Oddać Żydom, oddać Polakom

Luty 18th, 2019

„Oczekiwania, aby Polska zadośćuczyniła za niemieckie zbrodnie oparte są na fundamentalnym nieporozumieniu”powiedział premier Mateusz Morawiecki zapytany o skomentowanie wypowiedzi sekretarza stanu USA wzywającej do restytucji prywatnej własności „tych, którzy utracili ją w czasach Holokaustu”. Innymi słowy, premier Morawiecki uważa, że jeśli Niemcy podczas II wojny światowej skonfiskowali czyjąś własność lub po prostu zamordowali jej właściciela, a po wojnie państwo polskie tę własność przejęło – to nie ma obowiązku zwracać jej spadkobiercom tego właściciela.
To tak, jakby bandyci napadli Kowalskiego i Malinowskiego, zabili Malinowskiego, zabrali jego portfel z pieniędzmi, a Kowalski wdał się z nimi w walkę i ten portfel z częścią pieniędzy odzyskał, po czym powiedział synowi Malinowskiego: „oczekiwania, bym zadośćuczynił ci za zbrodnie bandytów oddając ci pozostałe pieniądze ojca oparte są na nieporozumieniu”.
Poszanowanie prywatnej własności level zero – używając nowoczesnego slangu.
Z takim podejściem rząd Polski nadal będzie pracował na opinię Polski jako kraju, który może i nie współpracował z Niemcami w przeprowadzeniu Holokaustu (to da się obronić), ale na pewno na nim skorzystał. Nawet jeśli w rzeczywistości uprawnionych (z punktu widzenia poszanowania własności prywatnej) roszczeń do mienia po ofiarach Holokaustu nie ma aż tak dużo, bo w wielu wypadkach spadkobiercy po prostu nie istnieją.
Gorzej, że (wbrew temu, co niektórzy myślą) roszczenia żydowskie – po ofiarach Holokaustu i ocalałych z niego – stanowią tylko część roszczeń pośrednio związanych z czasami wojny.
Bo mienie podczas II wojny Niemcy zabierali nie tylko Żydom, ale i Polakom. A potem państwo polskie przejmowało je w tymczasowy zarząd i na mocy (nadal obowiązujących!) ustaw i dekretów z 1946 r. i 1958 r. – nacjonalizowało. Czasem za urzędowo ustalonym odszkodowaniem, głównie w papierach wartościowych (Encyklopedia PWN podaje, że odszkodowania otrzymali tylko właściciele zagraniczni, w ogólnej wysokości ok. 200 mln dolarów), czasem bez.
Wypowiedź premiera można więc rozumieć tak, że państwo nie poczuwa się do zadośćuczynienia również spadkobiercom tych Polaków, bo przecież bezpośrednią przyczyną jego utracenia były tu niemieckie zbrodnie.
Mateusz Morawiecki wspomniał przy okazji, że „sprawa zwrotu mienia obywatelom amerykańskim pochodzenia żydowskiego jest zresztą całkowicie uregulowana – od lat mamy podpisaną w tej sprawie z Amerykanami umowę indemnizacyjną, która zwalnia nasz kraj z tej odpowiedzialności”. Tym samym zasugerował, że tak naprawdę wszelkie roszczenia wysuwane przez amerykańskich Żydów do restytucji mienia w Polsce są nieuprawnione – co wpisuje się w szerzoną przez niektóre środowiska narrację, że w naciskach ze strony rządu USA chodzi o zgodę na przejęcie „mienia bezspadkowego” przez bliżej nieokreślone organizacje żydowskich oszustów.
Nie jest to całkiem prawda, o czym można przekonać się, zerkając do tej umowy, a konkretnie do jej załącznika (str. 6). Wynika z niego, że umowa ta dotyczy jedynie roszczeń obywateli USA (i niektórych amerykańskich osób prawnych) istniejących w momencie przejęcia mienia przez państwo polskie. Czyli nie dotyczy na przykład takich sytuacji:
– Obywatel polski (np. Żyd) przeżył II wojnę światową, wyjechał do USA, ale otrzymał obywatelstwo USA już po przejęciu jego mienia przez państwo polskie, a jego spadkobiercy – obywatele USA – wysuwają do tego mienia roszczenia.
– Obywatel polski (np. Żyd) został zamordowany podczas II wojny światowej, a jego spadkobiercą został krewny mieszkający w USA, który nie miał jeszcze obywatelstwa amerykańskiego i uzyskał je dopiero po przejęciu mienia zamordowanego przez państwo polskie, a teraz on lub jego spadkobiercy wysuwają do tego mienia roszczenia jako obywatele USA.
– Spadkobierca obywatela polskiego (np. Żyda) zamordowanego podczas II wojny światowej, niebędący obywatelem USA, sprzedał prawa do roszczeń obywatelowi USA już po przejęciu mienia zamordowanego przez państwo polskie.
– Roszczenia do mienia wysuwa spadkobierca obywatela polskiego (np. Żyda) zamordowanego podczas II wojny światowej, który nabył spadek wprawdzie jeszcze przed znacjonalizowaniem mienia przez państwo polskie, ale ma podwójne obywatelstwo amerykańskie i polskie, i wysuwa roszczenia jako obywatel polski.
Takich roszczeń może być sporo. Poza tym uprawnione (z punktu widzenia poszanowania prawa własności) roszczenia mogą wysuwać również ci spadkobiercy polskich Żydów zamordowanych w Holokauście, którzy mieszkają w innych krajach, choćby w Izraelu – i to nierzadko jako obywatele polscy. Nie jest więc prawdą, że po mienie pozostałe po ofiarach Holokaustu, lub rekompensaty z tytułu jego utracenia, wyciągają ręce jedynie oszuści.
Wydaje mi się niestety, że wypowiedź premiera wpisuje się w tzw. oczekiwania społeczne. Bo większość Polaków nie jest potomkami polskich, ani tym bardziej żydowskich właścicieli i nie mogłaby oczekiwać żadnej restytucji mienia ani zadośćuczynienia. Za to może sobie wyobrażać, że jeśli by do takiej restytucji doszło, to państwo będzie miało mniej pieniędzy dla nich – na szkoły, leczenie czy program „Rodzina 500+”. Albo każe zapłacić im większe podatki. Albo odda na cele tej restytucji kamienicę komunalną, w której mieszkają.
Choć tak naprawdę państwo posiada majątek, który mogłoby przeznaczyć na restytucję bez zabierania czegokolwiek komukolwiek: państwowe grunty rolne, lasy, inne nieruchomości, bogactwa naturalne, akcje spółek. Ale wielu ludzi po prostu identyfikuje się z państwem – identyfikacja z agresorem? – i jeśli państwo miałoby tu coś oddać, to odczuwa to tak, jakby miano zabrać im samym, nawet, jeśli faktycznie nic z tego nie mają.
Można więc przypuścić, że nie będzie żadnej restytucji mienia ani zadośćuczyniania, nie tylko oszustom, ale i prawowitym właścicielom czy ich spadkobiercom. Nadal będą obowiązywały ustawy i dekrety z czasów stalinowskich i gomułkowskich, żeby zadowolić część społeczeństwa o komunistycznej mentalności, krzyczącą, że Polska nie jest nikomu nic winna, a już na pewno Żydom.
No chyba, że naciski ze strony USA i innych państw będą na tyle silne, by wymusić na polskim rządzie sprawiedliwą ustawę reprywatyzacyjną.
Dlatego spadkobiercy byłych właścicieli w Polsce, a także polskie środowiska broniące poszanowania prywatnej własności powinny tu stanąć nie po stronie rządu polskiego, ale po stronie rządu amerykańskiego i prawowitych spadkobierców ofiar Holokaustu. Zaznaczając jednocześnie, że nikt nie ma szczególnego tytułu do mienia, w przypadku którego brak jest spadkobierców.

Obietnice Roberta Biedronia

Luty 3rd, 2019

Dowiedziałem się wreszcie, co konkretnie obiecuje Robert Biedroń.
Robert Biedroń obiecuje, że dofinansuje budowę 10 milionów mieszkań z „europejskiego programu mieszkaniowego” i zapewni bezpłatne przejazdy lądowym transportem publicznym młodym ludziom w całej Unii Europejskiej. Jak rozumiem, ma zapłacić za to Unia – ciekawe, czy o tym wie? 🙂
Robert Biedroń obiecuje, że państwowe spółki zostaną odpartyjnione, a media publiczne staną się niezależne dzięki wybieraniu ich władz przez komisje niezależne od polityków. Ciekawe – bo tego już nie napisał – w jaki sposób będą wybierane te komisje i w jaki sposób ma być zapewniona ich niezależność od polityków? 🙂
Robert Biedroń obiecuje wprowadzenie bezpłatnego dostępu do Internetu w całej Polsce. Ciekawe, czy wie, że taki dostęp (dla 99% mieszkańców Polski) oferowany jest już od 2011 r. przez spółkę Aero2 i ma być oferowany do końca bieżącego roku? 🙂
Robert Biedroń obiecuje, że powoła komisję sprawiedliwości i pojednania, która przeprowadzi audyt stanu praworządności w Polsce i zbada nadużycia prawa, których dopuścili się funkcjonariusze publiczni w latach 2015–2019. Ciekawe, czemu tylko w tym okresie? 🙂
Robert Biedroń obiecuje, że zwiększone wpływy podatkowe dzięki aktywizacji zawodowej nowych osób dadzą „3 miliardy złotych dla budżetu”, zapewniając jednocześnie, że do 2035 roku zostaną zamknięte wszystkie kopalnie i elektrownie węglowe (choć zarazem 200 tysięcy osób spośród górników i pracowników elektrowni ma otrzymać pracę w sektorze odnawialnych źródeł energii), płaca minimalna za rok będzie wynosiła 2700 zł, a za pięć lat już 3500 zł brutto, a program 500+ zostanie rozszerzony. O sposobach aktywizacji zawodowej nowych osób nic nie wspomina, poza inkubatorami startupów w każdej gminie i 3,5 miliarda złotych rocznie wsparcia na inwestycje innowacyjne. Ciekawe, czy policzył, że dodatkowe 3 miliardy zł wpływów do budżetu państwa z PIT wymagałoby aktywizacji zawodowej ok. 3 milionów nowych ludzi zarabiających 2700 zł brutto, a jeśli za „budżet” przyjąć również ZUS, NFZ i budżety samorządów, nie ograniczając się do PIT – ponad 300 tysięcy nowych osób? I w jaki sposób chce to zrealizować? 🙂

Nikt nie wygasił polskiego przemysłu

Styczeń 31st, 2019

Zauważyłem, że wiele osób hołduje poglądowi, jakoby polska transformacja gospodarcza po zakończeniu epoki PRL polegała m. in. na likwidacji niemal całego polskiego przemysłu, w interesie, oczywiście, zachodnich (przede wszystkim niemieckich) korporacji i państw, którym przeszkadzała polska konkurencja. Taką tezę wygłosił np. kilkanaście dni temu Rafał Ziemkiewicz, komentując korzystanie przez polskie elektrownie z importowanego węgla: „Odzyskawszy suwerenność zrobiliśmy taką „transformację”, żeby „wygasić” (…) prawie cały przemysł”. Taką tezę głosił przed ostatnimi wyborami do Sejmu również Paweł Kukiz, twierdząc nawet, że polityka unijna wciąż zmierza do tego, by „wygasić polski przemysł”. W 2015 roku, po ogłoszeniu planów ówczesnego rządu na temat likwidacji części kopalń (wtedy użyto właśnie słowa „wygaszenie”) wiele osób, zwłaszcza związanych z prawicą, przypominało, że od upadku PRL „wygaszono” ponad 600 dużych polskich zakładów przemysłowych. Na Facebooku wciąż krążą memy z długą listą zlikwidowanych przedsiębiorstw. Przekaz jest jasny: dużą część polskiego przemysłu, mimo wszystko kwitnącego w czasach PRL, celowo zniszczono, a resztę sprzedano obcym. Pozostało niewiele i zła Unia na czele ze złymi Niemcami próbuje zlikwidować i to.
A jak jest naprawdę? Wystarczy zerknąć na dane GUS i inne dane statystyczne.
Wg danych GUS za 2017 r. w Polsce było wówczas 70860 przedsiębiorstw zatrudniających 10 lub więcej pracowników, z przychodami ok. 3,34 bln zł i zatrudnieniem ok. 5,7 mln osób. Z tego przemysł to były 21103 przedsiębiorstwa z przychodami 1,5 bln zł i zatrudnieniem 2,5 mln osób.
Do tego dochodziło ponad 2 mln mikroprzedsiębiorstw z przychodami 141,7 mld zł, z czego przemysł stanowił niecałe 10%.
Ale może należy to wszystko do właścicieli zagranicznych? Otóż nie. Wg danych GUS za 2017 r. przedsiębiorstw z kapitałem zagranicznym (w tym tych poniżej 10 pracowników) było ok. 22,1 tys., z przychodami ok. 1,54 bln zł i zatrudnieniem niecałe ok. 2 mln osób. Z czego przemysł to była niecała połowa, z przychodami poniżej 700 mld zł.
Należy dodać, że Polska wg danych CIA należy do najbardziej uprzemysłowionych państw w Europie, a nawet na świecie. Udział przemysłu w PKB Polski przekracza 40%. Jest to mniej więcej tyle samo co w Chinach, więcej niż w tradycyjnie uprzemysłowionych Czechach, sporo więcej niż w Niemczech czy Rosji, dużo więcej niż we Francji. W Europie wyższy wskaźnik mają jedynie (minimalnie) Białoruś oraz Serbia, a na świecie głównie państwa opierające swoją gospodarkę na wydobyciu ropy naftowej. Jest to wprawdzie nieco mniej, niż w 1989 r., ale nie świadczy to o gospodarczym cofnięciu się – to, że Serbia, Wenezuela czy Korea Północna mają wyższy (nieco) udział przemysłu w PKB nie oznacza ich wyższego rozwoju.
PKB Polski wynosił w 2017 ponad 526 mld dolarów i był ośmiokrotnie większy niż w 1990 r. (kiedy to wynosił ok. 66 mld dolarów w przeliczeniu na dolary z 2017 r.). Z uwzględnieniem siły nabywczej różnica była ok. pięciokrotna.
Z udziału przemysłu w PKB Polski wynika, że polski przemysł w 2017 r. wytworzył ponad trzykrotnie więcej niż cała polska gospodarka w 1990 r., a uwzględniając siłę nabywczą – prawie dwukrotnie więcej. Jeśli wziąć pod uwagę same tylko przedsiębiorstwa przemysłowe z kapitałem polskim, to biorąc pod uwagę ich udział w przychodach sektora przemysłowego ogółem i uwzględniając siłę nabywczą wytworzyły one w 2017 r. mniej więcej tyle, co cała polska gospodarka w 1990 r. – i oczywiście znacznie więcej (ponad dwukrotnie) tyle, co ówczesny przemysł.
Prawdą jest natomiast, że w polskim przemyśle pracuje dziś dużo mniej ludzi niż przed 1990 r., co świadczy jedynie o tym, jak niską wydajność miała praca zatrudnionych w nim w tamtych czasach. Zmieniła się też jego struktura – mniejszy udział ma np. górnictwo.
Nie jest owszem wykluczone, że zmarnowano potencjał niektórych przedsiębiorstw, a niektóre inne przy okazji transformacji zniszczono po to, by ktoś mógł sobie zarobić. Ale ogólnie polskiego przemysłu jak widać wcale nie „wygaszono”. Produkuje więcej, stanowi pokaźną część polskiej gospodarki i wcale w większości nie należy do obcych.

Jeszcze bardziej karać nienawistników?

Styczeń 17th, 2019

Ponad 70 osób – w tym były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz, były europoseł Marek Migalski, dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau Piotr Cywiński oraz wielu dziennikarzy (ze szczególnym uwzględnieniem tych związanych z pismami „Liberté!” i „Więź”) – zaapelowało o „przyjęcie ustawy zapobiegającej i penalizującej mowę nienawiści w przestrzeni publicznej”, „wzorem innych krajów europejskich”.
Rozumiem, że dotychczasowe przepisy kodeksu karnego, penalizujące nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość (art. 256 kk), a także nawoływanie do popełnienia przestępstwa lub pochwalanie go (art. 255 kk) uważają oni za niewystarczające. Pytanie, co jeszcze w takim razie według nich miałoby być karane?
Z treści ich apelu tego nie można wywnioskować. Ale ja pamiętam rozmaite wcześniejsze pomysły rozszerzania zakresu przepisów karzących za „mowę nienawiści”. Na przykład w 2011 roku Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita” proponowało karać za samo rozpowszechnianie informacji, które mogą doprowadzić do „szerzenia nienawiści lub pogardy na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, płeć, tożsamość płciową, wiek, niepełnosprawność bądź orientację seksualną”. Czyli w zasadzie za informowanie o wszelkich negatywnych zjawiskach, bo przecież wielu ludzi za takie zjawiska obwinia różne kozły ofiarne – czy to Żydów, czy imigrantów, czy homoseksualistów, czy też Kościół i katolików i każda taka informacja może rozniecić wśród nich nienawiść. Nie mówiąc już o informowaniu o negatywnych zjawiskach, z którymi jakoś związane byłyby określone grupy np. etniczne czy religijne (np. zamachy dokonywane przez muzułmanów, kradzieże dokonywane przez Cyganów, zbrodniarze stalinowscy pochodzenia żydowskiego itp.).
A w 2012 roku posłowie Platformy Obywatelskiej zaproponowali karanie za nawoływanie do nienawiści z powodu m. in. przynależności politycznej. Czyli w praktyce nielegalna mogłaby okazać się jakakolwiek ostrzejsza krytyka polityków czy ugrupowań politycznych mająca na celu wzbudzenie do nich wrogości czy niechęci (bo to właśnie oznacza „nawoływanie do nienawiści”).
Oba projekty wtedy upadły, bo jednak politycy nie zdecydowali się na tak radykalne ograniczenie wolności słowa. Czy sygnatariuszom wymienionego wyżej apelu chodzi o to, by do nich wrócić?

„Sto razy Sierpem” już w sprzedaży

Styczeń 8th, 2019

Ebook z wyborem moich tekstów dostępny już w Ebookowie, a także w księgarniach Empik, ebookpoint, PWN, Gandalf i Legimi.

Zwolennicy silnych samców

Grudzień 27th, 2018

Ponad rok temu napisałem (na swoim prywatnym profilu na Facebooku, więc nie każdy to tutaj pewnie czytał):
„Tak sobie myślę, że zarówno prawicowość, jak i lewicowość to przedłużenie postaw z lat dzieciństwa.
Prawicowcy w skrytości ducha marzą, by w społeczeństwie panowały porządki takie, jak na podwórku albo w nieformalnej hierarchii szkolnej, gdzie rządziły brutalne byczki przy pomocy swoich przydupasów, a słabeuszami i ofermami się pogardzało. Lewicowcy z kolei boją się brutali i chcą, by istniała jakaś dobra pani, której mogliby się na nich skarżyć i która by ich chroniła.
Oczywiście jest to przykrywane różnymi ideologiami, ale te postawy – prawicowy kult siły i lewicową wiarę w opiekuńczą władzę – można spod nich zauważyć.
No i są jeszcze tacy, którzy wyrośli z wiary w dobrą panią i nie chcą dać sobą pomiatać brutalom. Uważają, że można się im przeciwstawiać wspólnie, bez pani. Ale niestety mało kto ich słucha”.
No i teraz można zobaczyć, że – przynajmniej, jeśli chodzi o prawicę – ideologiczne maski zaczynają spadać. Pan Janusz Korwin-Mikke napisał ostatnio bez ogródek: „jeśli kraj ma wygrać z innymi, musi być rządzony przez osobników z jajami! Przez machos, mających wysoki poziom testosteronu”. Zaznaczył także, że nie chodzi o samo zwycięstwo w wyborach, ale przede wszystkim o odrzucenie „obłędnej ideologii”, której „istotnym składnikiem” jest równość płci. Czyli nie chodzi o żaden wolny rynek, niskie podatki czy wolność osobistą, a nawet wartości chrześcijańskie – ale o zachowanie, czy też przywrócenie, porządku, w którym rządzą silni machos i nikt nie kwestionuje ich wyższości.
I to nie jest żaden pojedynczy wyskok lidera partii KORWiN. Wystarczy zobaczyć, ile czasu i wysiłku nie tylko zwolennicy tej partii, ale cała tzw. antysystemowa prawica poświęcają atakom na feministki, gejów, „ideologię gender” – wszystko to, co zagraża dominacji silnych samców. Wystarczy zobaczyć, jacy politycy są jej bohaterami: raczej nie szwajcarscy, irlandzcy, nowozelandzcy, którzy dzięki liberalnym reformom doprowadzili do dobrobytu i względnej wolności w tych krajach. Ich nazwisk nikt nie zna. Rzadko wspomina się o księciu Janie Adamie II czy nawet Margaret Thatcher lub Ronaldzie Reaganie. Idolami polskiej antysystemowej prawicy są prędzej Jair Bolsonaro (którego p. Korwin-Mikke wychwala właśnie za to, że jest jawnym homofobem i niepochlebnie wyraża się o kobietach), Władimir Putin, Baszar al-Assad, przywódcy Komunistycznej Partii Chin czy nawet prezydent Filipin Rodrigo Duterte, z którego rozkazu zabito już tysiące ludzi w lokalnej „wojnie z narkotykami”. Bo to są silni samcy.
Tak się składa, że ja nigdy nie byłem silnym samcem. Jako dzieciak nie byłem „byczkiem”. W szkole podstawowej byłem najmłodszy i może najsłabszy w klasie (bo byłem dwie klasy „do przodu” w stosunku do wieku). Panoszenie się „byczków” mi nie pasowało. Może dlatego nigdy nie byłem i nie jestem prawicowcem. Prawicowość – kult brutalnej siły – mnie razi i w pewnym stopniu budzi we mnie lęk. (Ale z wiary w „dobrą panią” też wyrosłem, nie jestem też lewicowcem).
Pytanie, czy jest wystarczająco dużo takich jak ja, którzy nie chcą dać sobą pomiatać ani brutalom, ani „opiekuńczej” władzy? Czy są w stanie stworzyć „trzecią siłę”?

Spisek na rzecz żydowskich pomarańcz

Grudzień 19th, 2018

Od paru dni na Facebooku krążą memy dotyczące planowanej podwyżki VAT na soki owocowe i jednoczesnej obniżki VAT na cytrusy. Według tych memów obniżka dotyczy VAT na cytrusy z Izraela, a podwyżka – VAT na soki z Polski. Sugestia jest jasna – to antypolski żydowski spisek!
Tymczasem prawda jest taka, że planowana obniżka VAT na cytrusy (i inne owoce tropikalne, patrz informacja Ministerstwa Finansów) do jednolitej stawki 5% (stosowanej obecnie dla owoców pochodzenia krajowego) będzie (w sprzedaży detalicznej) dotyczyć owoców sprowadzanych skądkolwiek – nie tylko z Izraela, ale również np. z Ameryki Południowej, Afryki, Dalekiego Wschodu, Turcji czy południowej Europy. Udział Izraela jest tu zresztą znikomy – o ile łączny import owoców cytrusowych do Polski w 2016 roku (ze wszystkich krajów) wyniósł 416562 tys. dolarów, o tyle całkowity import żywności (a więc nie tylko cytrusów) z Izraela do Polski w tamtym roku wyniósł 33034 tys. dolarów (źródło). Czyli wartość importu wszelkiej żywności z Izraela jest ponad 12 razy mniejsza od wartości importu cytrusów z całego świata.
A planowana podwyżka VAT na soki do stawki 23% będzie dotyczyć oczywiście tak soków polskich, jak i importowanych. Rozumiem, że słusznie protestują tu polscy rolnicy, obawiający się zmniejszenia sprzedaży owoców w wyniku wzrostu cen soków i zmniejszenia popytu. Rozumiem, że wkurzeni są ci konsumenci, którzy na soki wydają więcej niż na cytrusy. Ale po co sugerować tu jakieś żydowski spisek, zamiast powiedzieć po prostu, że to polski rząd jeszcze bardziej chce złupić Polaków?
Chodzi o rozniecenie dla jakichś celów nienawiści do Żydów, czy raczej wykorzystanie już istniejącej?

Sto razy Sierpem, czyli ebook

Grudzień 16th, 2018

Co mają ze sobą wspólnego Andrzej Rzepliński, Marek Jurek, Joanna Senyszyn, Janusz Korwin-Mikke, Grzegorz Kołodko, Andrzej Sadowski, Krzysztof Łoziński, Paweł Kukiz, Adrian Zandberg, Janusz Palikot, Marek Magierowski, Jeremi Mordasewicz, Robert Tekieli, Jacek Żakowski, Tomasz Sommer, Dominika Wielowieyska, Lech Jęczmyk, Wojciech Orliński, Piotr Szumlewicz, Kinga Dunin, Maria Szyszkowska, Mirosław Orzechowski i Andrzej Wajda? To, że z każdym z nich w swoim czasie polemizowałem, lub krytykowałem jego wypowiedzi. Czasami było to jeszcze zanim dane nazwisko zrobiło się głośne.
A teraz te wszystkie polemiki i krytykę można przeczytać w jednym miejscu.
Postanowiłem wybrać sto swoich tekstów z lat 1996-2018 i opublikować je w formie ebooka.
Dostać tego ebooka (w formacie EPUB i MOBI – na każdym czytniku lub w odpowiedniej aplikacji powinno dać się poprawnie otworzyć przynajmniej jedną z tych wersji) może aktualnie każdy, kto zechce zostać moim Patronem na Patronite.pl. Zachęcam do wspierania w ten sposób mojej działalności i twórczości publicystycznej.
W kolejnym etapie ebook będzie dostępny do kupienia w księgarniach internetowych.

Francuzi protestują, Polacy świętują

Listopad 25th, 2018

Francuzi wychodzą ostatnio w setkach tysięcy ludzi na ulice, by zaprotestować przeciwko podwyżce akcyzy na paliwo.
Polacy wyszli ostatnio w setkach tysięcy ludzi na ulice, by poświętować stulecie odzyskania niepodległości państwa w towarzystwie przedstawicieli rządu, który systematycznie wprowadza nowe podatki i opłaty. Przeciwko akcyzie na paliwo nie protestują, choć przeciętny Polak może za swoją pensję kupić mniej więcej połowę tej ilości paliwa, co przeciętny Francuz.
Dla wychodzącego dziś na ulicę Francuza ważna jest zawartość jego własnej kieszeni i to, w jakim stopniu państwo go zdoła ograbić.
Dla wychodzącego dziś na ulicę Polaka ważne jest to, że może pomachać biało-czerwoną flagą w towarzystwie mu podobnych i poczuć wspólnotę z nimi oraz z państwem.
Nie, jako Polak nie jestem dumny z tego, że setki tysięcy Polaków pomaszerowały w Marszu Niepodległości. Byłbym dumny z tego, gdyby setki tysięcy Polaków wyszły na ulice – OK, niekoniecznie blokując ruch, bo to jednak utrudnia życie innym ludziom – z żądaniami obniżenia akcyzy na paliwo. Albo VAT. Albo podniesienia kwoty wolnej od podatku dochodowego. Albo zniesienia abonamentu radiowo-telewizyjnego. Albo opłaty emisyjnej doliczanej do kosztu paliwa.
Albo nawet w sprawach niepodatkowych, takich jak sprzeciw wobec planów cenzurowania Internetu zawartych w projektach dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym (popularnie zwanej #ACTA2).
Bo to świadczyłoby o tym, że dla wielu Polaków liczy się ich wolność i własność, a nie tylko to, że mieszkają w państwie o nazwie „Polska” oraz czują wspólnotę z tym państwem, husarzami, powstańcami warszawskimi i Żołnierzami Wyklętymi oraz sobą nawzajem.
Ale jak się mi wydaje, to ostatnie większości Polaków od dłuższego czasu wystarcza. Dlatego bez specjalnego protestu przyjmują kolejne ograniczenia wolności i dają się ograbiać. Bo to przecież „dla Polski”, czyli „dla nas”.
Tak działa mentalność nacjonalistyczna.
Mentalność nacjonalistyczna jest zaprzeczeniem mentalności wolnościowej. No chyba, że klasę rządzącą wyrzuci się poza obręb narodu i nazwie np. Żydami albo zdrajcami. Ale to ryzykowne podejście, bo każdego można łatwo nazwać zdrajcą albo Żydem, prawdziwym Polakiem może łatwo okazać się jedynie zwolennik jedynie słusznego wodza, a po usunięciu „Żydów” i „zdrajców” grabienie i zniewalanie społeczeństwa i tak będzie nadal trwało.
Dlatego mieszanie idei wolnościowych z nacjonalizmem, co od pewnego czasu stało się w Polsce modne, uważam za nieporozumienie.

Radny Kałuża i demokracja płynna

Listopad 22nd, 2018

Wojciech Kałuża, radny Sejmiku Województwa Śląskiego wybrany z listy Koalicji Obywatelskiej (z rekomendacji Nowoczesnej) postanowił zmienić front i za obietnicę fotela wicemarszałka poparł PiS. Tym samym PiS uzyskało w sejmiku większość jednego głosu i może rządzić w województwie.
Tym samym radny Kałuża pokazał, gdzie ma 25109 wyborców, którzy na niego głosowali jako na „jedynkę” na liście KO, w nadziei, że głosują przeciwko PiS.
Oczywiście, to, że politycy po wyborach pokazują, że mają w tym miejscu swoich wyborców, jest rzeczą powszechną, a nawet nagminną. I nie powinno już nikogo dziwić. Dość rzadko zdarza się to jednak w tak jawnej formie, w postaci oficjalnego przekupienia stołkiem i zdrady na rzecz głównego politycznego przeciwnika.
A czemu się zdarza? Bo wyborcy nie mogą w takim przypadku wycofać już swojego poparcia. Oczywiście w następnych wyborach mogą już na takiego polityka nie zagłosować, ale przez kilka lat może on cieszyć się stanowiskiem oraz liczyć na to, że w kolejnych wyborach wystawi go inne ugrupowanie i zagłosuje na niego inna grupa wyborców.
A wyobraźmy sobie teraz, że nie ma czegoś takiego, jak okresowe wybory i kadencje radnych (czy posłów). Zamiast tego każdy obywatel może w każdej chwili udzielić pełnomocnictwa dowolnemu politykowi i w każdej chwili to pełnomocnictwo wycofać. Przez Internet, rejestrując to w blockchainie. W radzie, sejmiku czy parlamencie w praktyce zasiadają politycy, którym udało się zebrać dużą liczbę takich pełnomocnictw, z głosem proporcjonalnym do tego, ile tych pełnomocnictw mają. Wielkość tych ciał nie jest z góry określona: jeśli kilku politykom uda się zebrać pełnomocnictwa większości obywateli, to parlament może składać się w praktyce tylko z tych kilku osób (tak jak w wielu spółkach akcyjnych liczą się w praktyce tylko duzi akcjonariusze). Jednak obywatele mogą z dnia na dzień wycofać swoje pełnomocnictwa i przerzucić je na kogoś innego. Utrata zaufania obywateli skutkuje „karą” natychmiastową: polityk dziś „rozdający karty” może stoczyć się w krótkim czasie w polityczny niebyt.
W takim systemie (nazywa się on demokracją płynną) taki pan Kałuża, zdobywszy pełnomocnictwa 25 tysięcy obywateli, raczej nie zaryzykuje wolty takiej, jaką dzisiaj zrobił. No, chyba, że są to jego ślepo oddani zwolennicy – w innym przypadku jutro może okazać się, że ma zero pełnomocnictw i jest na „rynku politycznym” zupełnie bezwartościowy (pełnomocnictw od dotychczasowych przeciwników politycznych raczej nie może się spodziewać, bo ci przecież udzielili je już bardziej sprawdzonym kandydatom).
Taki system premiowałby polityków przewidywalnych dla obywateli i zasadniczo dotrzymujących obietnic. No, ale właśnie z tego powodu raczej nie zostanie wprowadzony.