Obniżyć składkę zdrowotną pracownikom!

22 marca, 2024

Według najnowszej propozycji rządu, składka zdrowotna ma zostać obniżona – ale tylko dla przedsiębiorców. Jak informuje pulsHR.pl, „Dla przedsiębiorców rozliczających się za pomocą skali podatkowej, a także dla tych rozliczających się z wykorzystaniem karty podatkowej, składka zdrowotna ma wynosić 9 proc. od 75 proc. minimalnego wynagrodzenia. W przypadku przedsiębiorców, którzy rozliczają się z wykorzystaniem podatku liniowego, składka zdrowotna ma wynosić miesięcznie 9 proc. od 75 proc. minimalnego wynagrodzenia dla dochodu wynoszącego do dwukrotności przeciętnego wynagrodzenia. Powyżej tego limitu składka ma być powiększana o 4,9 proc. od nadwyżki”.
A co z pracownikami, nawet tymi pracującymi na umowę zlecenia? Składka zdrowotna od ich wynagrodzeń ma pozostać bez zmian. Czyli dla pracownika zarabiającego obecne wynagrodzenie minimalne będzie nadal wynosić 329,44 zł, choć dla przedsiębiorcy zarabiającego miesięcznie 15 tys. zł brutto będzie wynosić 286,33 zł. A pracownik zarabiający 15000 zł brutto będzie obciążony składką zdrowotną w wysokości 1164,92 zł.
Nie rozumiem, dlaczego pracownicy mają płacić wyższą, i to wyraźnie, składkę zdrowotną? Przecież koszty ich leczenia średnio nie są wyższe. To tak, jakby ktoś musiał płacić wyższy VAT w sklepie dlatego, że jest zatrudniony na etacie czy umowie zlecenia, a nie prowadzi własnej działalności gospodarczej. Faktycznie efektem takiego uregulowania będzie to, że ogół podatników i płatników składek będzie się w większym stopniu dokładać do kosztów leczenia przedsiębiorców niż do kosztów leczenia pracowników. (Podobnie jak teraz dokłada się w większym stopniu do kosztów leczenia rolników, którzy płacą miesięczną składkę w wysokości 1 zł za hektar przeliczeniowy, czyli około 50-100 zł w przypadku nawet dużego gospodarstwa na dobrych gruntach).
Oczywiście, składkę za pracownika płaci pracodawca, więc pracownik pozornie na wyższej składce nie traci. Ale tylko pozornie, bo pracodawca ponosząc wyższe dodatkowe koszty jego wynagrodzenia jest mniej skłonny zapłacić mu więcej. Nawet, jeśli nie dotyczy to każdego pracodawcy, to wyższe koszty zatrudnienia zmniejszają ogólny popyt na pracę, a to prowadzi do tego, że jej cena jest ogólnie niższa.
Jeżeli ma już zostać system przymusowych „składek” na ubezpieczenie zdrowotne, to składki dla pracowników powinny być takie same jak dla przedsiębiorców. Skoro można obniżyć składkę dla przedsiębiorców, to można i powinno się ją obniżyć również dla pracowników. A jeśli państwa na to „nie stać”, to niech obetnie inne wydatki. Na przykład „800+”, które to świadczenie jest wspieraniem jedynie wybranej kategorii ludzi. Dzieci mają niektórzy (i w ogromnej większości jest to rezultat ich dobrowolnych wyborów), zachorować może każdy.

Zderegulować gender!

16 marca, 2024

Płeć społeczno-kulturową (gender) danej osoby określa to, jak dana osoba funkcjonuje w społeczeństwie – co z kolei zależy nie tylko od jej własnej identyfikacji, ale i od jej postrzegania przez innych ludzi. Jest całkiem możliwe, że ktoś może funkcjonować w społeczeństwie jako osoba innej płci niż jego płeć biologiczna i być jako osoba takiej płci postrzegany – częściowo (w sensie „wiemy, że ta osoba jest biologicznie kobietą, ale akceptujemy to, że funkcjonuje jako mężczyzna”) lub całkowicie. Jest to możliwe nawet w społecznościach bardzo tradycyjnych – patrz na przykład albańskie dziewice Kanunu czy indyjscy hidźrowie.
Nie jest natomiast możliwe, by tak rozumianą płeć społeczno-kulturową określiło państwo, na przykład przez wydanie danej osobie dokumentów oficjalnie oznajmiających, że przynależy do innej płci niż jej biologiczna. Państwo może owszem nakazać traktowanie takiej osoby jako osoby określonej płci w pewnych regulowanych przez siebie relacjach, ale nie może zmienić postrzegania jej płci przez innych ludzi, i tym samym funkcjonowania jej w prywatnych, niepodlegających państwowym regulacjom, relacjach z tymi ludźmi. Inaczej mówiąc, jeżeli ktoś będący na przykład biologicznym mężczyzną otrzyma dokumenty, że jest kobietą, to i tak, jeśli nadal będzie wyglądał na mężczyznę, będzie za takiego uważany przez innych ludzi lub przynajmniej dużą część z nich. Może kłócić się to z samoidentyfikacją takiej osoby i być dla niej przykre, ale tak będzie i nie jest to nawet zależne od woli tych ludzi. Co najwyżej mogą oni przez szacunek dla niej, wiedząc, jaka jest jej identyfikacja, starać się traktować ją jako przedstawiciela płci przezeń wybranej – ale wewnętrznie i tak będą ją postrzegać inaczej.
Oczywiście osoby identyfikujące się z płcią inną niż biologiczna na ogół podejmują starania, by zmienić postrzeganie siebie przez innych i często się im to udaje. Jednak nie jest to skutkiem decyzji państwa. Odwrotnie – przyczyną, dla której wiele takich osób domaga się, by państwo uznało oficjalnie ich płeć społeczno-kulturową jest to, że brak takiego uznania przeszkadza im w już istniejącym społecznym funkcjonowaniu jako osoby tej płci: jeśli np. ktoś wyglądający i zachowujący się jak mężczyzna, posługujący się męskim imieniem i tak postrzegany przez otoczenie jest zmuszony wylegitymować się dowodem osobistym określającym go jako kobietę, rodzi to dysonans i podejrzliwość.
Jednak to, w jaki sposób niektóre państwa zaczynają reagować na takie roszczenia – określanie czyjejś „oficjalnej” płci zgodnie z jego żądaniem, w oparciu o skądinąd słuszne założenie, że każdy ma prawo identyfikować się jak chce, może również prowadzić do dysonansu. Bo płeć określona w dokumentach przez państwo nie musi się pokrywać z faktyczną płcią społeczno-kulturową danej osoby. A jeśli idą za tym ustanowione przez państwo przywileje w postaci np. wcześniejszej lub wyższej emerytury czy specjalnego traktowania w pracy – to budzi to sprzeciw.
Zresztą, to właśnie istnienie takich przywilejów skłania wówczas do zmiany „oficjalnej” płci osoby, które w rzeczywistości wcale nie chcą zmieniać swojej płci społeczno-kulturowej, ani nawet nie identyfikują się z tą zmienioną płcią. Tak jak stało się to w szeroko ostatnio przytaczanym przypadku hiszpańskich żołnierzy i policjantów, których już ponad czterdziestu „zmieniło” płeć w dokumentach na żeńską, by więcej zarabiać i mieć wyższą emeryturę.
Tak to jest, gdy państwo próbuje rozwiązywać problemy, które stworzyło przez własne regulacje, kolejnymi regulacjami.
Oczywiście, prawdziwe rozwiązanie jest tu proste: zlikwidować państwową dyskryminację płci i zlikwidować określanie płci w państwowym prawie, w państwowych dowodach osobistych i innych dokumentach, o ile mają dalej istnieć. Jeżeli ktoś identyfikuje się jako osoba innej płci niż biologiczna i chce jako taka funkcjonować w społeczeństwie – powinien owszem mieć prawo używać imienia jakiego chce i uzyskać dokumenty z takim imieniem, oraz starać się, by go tak nazywano i traktowano zgodnie z płcią, z jaką się utożsamia – ale nikt nie powinien być oczywiście zmuszany, by go tak nazywać czy zwracać się do niego odpowiednimi zaimkami. A jeśli ktoś będzie chciał przyznać takiemu komuś przywileje jako np. pracodawca – to jego prywatna sprawa.
Krótko mówiąc – państwo nie powinno się wtrącać w to, jakiej ktoś jest płci.

Dyskryminacja cudzoziemskich taksówkarzy

14 marca, 2024

Jeżeli nic się w międzyczasie nie zmieni, to od 17 czerwca br. osoba posiadająca prawo jazdy wydane za granicą będzie owszem mogła prowadzić na polskich drogach dowolny pojazd, na prowadzenie jakiego to prawo jazdy zezwala – ale tylko niezarobkowo.
Bo ma wejść w życie przepis zabraniający zatrudniania kierowcy legitymującego się prawem jazdy innym, niż wydane w Polsce. Wszystko jedno, czy ukraińskim, czy indyjskim, czy amerykańskim, czy unijnym. Będzie to dotyczyło zarówno taksówkarzy (w tym również samozatrudnionych – nie będą mogli uzyskać licencji, a Uberowi, Boltowi itp. podmiotom nie będzie wolno zawrzeć z kimś takim umowy), jak i kierowców ciężarówek czy autobusów. A nawet – jeśli ściśle czytać znowelizowaną ustawę – kierowców zatrudnianym w każdym przedsiębiorstwie wykonującym od czasu do czasu niezarobkowy przewóz drogowy, czyli taki na potrzeby własne. Z tym, że takich będzie można oczywiście zatrudnić formalnie na innym stanowisku.
Tak, jakby do przewozu kogoś czy czegoś za pieniądze były potrzebne inne kompetencje zawodowe niż do przewozu kogoś lub czegoś za darmo. I nieważne, że kandydat na taksówkarza i tak musi spełniać dodatkowe wymogi w zakresie np. niekaralności czy braku przeciwwskazań psychologicznych.
Oczywiście, tu nie chodzi o żadne kompetencje, tylko o utrudnienie cudzoziemcom zatrudniania się jako kierowcy (głównie taksówek osobowych, bo w przypadku większych pojazdów i tak mają już ograniczenia związane z uzyskaniem kwalifikacji) i świadczenia usług przewozu osób przy pomocy pośredników takich jak Uber. Oczywiście cudzoziemiec może (a w przypadku cudzoziemców spoza Unii Europejskiej posiadających prawo do stałego lub czasowego pobytu w Polsce nawet musi, jeśli nie chce, by jego zagraniczny dokument przestał być uznawany) uzyskać polskie prawo jazdy, ale może to zrobić dopiero po 185 dniach pobytu w Polsce, a urzędy działają wolno. Branża taksówkarska już skarży się na to, że może stracić wielu pracowników.
Kto zyska? Być może polscy taksówkarze i inni kierowcy, wskutek zmniejszenia konkurencji.
Kto straci – klienci, m. in. pasażerowie taksówek. Bo będzie mniej kierowców mogących świadczyć im usługi. Prawdopodobnie też część przedsiębiorców świadczących usługi przewozowe.
Przepis, o którym mowa został uchwalony w maju 2023 r., za rządów PiS. Nie było go w pierwotnym projekcie ustawy o zmianie ustawy – Prawo o ruchu drogowym oraz niektórych innych ustaw. Został zgłoszony już po II czytaniu w Sejmie poprawką klubu PiS. Ale większość posłów ówczesnej opozycji podczas jej głosowania wstrzymała się od głosu, a przy głosowaniu całej ustawy, głosowała „za”. Konsekwentnie przeciwko głosowało tylko trzech posłów z klubu Wolnościowcy, z których żadnego nie ma już w obecnym Sejmie.
Tak więc zanosi się, że przepis ten wejdzie w życie i trzeba będzie dłużej czekać na taksówkę oraz pewnie więcej zapłacić. Ale za to będzie trochę większa szansa, że kierowcą będzie prawdziwy Polak.

Trzecia Droga broni terrorystów

13 marca, 2024

Za stwierdzenie, że terrorystyczni przywódcy Palestyńczyków z Gazy (czyli Hamas) muszą zginąć, i że należy „zabić wszystkich terrorystów” kandydat Trzeciej Drogi do Rady Miasta Poznania, Paweł Norbert Strzelecki, został wykluczony z tej partii i zmuszony do rezygnacji ze startu w wyborach.
Jak widać z załączonego screenshota, Strzelecki nie pisał bynajmniej o eksterminacji narodu palestyńskiego, co zarzucili mu członkowie Lewicy Razem, tylko wyraźnie o eksterminacji jego terrorystycznych przywódców.
Całkowicie podpisuję się pod tymi słowami Pawła Strzeleckiego. Uważam, że terrorystów napadających na zwykłych, pokojowo zachowujących się ludzi powinno się zabijać, szczególnie, jeżeli dopuszczają się tak okrutnej zbrodni, jak masakra ponad tysiąca mieszkańców Izraela 7 października 2023 roku. A liderzy Trzeciej Drogi wykluczając go z szeregów swojej partii zachowali się haniebnie, jednoznacznie stając w obronie Hamasu.
Nie mam odtąd ochoty na jakąkolwiek współpracę z panem Hołownią i jego partią, i wszystkim innym też radzę to ugrupowanie bojkotować.

Kandyduję do sejmiku

9 marca, 2024

Prawie rok temu informowałem, że zdecydowałem się wstąpić do Ruchu Autonomii Śląska. Powody wyjaśniałem tutaj. W skrócie – jeżeli już nie da się wyrugować państwa z życia społecznego, to lepiej, by to państwo było maksymalnie zdecentralizowane.
Jest to korzystne z punktu widzenia wolności jednostki – władza w takim ustroju jest bardziej rozproszona (i różne ośrodki władzy bardziej się blokują), a ludzie dostają możliwość quasi-rynkowego wyboru między różnymi opcjami: ci bardziej konserwatywni mogą przeprowadzić się do województwa rządzonego bardziej konserwatywnie, ci bardziej liberalni do rządzonego bardziej liberalnie itd. Nie jest to wprawdzie wybór naprawdę rynkowy, ale znacznie łatwiej przeprowadzić się np. z gminy rządzonej przez PiS do rządzonej przez PO, Lewicę czy Konfederację (lub odwrotnie) niż z Polski do jakiegoś innego państwa. Co więcej, w takim układzie jest większa szansa na stworzenie wolnościowej enklawy – łatwiej będzie wolnościowcom wprowadzić zmiany na poziomie pojedynczej gminy, powiatu czy województwa, niż na poziomie całej Polski.
Na ogół też władza „bardziej lokalna” jest lepiej kontrolowana przez rządzonych i lepiej z tego powodu gospodaruje „publicznymi” pieniędzmi (oczywiście, są wyjątki), co minimalizuje negatywne efekty etatyzmu. A jeśli już taka władza jest skorumpowana, to ma to charakter lokalny, a nie od razu ogólnopolski.
Ruch Autonomii Śląska jest za decentralizacją na poziomie województw (nie tylko śląskiego – wg statutu RAŚ „Ruch wspiera działania na rzecz autonomii regionów Rzeczypospolitej Polskiej”), co byłoby pierwszym krokiem do większej decentralizacji – takiej, jak np. w Szwajcarii.
Dlatego zdecydowałem się poprzeć RAŚ w wyborach samorządowych, kandydując do sejmiku województwa śląskiego z 2. miejsca w okręgu 7 (Sosnowiec, Dąbrowa Górnicza, Jaworzno, powiaty będziński i zawierciański).
Wprawdzie z poziomu sejmiku nie da się wprowadzić autonomii województwa, ale perspektywiczne zdobycie w nim kiedyś większości przez zwolenników autonomii umożliwi większą presję na wprowadzenie takiego rozwiązania, a wprowadzenie kilku radnych (co jest możliwe, RAŚ już wprowadzał radnych do sejmiku w 2010 i 2014 r.) będzie stanowiło tu pierwszy krok i lepszą możliwość dopominania się o decentralizację.
Czy na poziomie sejmiku można obecnie wprowadzić rozwiązania zwiększające wolność i zmniejszające etatyzm? Sejmik w niewielkim stopniu decyduje o kształcie prawa, jednak w jakimś zakresie jest to możliwe. Z pewnością można ograniczyć wydatki, być może przekazać część samorządowych podmiotów (takich jak np. Koleje Śląskie, do których województwo dopłaca rocznie ponad 400 milionów złotych, szpitale – ponad 200 milionów złotych, instytucje kultury – ponad 300 milionów złotych) w ręce prywatne lub dobrowolnie finansowanych organizacji społecznych, być może faktycznie zmniejszyć podatki (przez np. zwrot – w formie przysługujących każdemu płatnikowi subsydiów? – części podatku CIT, z którego 14,75% trafia do kasy województwa). Przypuśćmy, żeby udało się zmniejszyć wydatki województwa o te 900 mln – wtedy można by nie tylko zrównoważyć budżet województwa, ale i niewykluczone, że faktycznie zmniejszyć obciążenie podatkiem CIT miejscowych przedsiębiorców o jedną trzecią tego, co pobiera województwo, czyli ok. 5 punktów procentowych. Zamiast 19%, przedsiębiorcy w województwie śląskim płaciliby faktycznie tylko 14%. Myślę, że przyciągnęłoby to wielu inwestorów z innych regionów Polski i z zagranicy.
Gdybym został radnym, dążyłbym też do tego, by Centralny Port Komunikacyjny zbudowano – oczywiście ze środków prywatnych! – nie w Baranowie w centralnej Polsce, ale w Pyrzowicach, rozbudowując obecne lotnisko. Pomysł nie jest mój – argumenty za nim można przeczytać tu.
Nie wiem, czy RAŚ, jeśli wprowadzi radnych do sejmiku (zdecydowanie większe szanse ma na to w okręgach śląskich: 2, 3, 4 i 5), będzie realizował taki program. Pomijając dążenie do autonomii, RAŚ nie jest organizacją o określonym programie politycznym. Tym niemniej część jego członków ma poglądy liberalne i jest wśród nich przewodniczący RAŚ Jerzy Gorzelik – mój znajomy od czasów studenckich i opozycji antykomunistycznej – który kandyduje z 1. miejsca w okręgu 5.
Ale pomijając wszystko, uważam, że nie ma sensu wspierać i wzmacniać obecnych partii sejmowych, bez wyjątku etatystycznych. Dlatego namawiam wyborców z województwa śląskiego do głosowania na listy Ruchu Autonomii Śląska.

Lata mijają, art. 212 kk nadal szkodzi

8 marca, 2024

Marcin Rey, działacz społeczny tropiący rosyjskie/putinowskie wpływy w Polsce i zarazem mój znajomy jeszcze z czasów Federacji Anarchistycznej, został skazany (póki co nieprawomocnie) na karę grzywny za stwierdzenie, że Jolanta Lamprecht, prowadząca facebookowy profil „Ukrainiec NIE jest moim bratem” należała do prorosyjskiej partii „Zmiana” (nieformalnie oczywiście, bo formalnie partia ta nigdy nie została zarejestrowana), oraz za zasugerowanie, że wzmożenie aktywności profilu krótko przed inwazją Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. miało związek z przygotowaniami do tej inwazji. Samo ujawnienie tożsamości redaktorki profilu sąd uznał za dopuszczalne.
Marcin Rey został skazany za pomówienie – z artykułu 212 kodeksu karnego, który wielokrotnie, od lat, był krytykowany jako środek do „kneblowania” dziennikarzy i społecznych krytyków różnych nieprawidłowości. Już w 2007 r. wykreślenia artykułu 212 domagał się Jarosław Kaczyński, któremu wkrótce przyklasnęła Julia Pitera z Platformy Obywatelskiej. Nic jednak z tego nie wyszło. W 2009 r. rząd Donalda Tuska przygotował projekt zmian w kodeksie karnym m.in. wykreślający ten artykuł, jednak komisja sejmowa ten punkt nowelizacji usunęła. Zniesienia odpowiedzialności karnej za zniesławienie domagają się od wielu lat także Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Izba Wydawców Prasy oraz dziennikarze nawet tak odmiennych opcji, jak Łukasz Warzecha i Jacek Żakowski. Jeszcze niedawno, w lipcu ubiegłego roku, posłowie klubu PiS (chyba ze środowiska Suwerennej Polski) złożyli w Sejmie kolejny projekt ustawy wykreślającej ten artykuł z kodeksu. Niestety nie zdążył być on rozpatrzony w mijającej kadencji. Apeluję do posłów wszystkich klubów o złożenie go ponownie.

Ekościemnianie

7 marca, 2024

Komisja Europejska planuje wprowadzić karne cła na samochody elektryczne sprowadzane z Chin i to z mocą wsteczną – tymczasowa decyzja o nałożeniu ceł może zostać podjęta w lipcu, a ostateczna w listopadzie, ale będą dotyczyć samochodów, które trafiły na unijny rynek już od dzisiaj.
Bo Chiny ponoć (jest to prawdopodobne) subsydiują produkcję takich samochodów i narusza to zasady konkurencji. Tak jakby Unia też nie subsydiowała w różnych przypadkach produkcji różnych dóbr, w tym właśnie samochodów elektrycznych – na przykład Krajowy Plan Odbudowy dla Polski zawiera, póki co, dofinansowanie do Funduszu Elektromobilności, z którego ma być finansowana produkcja samochodu Izera.
Ten krok Komisji Europejskiej pokazuje doskonale, że w tym całym promowaniu „elektryków” i zakazie sprzedaży samochodów spalinowych po 2035 r. nie chodzi o żadną ekologię, ratowanie klimatu czy czystsze powietrze. Bo gdyby naprawdę o to chodziło, to unijnym urzędnikom powinno zależeć na tym, by jak najwięcej mieszkańców Unii już teraz jeździło elektrycznymi samochodami, które według nich są bardziej przyjazne dla środowiska. Obojętnie, gdzie wyprodukowanymi.
Chodzi po prostu o interesy europejskich korporacji produkujących samochody elektryczne lub przymierzających się do ich produkcji, a póki co produkujących jeszcze auta spalinowe. Jeśli one są zagrożone, to zarówno ekologia, jak i interes konsumenta chcącego kupić tańszy samochód musi ustąpić.
Ekologia to w tym przypadku tylko mydlenie oczu.
Dlatego zakaz produkcji samochodów spalinowych wraz z innymi argumentowanymi ekologią i ratowaniem klimatu regulacjami powinien trafić do kosza. A mieszkańcom Unii powinno się pozwolić kupować tańsze samochody z importu – z dużym prawdopodobieństwem szybciej zmniejszy to ilość spalin na ulicach niż unijne rozporządzenia.

Agresorzy i ludność cywilna

6 marca, 2024

Tak się zastanawiam, co by było, gdyby „JedenNewsDziennie.pl” ukazywał się w czasach II wojny światowej, na przykład w Wielkiej Brytanii, albo USA, gdzieś na początku 1945 roku. Czy pisanoby coś takiego:

„Nie może być tak, że walka z nazistami usprawiedliwia wszystko”.
„Nawet jeśli alianci przedstawią dowody na to, że gdzieś w pobliżu klasztoru, na przykład na Monte Cassino, są stanowiska niemieckiej armii, to też nie oznacza, że można swobodnie taki klasztor zbombardować”.
„Według danych niemieckich do 1943 roku w bombardowaniach alianckich zginęło ponad 100 tysięcy Niemców, a ze źródeł zbliżonych do amerykańskiej armii, która niedawno powołała zespół do oszacowania ich skutków, dochodzą informacje, że dotąd mogło zginąć ich już ponad 300 tysięcy. Setki tysięcy Niemców giną w miarę zdobywania terytoriów niemieckich na wschodzie. Nie można być oburzonym zbrodniami nazistowskimi i jednocześnie milczeć na temat tego, co dzieje się obecnie w niemieckich miastach”.

Oczywiście tak naprawdę nic takiego by nie napisano, nawet gdyby wówczas mogło się coś takiego ukazywać i gdyby dziennikarze mieli wtedy dostęp do wszystkich danych. Bo wtedy doskonale zdawano sobie sprawę, że w warunkach współczesnej wojny, w której zaciera się granica pomiędzy obszarami cywilnymi a wojskowymi, nie da się jej skutecznie prowadzić tak, by za wszelką cenę oszczędzać ludność cywilną. Zdawano sobie sprawę, że aby można było pokonać agresorów, jakimi były Rzesza Wielkoniemiecka i Cesarstwo Wielkiej Japonii, musi zginąć jakaś – nawet duża – liczna ludności cywilnej na terenach wroga. Część dlatego, że nie da się tych ofiar uniknąć przy zdobywaniu i niszczeniu celów wojskowych, część w wyniku kalkulacji pokazujących, że cele wojskowe będzie można osiągnąć łatwiej poświęcając cywilów, część w wyniku błędnych decyzji, a część w wyniku zbrodniczych działań poszczególnych żołnierzy i dowódców chcących na przykład zemścić się na wrogu.
Zapewne byli tacy, co kwestionowali (jak to się kwestionuje i dzisiaj) np. bombardowanie Drezna (ok. 25000 ofiar cywilnych), nieliczenie się ze stratami ludności cywilnej przy zdobywaniu Wrocławia zmienionego przez Niemców w twierdzę (ok. 80000 ofiar cywilnych plus około drugie tyle podczas przymusowej ewakuacji miasta) czy zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Może byli tacy, co kwestionowali sens bombardowania klasztoru na Monte Cassino (ok. 300 ofiar cywilnych wśród uciekinierów kryjących się w piwnicach) czy bombardowania Poznania w Wielkanoc oraz Zielone Świątki 1944 r. (ok. 120 ofiar cywilnych, w tym ponad 70 Polaków, zniszczenie szeregu budynków mieszkalnych i kościoła). Ale raczej wszyscy po stronie alianckiej byli zgodni co do tego, że agresorów należy całkowicie pokonać, a nie dążyć z nimi do porozumienia i wstrzymywać działania wojenne na terenie wroga.
W przypadku wojny Izraela z Gazą kwestionuje się natomiast sam sens prowadzenia działań wojennych przeciwko agresorowi z uwagi na wysokie straty wśród ludności cywilnej Gazy (tak przy okazji, skąd wiadomo, ilu z tych 30000 zabitych Palestyńczyków nie było faktycznie żołnierzami Hamasu czy innymi terrorystami? Przecież oni mogą wyglądać jak cywile, a wg danych armii izraelskiej z lutego br. zabito ok. 10 tysięcy terrorystów), kwestionuje się też ataki na obiekty cywilne mimo wielu już uzyskanych dowodów, że są one wykorzystywane do celów wojskowych, jako magazyny broni lub kryjówki wroga, lub do maskowania takich celów. (Taktyka używania obiektów cywilnych dla celów militarnych jest charakterystyczna dla Hamasu, ale nie jest niczym specjalnie nowym – już podczas I wojny światowej używano np. wież kościelnych w celach obserwacyjnych i z tego powodu często były one ostrzeliwane i niszczone). Cały czas wzywa się do zaprzestania tych działań, oskarżając nawet Izrael o celowe ludobójstwo i czystki etniczne – mimo tego, iż to Hamas rozpoczął wojnę (faktycznie kolejny akt wojny przeciwko Żydom wywołanej przez przywódców arabskich jeszcze przed powstaniem państwa izraelskiego) atakiem mającym wszelkie znamiona ludobójstwa (celowe mordowanie ludności cywilnej z uwagi na jej pochodzenie, choć wśród zabitych znaleźli się nie tylko Żydzi), i to na terenach rządzonych przez Hamas (oraz Autonomię Palestyńską) nie ma ludności żydowskiej, w przeciwieństwie do Izraela, w którym mieszka ok. 2 milionów Arabów, w większości z obywatelstwem.
To, co się dzieje w Gazie, JEST tragedią. Tak samo, jak tragedią było to, co działo się we Wrocławiu, Dreźnie, Berlinie i innych miastach zdobywanych czy bombardowanych przez aliantów podczas II wojny światowej. Prawdopodobnie może dochodzić tam – jak na każdej wojnie – również do wydarzeń będących zbrodniami wojennymi, choć wątpliwe, by takie zbrodnie były celowo planowane przez izraelskie dowództwo – jeśli okaże się, że tak jest, jak najbardziej słuszne będzie domaganie się, by winni ponieśli karę.
Tylko co w związku z tym? Co Izrael ma zrobić z agresorem, który kryje się wśród cywilów na gęsto zaludnionym obszarze i wykorzystuje cywilną infrastrukturę? Zaprzestać działań wojennych i się wycofać, spełniając jednocześnie wszelkie żądania Hamasu w zamian za oddanie pozostałych zakładników? Czyli tak naprawdę się poddać, ustępując agresorowi? Z bardzo dużym prawdopodobieństwem coś takiego tylko ośmieli terrorystów, którzy nie liczą się z życiem „swoich” ludzi (gdyby się liczyli, to zapewnialiby im schronienie w sieci tuneli pod Gazą, a przede wszystkim nie rozpoczynaliby wojny dobrze wiedząc, jaka będzie reakcja przeciwnika) i za jakiś czas będzie grozić atak podobny do tego, który nastąpił 7 października 2023 roku. Przez kilkanaście lat Izrael próbował taktyki faktycznego tolerowania agresora, ograniczając się do zestrzeliwania rakiet Hamasu masowo atakujących izraelskie obiekty cywilne i krótkich odwetowych akcji zbrojnych kończących się szybkim zawieszeniem broni. Nierzadko ustępował, uwalniając na przykład wielu terrorystów za jednego porwanego żołnierza. Od wycofania się z Gazy w 2005 r. – Palestyńczycy zyskali wtedy faktycznie niepodległe państwo, choć małe – nigdy nie atakował pierwszy. To wszystko doprowadziło w końcu w zeszłym roku do największego aktu agresji, w którym zginęło ponad 1000 Izraelczyków (w ogromnej większości przypadkowych cywilów), a wielu innych zostało porwanych.
Co Izrael ma zrobić z wrogiem, który atakuje uporczywie od wielu lat, coraz mocniej, i który wprost deklaruje, że jego celem jest zniszczenie Izraela i ustanowienie muzułmańskiej władzy w całej Palestynie?
W II wojnie światowej agresorów zniszczono, kosztem ogromnych strat również wśród cywilów. Wtedy zapanował – przynajmniej w ich przypadku – pokój.

Protest uprzywilejowanych

3 marca, 2024

Jeszcze a propos żądań rolników i popierających ich polityków z Konfederacji oraz innych „wolnościowców”, dotyczących zamknięcia polskiego rynku dla produktów rolnych spoza Unii Europejskiej, zwłaszcza z Ukrainy.
Być może unijne regulacje osłabiają konkurencyjność polskiego rolnika w stosunku do producentów spoza UE, ale w porównaniu z wszystkimi innymi polskimi przedsiębiorcami, rolnicy są wyjątkowo uprzywilejowani.
Rolnik płaci niski podatek rolny, nie płaci natomiast podatku dochodowego ani podatku od nieruchomości od swojego gospodarstwa (gruntów rolnych i budynków służących wyłącznie działalności rolniczej).
Rolnik płaci niskie składki na KRUS, nie musi natomiast płacić wysokich składek na ZUS.
Dodatkowo rolnik ma zwrot akcyzy za paliwo oraz ulgi w podatku od środków transportu.
Plus płatności bezpośrednie w ramach Planu Strategicznego dla Wspólnej Polityki Rolnej na lata 2023-2027.
Plus jest uprzywilejowany, jeśli chodzi o obrót ziemią rolną (która z tego powodu jest tańsza, bo państwo sztucznie obniża na nią popyt, ograniczając możliwości jej nabycia nie-rolnikom), co w praktyce wyklucza także potencjalną wewnętrzną konkurencję ze strony podmiotów innych niż rolnicy indywidualni posiadający do 300 hektarów użytków rolnych.
Może też wybudować dom na działce rolnej bez konieczności jej odrolniania, korzystając z przywilejów zabudowy siedliskowej – czyli może zrobić to taniej, niż nie-rolnik.
Dlatego domaganie się dodatkowej interwencji państwa w postaci zamknięcia granic dla produktów konkurentów spoza Unii w sytuacji, gdy ma się tyle przywilejów zakrawa już, delikatnie mówiąc, na bezczelność.
A to, że państwo w jakiś sposób pogarsza (załóżmy, że tak jest) sytuację polskiego rolnika w stosunku do rolnika z np. Ukrainy nie uzasadnia tego, że powinno ono „dla wyrównania szans” ograniczyć import żywności. Bo interesy rolników nie są ważniejsze od interesów konsumentów i innych przedsiębiorców. Równość szans polskiego rolnika nie usprawiedliwia ograniczenia praw polskiego konsumenta (którego pozbawia się dostępu do tańszej żywności), polskiego przetwórcy żywności (którego pozbawia się dostępu do tańszych produktów), polskiego importera żywności, polskiego eksportera żywności (który może ucierpieć wskutek odwetowych działań strony ukraińskiej), polskiego importera i eksportera innych produktów (j. w. – rozważane jest już całkowite zamknięcie granicy dla wymiany handlowej z Ukrainą w przypadku braku porozumienia, a saldo tej wymiany w 2023 r. wynosiło +31 mld zł dla Polski). O konsumencie, rolniku i przedsiębiorcy z Ukrainy czy innego pozaunijnego kraju już nie mówiąc. Jeśli stoimy na gruncie poszanowania wolności i własności, to polski rolnik ma prawo domagać się zniesienia regulacji ograniczających jego konkurencyjność, ale nie wprowadzania dodatkowych regulacji godzących w swobodę gospodarczą innych. A tym bardziej nie ma prawa sam ograniczać innym tej swobody przez blokady.
Dodatkowym aspektem w przypadku Ukrainy jest to, że ograniczanie wymiany handlowej uderza w dochody Ukraińców i państwa ukraińskiego toczących wojnę obronną z rosyjskim agresorem. Mają mniej pieniędzy, by tę wojnę toczyć. Dodatkowo, wprowadzenie embarga na żywność tylko z Ukrainy (a nie z Rosji i Białorusi) może doprowadzić do tego, że ukraińska żywność na polskim rynku zostanie zastąpiona rosyjską, a więc to, co straci Ukraina, zyska Rosja. A osłabianie Ukrainy i wzmacnianie Rosji zagraża bezpieczeństwu i wolności nie tylko Ukraińców, ale potencjalnie również Polaków.
W zakresie, w jakim polscy rolnicy domagają się ograniczenia importu produktów konkurencji, ich postulaty są antywolnościowe i każdy uważający się za „wolnościowca” powinien się im sprzeciwić. Powinien się sprzeciwić również blokowaniu granicy. Natomiast powinien poprzeć postulaty dotyczące odejścia od zapisów „Zielonego Ładu” – zaznaczając równocześnie, że powinno się odejść od unijnych dopłat do rolnictwa w całej Unii.
A inne przywileje rolników? Powinny zostać co najmniej rozszerzone na wszystkich i tym samym przestać być przywilejami.

Recepty, Konfederacja i wolny rynek

23 lutego, 2024

Wszyscy (poza nieobecnym Ryszardem Wilkiem) posłowie Konfederacji zagłosowali przeciwko ustawie dopuszczającej sprzedaż niektórych (tych, które będą miały odpowiednie pozwolenie dopuszczające do obrotu wydane przez Prezesa Urzędu Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych) środków antykoncepcyjnych bez recepty. (Obecnie ustawa nakazuje, by każdy produkt leczniczy dopuszczony do stosowania w antykoncepcji był wydawany na receptę).
Czyli za pozostawieniem większych ograniczeń w handlu produktami leczniczymi, a dokładniej środkami antykoncepcyjnymi.
To kolejny w ostatnich dniach przypadek opowiadania się Konfederacji przeciwko swobodzie handlu, po domaganiu się embarga na produkty rolno-spożywcze z Ukrainy.
Jak widać, wolny rynek i wolność gospodarcza, tak chętnie wynoszone przez tę partię na sztandary, nie są jednak dla jej liderów specjalnie ważne.
Konfederacja jest partią katolicko-protekcjonistyczną, nie wolnorynkową ani tym bardziej wolnościową. Co oczywiście nie znaczy, że inne partie obecne w Sejmie są wolnorynkowe czy wolnościowe. Ale w przypadku środków antykoncepcyjnych akurat partie obecnej koalicji są ciut bardziej wolnościowe i wolnorynkowe od Konfederacji.
A co do produktów leczniczych, to moje zdanie jest takie, że w ogóle nie powinno być zakazu sprzedaży jakichkolwiek z nich bez recepty, z wyjątkiem dobrowolnych zakazów przyjmowanych przez same apteki. Jak ktoś chce się leczyć na własną rękę, niech się leczy. Bez refundacji ze strony państwa, ale powinien mieć do tego prawo. A tym bardziej ktoś, kto wie od lekarza, że musi przyjmować określone leki stale, zwłaszcza, gdy tych leków mu akurat zabrakło. Już teraz zresztą często recepta jest tylko formalnością, którą można uzyskać w różnych internetowych „receptomatach” bez faktycznego badania lekarskiego ani znajomości historii choroby przez lekarza. Tylko, że trzeba wtedy na lek trochę poczekać.
I to jest stanowisko wolnorynkowe.