „kiraly”). Pierwszy zapis dotyczący władcy słowiańskiego tak nazwanego („kral”) to odnosząca się do władcy Chorwacji Zwonimira inskrypcja z Baszki, spisana głagolicą i pochodząca z początku XII w. A w przypadku władcy Polski najstarsze utrwalone w piśmie określenie „król” („krol Polski”) pochodzi najwcześniej z przełomu XII i XIII wieku, odnosi się do Mieszka Starego (obecnie nie określanego królem) i napisane jest alfabetem hebrajskim na monetach wybijanych ówcześnie przez Żydów.
Stefana i Zwonimira określano w łacińskich pismach tytułem „rex”. Nie wiadomo, czy określali się terminem „kral” przed ich ceremoniami koronacji. Gejzę, jednego z następców Stefana, basileus Michał VII Dukas tytułował „krales Turkias” (taki napis jest na plakietce stanowiącej część korony przesłanej przez niego węgierskiemu władcy, obecnie część korony św. Stefana) i z wizerunków na koronie wynika, że „krales” jest niższy rangą od basileusa. Z kolei Mieszko Stary określany był także jako „dux”, jak również hebrajskim terminem „melech” (suwerenny władca, dziś tłumaczony jako „król”) przez Żydów.
Można postawić hipotezę, że o ile św. Stefan przyjął tytuł „kral” (wg najpowszechniejszej opinii pochodzące od imienia Karola Wielkiego) w miejsce wcześniejszego słowa określającego naczelnego wodza węgierskich plemion (nagyfejedelem; tytuł ten, tłumaczony obecnie jako „wielki książę” etymologicznie miał znaczenie takie, jak po łacinie „capitaneus magnus”, bo węgierskie „fej”, podobnie jak łacińskie „caput”, znaczy „głowa”) z chęci umocnienia swojej władzy przez danie jej innej legitymizacji niż dotychczas (Stefan został nagyfejedelem niezgodnie z przyjętą tradycją i musiał stoczyć wojnę o władzę ze swoim krewniakiem) o tyle na Słowiańszczyźnie, w tym w Polsce, upowszechniał się on stopniowo (być może za przykładem węgierskim), funkcjonując najpierw zamiennie z tytułem księcia/księdza, a potem w końcu wypierając go w określeniu suwerennego najwyższego władcy, zaś „książę” zaczął znaczyć w końcu to, co łaciński „dux”, angielski „duke” czy niemiecki „Herzog”, a także łaciński „princeps”, angielski „prince” i niemiecki „Prinz”.

Kniaź, który mógł zmienić losy Europy

czwartek, kwiecień 15th, 2021

Dzisiaj wypada 540. rocznica niedoszłego zamachu na króla Kazimierza Jagiellończyka, planowanego przez jego krewnych Iwana Holszańskiego (prawnuka Iwana Olgimuntowica Holszańskiego, dziadka matki Kazimierza) oraz Michała Olelkowicza i Fiodora Bielskiego (prawnuków wielkiego księcia Olgierda, dziadka Kazimierza). Spiskowcy zamierzali zamordować króla w Niedzielę Palmową w 1481 roku, na weselu Bielskiego w Kobryniu, na którym miał być gościem. Wraz z królem mieli zginąć także jego synowie, co mogłoby obalić dynastię Jagiellonów i zmienić losy Litwy, Polski, a nawet Europy. Michał Olelkowicz miał zostać kolejnym wielkim księciem litewskim. Jednak Kazimierz dowiedział się jakoś o spisku (podobno służący dekorujący salę balową odkrył zgromadzoną broń) i Holszański z Olelkowiczem zostali schwytani, a następnie ścięci jeszcze 30 sierpnia tego samego roku (Bielski uciekł do Moskwy).
Po niedoszłym wielkim księciu Michale Olelkowiczu, który wcześniej przez kilka miesięcy rezydował w Nowogrodzie Wielkim, pozostał jeszcze jeden spadek mogący potencjalnie zmienić losy Europy: herezja Żydowinów (жидовствующих), którą zapoczątkował przywieziony przez niego do stolicy Republiki Nowogrodzkiej Żyd czy też Karaim Zachariasz Skara zwany Scharią (wg niektórych historyków Zachariasz ben Aaron ha-Kohen z Kijowa). Nauka Zachariasza, bliska judaizmowi (Żydowini nie wierzyli w Trójcę Świętą, boskość i zmartwychwstanie Jezusa, odrzucali sakramenty i celibat, uznawali prawo mojżeszowe), szybko zyskała poparcie u wpływowych duchownych i arystokratów w Nowogrodzie, a potem w Moskwie (między innymi u synowej wielkiego księcia Iwana i zarazem siostrzenicy Michała Olelkowicza, Heleny, matki następcy tronu) i w 1490 roku metropolitą moskiewskim został sprzyjający heretykom Zosima Brodaty. Jednak Żydowinom nie udało się opanować od środka cerkwi prawosławnej. Zosima został zmuszony do ustąpienia, a przywódców herezji oraz jej najważniejszych zwolenników spalono, uwięziono lub wygnano. Do jej tradycji odwoływała się potem część rosyjskich subbotników w XVIII w. i później. Niewykluczone, że istniał między nimi faktyczny związek – według Karola Dębińskiego niedobitki Żydowinów schroniły się do Litwy i Polski, gdzie przetrwały do XIX wieku, a następnie przesiedlono ich z powrotem do Rosji i „około 1840 r. namiestnik hr. Woroncow pozwolił im zamieszkać we wsi Jelenowce, razem z mołokanami w kraju zakaukazkim” (Jelenowka to obecne miasto Sewan w Armenii). Być może więc jacyś potomkowie sekty zapoczątkowanej w XV wieku w Nowogrodzie Wielkim przez członka świty kniazia-zdrajcy żyją dziś w Izraelu, dokąd wyemigrowało wielu subbotników.

Ryzyko w czasie epidemii

wtorek, kwiecień 13th, 2021

Wg danych zebranych do 11 kwietnia 2021 r. przez stowarzyszenie „STOP NOP” po szczepieniu na COVID-19 zmarło w Polsce 121 osób. Dodatkowo, z Ministerstwa Zdrowia uzyskano informację, że 1670 zaszczepionych przynajmniej jedną dawką osób zmarło w wyniku zakażenia wirusem SARS-CoV-2.
Do 12 kwietnia 2021 r. w Polsce wykonano 7687617 szczepień przeciwko COVID-19. Oznacza to, że ryzyko śmierci w związku ze szczepieniem lub w wyniku zakażenia wirusem pomimo niego wynosi 1791/7687617 = ok. 0,023%.
Z drugiej strony do dzisiejszego dnia w Polsce zarejestrowano 2599850 przypadków zakażeń SARS-CoV-2 i 59126 zgonów w związku z tymi zakażeniami. Ryzyko śmierci w związku ze stwierdzonym zakażeniem SARS-CoV-2 wynosi więc ok. 2,27%. Przyjmijmy jednak, że przypadku zakażeń jest w rzeczywistości dziesięciokrotnie więcej (wg. prof. Grzegorza Gieleraka liczba zakażonych jest 6-10 razy większa od oficjalnej), więc ryzyko śmierci w przypadku faktycznego zakażenia może wynosić ok. 0,227%
Czyli szczepienie zmniejsza to ryzyko statystycznie co najmniej mniej więcej dziesięciokrotnie. A prawdopodobnie dużo bardziej, ponieważ jak na razie szczepieniom poddawane były głównie osoby z grup zwiększonego ryzyka.
Oczywiście w indywidualnych przypadkach wygląda to inaczej i na przykład młoda, zdrowa osoba, która już przeszła zakażenie bez żadnych objawów może racjonalnie kalkulować, że szczepienie się jednak zwiększa w jej przypadku ryzyko – bo istnieje jakieś tam prawdopodobieństwo wystąpienia alergii z nieprzewidzianymi skutkami.
Można też kalkulować, że uniknie się zakażenia, izolując się i przeczekując jakoś do momentu, aż wirus przestanie się rozprzestrzeniać.
Ja jednak oceniam, że ryzyko poważnych konsekwencji po zakażeniu SARS-CoV-2 jest w moim przypadku dużo wyższe od średniej, a całkowite uniknięcie zakażenia jest mało prawdopodobne – chyba, że pozostałbym w izolacji przez lata, może do końca życia. Więc mimo tego, że mam obawy, poddam się szczepieniu.

Proto-feminizm w średniowiecznej Afryce

wtorek, marzec 9th, 2021

Wśród ludu Sidama zamieszkującego region o podobnej nazwie położony w południowej Etiopii znana jest legenda o rządach królowej Furry. Jako „królowa kobiet” miała ona przejąć władzę po śmierci swojego męża i zamordowaniu syna, i rządzić przez siedem lat lub dłużej, w XIV lub XV wieku (choć mówi się też o X wieku).
Jak głosi podanie, królowa Furra w obliczu tchórzostwa mężczyzn w bitwach posłała ich do kobiecych zajęć, wysyłając w zamian do walki kobiety. Kobietom powiedziała, żeby nie były posłuszne mężczyznom. Jej nienawiść do mężczyzn była tak duża, że kazała wykonywać im niemożliwe do realizacji zadania, takie jak przyniesienie wody z rzeki w sicie czy dzielenie włosa na sześcioro. W końcu kazała zabić wszystkich starych, niskich oraz łysych mężczyzn, upatrując w nich zagrożenie – według jednej z wersji legendy uratował się tylko jeden, według innej dwóch: niski wynalazca butów na obcasie oraz łysy wynalazca peruki. Kazała zbudować sobie także dom w powietrzu, między ziemią a niebem, ale odstąpiła od tego żądania, gdy wytłumaczono jej, że właścicielem domu jest ten, kto położył fundamenty.
W końcu nakazała znaleźć sobie zwierzę szybsze od konia, na którym mogłaby objeżdżać kraj. Mężczyźni przyprowadzili jej żyrafę i namówili, by dała się do niej przywiązać. Żyrafa popędziła przez kraj i wkrótce ciało królowej rozpadło się na kawałki, od których zostały nazwane niektóre miejscowości.
Mężczyźni Sidama śpiewali (może śpiewają do dziś) piosenkę, że „podczas jej rządów, mężczyźni mełli i gotowali dla kobiet – niech umrze!” i uderzali kijami jej symboliczny grób – miejsce, gdzie według podania upadł ostatni kawałek jej ciała. Za to kobiety ulewały w tym miejscu z szacunkiem mleka i śpiewały w kołysankach: „gdy żyła Furra, mężowie gotowali dla swych żon – może umrze znowu zmartwychwstawszy”.
To legenda. Ale zapewne jest w niej ziarno prawdy, bo skąd by się wzięła i przetrwała setki lat? Prawdopodobnie kiedyś istniała kobieta, która osiągnęła wśród ludu Sidama pozycję wodza. Niewykluczone, że rządziła surowo, jak wielu innych afrykańskich władców. I przypuszczalnie próbowała w jakimś stopniu podważyć ustalony porządek społeczny między płciami, dopuszczając na przykład kobiety do roli wojowniczek czy zezwalając im na nieposłuszeństwo wobec mężczyzn – a może nawet do niego namawiając – co w rezultacie zmusiło mężczyzn do zajmowania się w większym stopniu pracami domowymi. Być może brutalnie stłumiła bunt, a kolejny bunt przyniósł jej śmierć. A podważenie przez nią tradycyjnych ról płci było czymś tak niezwykłym, że potem opowiadano o tym z pokolenia na pokolenie.
Misjonarz Joao dos Santos, który odwiedził Etiopię na początku XVII wieku, zanotował, że „w sąsiedztwie Damute [Damot] jest prowincja, w której kobiety są tak uzależnione od wojny i polowania, że chodzą tam stale uzbrojone (…). Większość kobiet jest bardziej zaznajomiona z wojną niż z zarządzaniem sprawami domowymi, stąd rzadko wychodzą za mąż. (…) Władza tej monarchini jest naprawdę taka, jak gdyby była kolejną królową Saby”. Z kolei wcześniej, w 1523 roku Wenecjanin Alessandro Zorzi uzyskał od jednego z etiopskich mnichów informację, że „za tą prowincją [Damot], graniczącą z oceanem, na południu, znajduje się prowincja Wäǧ, która jest rządzona przez królowe, a nie królów”. Również w XVI wieku portugalski duchowny Francisco Alvares napisał, że „mówi się, iż na końcu tych królestw Damot i Gurage, w stronę południa, jest królestwo Amazonek„.
Te lokalizacje wskazują na, mniej więcej, obecny region Sidama. Wynikałoby z tego, że pewne zwyczaje wprowadzone przez hipotetyczną królową Furrę musiały jednak utrzymać się tam przynajmniej przez kilkadziesiąt, jeśli nie dużo więcej lat.
Co ciekawe, zbliżoną legendę opowiada się w Somalii. Władczyni, która miała przejąć tam władzę, nazywała się według tamtejszego podania Araweelo, Caroweelo lub Ebla Awad. Również i ona miała umożliwić kobietom zajęcie się męskimi zajęciami – takimi jak polowanie – i wezwać je do porzucenia tradycyjnych kobiecych obowiązków domowych, a także stworzyć kobiecą armię. Według niektórych wersji tej legendy mężczyźni pod jej rządami mieli zostać uwięzieni i w większości wykastrowani, i też miał uratować się tylko jeden, który potem – bezpośrednio lub pośrednio – miał stać się przyczyną jej śmierci. Według innej wersji uwięziono jedynie przywódców wrogich klanów, a plotka o kastracji była rozpuszczana przez królową, która w ten sposób przeraziła wrogów i zapewniła sobie spokojne rządy. Znana jest też wersja, według której uwięzionym mężczyznom podawano rozpuszczone w mleku wielbłąda zioła powodujące impotencję.
I choć jej grób ma znajdować się zupełnie gdzie indziej (w północnej Somalii), to też mężczyźni zgodnie z tradycją plują na niego i rzucają na niego kamienie, a kobiety składają kwiaty i leją wodę.
Skąd taka zbieżność? Czy Furra była tą samą osobą, co Araweelo/Caroweelo? Władczynią dość sporego obszaru, rozciągającego się tak na ziemie etnicznie somalijskie (mniej więcej jedna trzecia tych ziem znajduje się obecnie w granicach Etiopii), jak i na tereny zamieszkane przez Sidama? To nie jest niemożliwe – kobiety bywały władczyniami w Afryce od starożytności (Sobekneferu czy Hatszepsut w Egipcie) do czasów nowożytnych (na przykład Ranavalona Okrutna na Madagaskarze, znana z prześladowań chrześcijan, czy cesarzowa Etiopii Zewditu).
W X wieku etiopskie chrześcijańskie królestwo Aksum zostało najechane, według zachowanych przekazów historycznych i tradycji, przez obcą królową, której nadano miano Gudit. Część historyków broni hipotezy, że „Gudit” była pogańską królową z Damot, być może z ludu Sidama. Z drugiej strony np. Abdirachid Ismail z Uniwersytetu Dżibuti tłumaczy imię „Caroweelo” jako „kraj Welo”, czyli byłą etiopską prowincję Wollo i dowodzi, że tak Somalijczycy nazwali najeźdźczynię po tym, jak opanowała Aksum, które rozciągało się też na tereny somalijskie.
A może były dwie władczynie i jedna wzorowała się na drugiej? Albo podobieństwo ich historii wskazuje na jakieś szczególne społeczne konflikty między płciami występujące historycznie w tym rejonie Afryki?
W każdym razie, pomysł podważenia porządku, w którym mężczyźni są władcami i wojownikami, a kobiety im usługują i wykonują prace domowe, nie pochodzi, jak widać, od współczesnych feministek ani „marksistów kulturowych”.

Chłopski los prapradziadka

wtorek, marzec 2nd, 2021

W „Tabelli wykazującej uposażenie, obowiązki i powinności Rolników po Wsiach i Miastach osiadłych” w kolonii Sokołopol należącej do dóbr Lgota Błotna w okręgu lelowskim (tzw. tabeli prestacyjnej), wydanej w grudniu 1846 roku, wymieniony jest rolnik Stanisław Sierpiński. Jest to najprawdopodobniej – choć stuprocentowego dowodu nie mam – ten sam Stanisław Sierpiński, który według akt z parafii Lelów i Niegowa był później najpierw gajowym w Mełchowie, a potem karczmarzem w Trzebniowie, i któremu w 1866 roku urodził się syn Stefan – mój pradziadek.
Stanisław Sierpiński nie odrabiał, przynajmniej wówczas, pańszczyzny. Podobnie jak inni rolnicy z Sokołopola. Właściciele dóbr Lgota Błotna – Józef i Tekla Sokolscy – byli najwyraźniej nowoczesnymi szlachcicami, którzy podejmowali się eksperymentów takich, jak założenie rolniczej kolonii żydowskiej, a także zamienili swoim chłopom pańszczyznę na czynsz. Czynszu Stanisław – gospodarujący na jedenastu morgach i stu siedemdziesięciu prętach, czyli na około sześciu i pół hektara – płacił rocznie 4 ruble i 70 kopiejek, a ponadto pracował na pańskim 6 dni latem za darmo przy żniwach oraz 12 dni odpłatnie (za 10-12 kopiejek dziennie, tak zwany najem przymusowy) przy „różnych robotach ręcznych”. Rządowi płacił niewiele – 8 kopiejek plus 4 kopiejki dla dyrekcji ubezpieczeń.
Za to w niedalekim Drochlinie pan – niejaki Wincenty Zwiczkowski – był tradycjonalistą. Nieco zamożniejsi chłopi, gospodarujący na 21 morgach (niecałych 12 hektarach), z czego prawie 5 mórg stanowiły łąki, mieli do odrobienia rocznie 104 dni pańszczyzny oraz 104 dni najmu przymusowego (za 6-7 kopiejek dziennie) przy kopaniu pańskich ziemniaków. Ponadto byli zobowiązani do jednego dnia dodatkowych robót, ośmiu kolejnych dni dodatkowych posług dla dworu, tak zwanych „darmoch” lub „gwałtów” (m. in. przy wypasaniu trzody dworskiej), 18 dni podróżowania „dwojga bydłem” w interesach pana do „Żarek, Szczekocin lub innych miejsc” oraz do daniny w naturze – co roku dwóch i pół korca (prawie 200 litrów) owsa, 2/3 mendla (10) jaj, półtora kapłona (koguta tuczonego na mięso), a także 3 sztuk konopi (być może chodziło o tkaniny z konopi). Dodatkowo i tak płacili czynsz, wprawdzie niższy – 60 kopiejek rocznie. Płacili też wyższe podatki dla rządu (3 ruble 80 kopiejek), a także dla duchowieństwa (2 ruble 46 kopiejek).
Chłopi mniej zamożni, gospodarujący na dziesięciu morgach i stu pięćdziesięciu prętach, mieli zobowiązania mniejsze o połowę. A ci, co praktycznie mieli do użytkowania tylko chałupę z ogrodem (też tacy byli) wprawdzie nie płacili daniny w naturze ani opłat dla duchowieństwa, ale za to pracowali na pańskim niemal tyle samo co najzamożniejsi chłopi – tyle, że mieli 156 dni najmu przymusowego (za 5 rubli i 46 kopiejek, z czego prawie rubel rocznie szedł na podatki i czynsz) i 52 dni pańszczyzny.
Dodam, że 1846 rok jest tu pewną granicą – od 7 czerwca tego roku obowiązywał zakaz podwyższania powinności dla gospodarstw powyżej trzech mórg i rugowania z nich chłopów. Wcześniej dziedzic mógł każdemu chłopu zabrać użytkowaną przez niego ziemię (poddaństwo zostało zniesione w 1807 roku) albo zwiększyć powinności związane z jej użytkowaniem.
I tak było aż do 1864 roku, gdy chłopi w Królestwie Polskim stali się w końcu właścicielami uprawianej przez siebie ziemi, a nieco ziemi dostało się także bezrolnym. Ukazy uwłaszczające wydane zostały 2 marca 1864 r. – dziś jest 157. rocznica.

„Sto razy Sierpem” już w sprzedaży

wtorek, styczeń 8th, 2019

Ebook z wyborem moich tekstów dostępny już w Ebookowie, a także w księgarniach Empik, ebookpoint, PWN, Gandalf i Legimi.

Ksiądz profesor Guz i czary

wtorek, Listopad 20th, 2018

Niejaki ks. prof. Tadeusz Guz, wykraczając poza swoje dziedziny (jest teologiem i filozofem), powiedział coś takiego: „My wiemy, kochani państwo, że tych faktów, jakimi były mordy rytualne, nie da się z historii wymazać. Dlaczego? Dlatego, że my, polskie państwo, w naszych archiwach, w ocalałych dokumentach, mamy na przestrzeni różnych wieków – wtedy, kiedy Żydzi żyli razem z naszym narodem polskim – my mamy prawomocne wyroki po mordach rytualnych”.
To mniej więcej tak samo, jakby powiedział: „Tego faktu, jakimi były czary, nie da się z historii wymazać. Dlaczego? Dlatego, ze w archiwach na całym świecie mamy prawomocne wyroki po uprawianiu czarów”.
No bo skoro dawne wyroki za mordy rytualne mają być jego zdaniem dowodem na faktyczne zdarzanie się mordów rytualnych, to dawne wyroki za uprawianie czarów (których jest o wiele więcej) powinny być uznane za dowód na faktyczne uprawianie czarów, w tym np. magiczne roznoszenie chorób, odbieranie mleka krowom, orgie z czartami na sabatach czy tworzenie z koniczyny żywych koników polnych (coś takiego też znalazło się w aktach).
Czy ks. prof. Guz uważa, że czary są faktem?
Trzeba jednak zaznaczyć, że różnica między stwierdzeniem ks. prof. na temat mordów rytualnych a hipotetycznym stwierdzeniem na temat czarów jest taka, że ostatni samosąd na terenie dzisiejszej Polski na domniemanej czarownicy odbył się w 1836 roku, a ostatnie samosądy na domniemanych żydowskich sprawcach mordu rytualnego odbyły się w 1945 i 1946 roku – pogromy krakowski i kielecki. I zginęło w nich więcej osób.
I o ile chyba niewiele osób w Polsce wierzy obecnie w czary, to, jak się wydaje, nadal sporo ludzi w Polsce wierzy w żydowskie mordy rytualne, skoro po odcięciu się rzeczników archidiecezji lubelskiej i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego od powyższych słów ks. prof. Guza jako rozpowszechniania nieprawdy już ponad 1400 osób podpisało petycję, w której znajdują się następujące słowa: „Przyczynami żydowskich pogromów w całej Europie była właśnie ta bezczelność, okradanie społeczności, wyzysk lichwą i mordy rytualne. Kiedy w okolicach gmin żydowskich ginęły chrześcijańskie dzieci, ludność chrześcijańska w wyniku krzywdy jaką znosiła, w reakcji samoobronnej dokonywała pogromów, które były okrutne, ale nie brały się znikąd, były reakcją właśnie na takie praktyki”.
Taka współczesna polska odmiana wiary w czarnoksięstwo (w które nadal dość powszechnie wierzy się w Afryce czy Azji, i nadal morduje się domniemanych czarowników i czarownice). Wystarczy odpowiednia iskra i znów może dojść do pogromów.
Dlatego, choć ks. prof. Guz ma prawo pleść bzdury, to jednak krytyka jego słów i odcinanie się od nich KUL i archidiecezji jest rozsądne. Problem w tym, że Polska Rada Chrześcijan i Żydów, domagając się zajęcia stanowiska przez władze kościelne i uczelnię, zażądała jednocześnie „surowych kroków dyscyplinujących”. Wprawdzie kroki te nie mogą mieć postaci przemocy – uczelnia może co najwyżej odmówić dalszej współpracy, a hierarchia kościelna zastosować sankcje, których przyjęcie zależy od dobrej woli księdza – ale dało to szeregowi środowisk pretekst do mówienia o nagonce, ataku filosemitów i chęci ocenzurowania. Ks. prof. Guz ze swoim absurdalnym wywodem stał się bohaterem prawicy niosącej na sztandarach „niepoprawność polityczną”: bohaterem, który odważył powiedzieć „prawdę” o mordach rytualnych.
A wystarczyło pokazać oczywistą bzdurność jego rozumowania.
Dla porządku – obecny pogląd historyków jest taki, że mordy rytualne dokonywane przez Żydów były i są wymysłem, ponieważ nie ma na nie dowodów, a jedynie oskarżenia i zeznania wymuszone na torturach. Izraelsko-włoski historyk prof. Ariel Toaff pisał wprawdzie o używaniu krwi do pewnych obrzędów przez niektórych żydowskich sekciarzy w średniowieczu (odrzucających religijny zakaz spożywania krwi), ale w obliczu krytyki uściślił, że była to krew oddawana dobrowolnie przez żywych dawców.