Francuzi protestują, Polacy świętują

Listopad 25th, 2018

Francuzi wychodzą ostatnio w setkach tysięcy ludzi na ulice, by zaprotestować przeciwko podwyżce akcyzy na paliwo.
Polacy wyszli ostatnio w setkach tysięcy ludzi na ulice, by poświętować stulecie odzyskania niepodległości państwa w towarzystwie przedstawicieli rządu, który systematycznie wprowadza nowe podatki i opłaty. Przeciwko akcyzie na paliwo nie protestują, choć przeciętny Polak może za swoją pensję kupić mniej więcej połowę tej ilości paliwa, co przeciętny Francuz.
Dla wychodzącego dziś na ulicę Francuza ważna jest zawartość jego własnej kieszeni i to, w jakim stopniu państwo go zdoła ograbić.
Dla wychodzącego dziś na ulicę Polaka ważne jest to, że może pomachać biało-czerwoną flagą w towarzystwie mu podobnych i poczuć wspólnotę z nimi oraz z państwem.
Nie, jako Polak nie jestem dumny z tego, że setki tysięcy Polaków pomaszerowały w Marszu Niepodległości. Byłbym dumny z tego, gdyby setki tysięcy Polaków wyszły na ulice – OK, niekoniecznie blokując ruch, bo to jednak utrudnia życie innym ludziom – z żądaniami obniżenia akcyzy na paliwo. Albo VAT. Albo podniesienia kwoty wolnej od podatku dochodowego. Albo zniesienia abonamentu radiowo-telewizyjnego. Albo opłaty emisyjnej doliczanej do kosztu paliwa.
Albo nawet w sprawach niepodatkowych, takich jak sprzeciw wobec planów cenzurowania Internetu zawartych w projektach dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym (popularnie zwanej #ACTA2).
Bo to świadczyłoby o tym, że dla wielu Polaków liczy się ich wolność i własność, a nie tylko to, że mieszkają w państwie o nazwie „Polska” oraz czują wspólnotę z tym państwem, husarzami, powstańcami warszawskimi i Żołnierzami Wyklętymi oraz sobą nawzajem.
Ale jak się mi wydaje, to ostatnie większości Polaków od dłuższego czasu wystarcza. Dlatego bez specjalnego protestu przyjmują kolejne ograniczenia wolności i dają się ograbiać. Bo to przecież „dla Polski”, czyli „dla nas”.
Tak działa mentalność nacjonalistyczna.
Mentalność nacjonalistyczna jest zaprzeczeniem mentalności wolnościowej. No chyba, że klasę rządzącą wyrzuci się poza obręb narodu i nazwie np. Żydami albo zdrajcami. Ale to ryzykowne podejście, bo każdego można łatwo nazwać zdrajcą albo Żydem, prawdziwym Polakiem może łatwo okazać się jedynie zwolennik jedynie słusznego wodza, a po usunięciu „Żydów” i „zdrajców” grabienie i zniewalanie społeczeństwa i tak będzie nadal trwało.
Dlatego mieszanie idei wolnościowych z nacjonalizmem, co od pewnego czasu stało się w Polsce modne, uważam za nieporozumienie.

Radny Kałuża i demokracja płynna

Listopad 22nd, 2018

Wojciech Kałuża, radny Sejmiku Województwa Śląskiego wybrany z listy Koalicji Obywatelskiej (z rekomendacji Nowoczesnej) postanowił zmienić front i za obietnicę fotela wicemarszałka poparł PiS. Tym samym PiS uzyskało w sejmiku większość jednego głosu i może rządzić w województwie.
Tym samym radny Kałuża pokazał, gdzie ma 25109 wyborców, którzy na niego głosowali jako na „jedynkę” na liście KO, w nadziei, że głosują przeciwko PiS.
Oczywiście, to, że politycy po wyborach pokazują, że mają w tym miejscu swoich wyborców, jest rzeczą powszechną, a nawet nagminną. I nie powinno już nikogo dziwić. Dość rzadko zdarza się to jednak w tak jawnej formie, w postaci oficjalnego przekupienia stołkiem i zdrady na rzecz głównego politycznego przeciwnika.
A czemu się zdarza? Bo wyborcy nie mogą w takim przypadku wycofać już swojego poparcia. Oczywiście w następnych wyborach mogą już na takiego polityka nie zagłosować, ale przez kilka lat może on cieszyć się stanowiskiem oraz liczyć na to, że w kolejnych wyborach wystawi go inne ugrupowanie i zagłosuje na niego inna grupa wyborców.
A wyobraźmy sobie teraz, że nie ma czegoś takiego, jak okresowe wybory i kadencje radnych (czy posłów). Zamiast tego każdy obywatel może w każdej chwili udzielić pełnomocnictwa dowolnemu politykowi i w każdej chwili to pełnomocnictwo wycofać. Przez Internet, rejestrując to w blockchainie. W radzie, sejmiku czy parlamencie w praktyce zasiadają politycy, którym udało się zebrać dużą liczbę takich pełnomocnictw, z głosem proporcjonalnym do tego, ile tych pełnomocnictw mają. Wielkość tych ciał nie jest z góry określona: jeśli kilku politykom uda się zebrać pełnomocnictwa większości obywateli, to parlament może składać się w praktyce tylko z tych kilku osób (tak jak w wielu spółkach akcyjnych liczą się w praktyce tylko duzi akcjonariusze). Jednak obywatele mogą z dnia na dzień wycofać swoje pełnomocnictwa i przerzucić je na kogoś innego. Utrata zaufania obywateli skutkuje „karą” natychmiastową: polityk dziś „rozdający karty” może stoczyć się w krótkim czasie w polityczny niebyt.
W takim systemie (nazywa się on demokracją płynną) taki pan Kałuża, zdobywszy pełnomocnictwa 25 tysięcy obywateli, raczej nie zaryzykuje wolty takiej, jaką dzisiaj zrobił. No, chyba, że są to jego ślepo oddani zwolennicy – w innym przypadku jutro może okazać się, że ma zero pełnomocnictw i jest na „rynku politycznym” zupełnie bezwartościowy (pełnomocnictw od dotychczasowych przeciwników politycznych raczej nie może się spodziewać, bo ci przecież udzielili je już bardziej sprawdzonym kandydatom).
Taki system premiowałby polityków przewidywalnych dla obywateli i zasadniczo dotrzymujących obietnic. No, ale właśnie z tego powodu raczej nie zostanie wprowadzony.

Ksiądz profesor Guz i czary

Listopad 20th, 2018

Niejaki ks. prof. Tadeusz Guz, wykraczając poza swoje dziedziny (jest teologiem i filozofem), powiedział coś takiego: „My wiemy, kochani państwo, że tych faktów, jakimi były mordy rytualne, nie da się z historii wymazać. Dlaczego? Dlatego, że my, polskie państwo, w naszych archiwach, w ocalałych dokumentach, mamy na przestrzeni różnych wieków – wtedy, kiedy Żydzi żyli razem z naszym narodem polskim – my mamy prawomocne wyroki po mordach rytualnych”.
To mniej więcej tak samo, jakby powiedział: „Tego faktu, jakimi były czary, nie da się z historii wymazać. Dlaczego? Dlatego, ze w archiwach na całym świecie mamy prawomocne wyroki po uprawianiu czarów”.
No bo skoro dawne wyroki za mordy rytualne mają być jego zdaniem dowodem na faktyczne zdarzanie się mordów rytualnych, to dawne wyroki za uprawianie czarów (których jest o wiele więcej) powinny być uznane za dowód na faktyczne uprawianie czarów, w tym np. magiczne roznoszenie chorób, odbieranie mleka krowom, orgie z czartami na sabatach czy tworzenie z koniczyny żywych koników polnych (coś takiego też znalazło się w aktach).
Czy ks. prof. Guz uważa, że czary są faktem?
Trzeba jednak zaznaczyć, że różnica między stwierdzeniem ks. prof. na temat mordów rytualnych a hipotetycznym stwierdzeniem na temat czarów jest taka, że ostatni samosąd na terenie dzisiejszej Polski na domniemanej czarownicy odbył się w 1836 roku, a ostatnie samosądy na domniemanych żydowskich sprawcach mordu rytualnego odbyły się w 1945 i 1946 roku – pogromy krakowski i kielecki. I zginęło w nich więcej osób.
I o ile chyba niewiele osób w Polsce wierzy obecnie w czary, to, jak się wydaje, nadal sporo ludzi w Polsce wierzy w żydowskie mordy rytualne, skoro po odcięciu się rzeczników archidiecezji lubelskiej i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego od powyższych słów ks. prof. Guza jako rozpowszechniania nieprawdy już ponad 1400 osób podpisało petycję, w której znajdują się następujące słowa: „Przyczynami żydowskich pogromów w całej Europie była właśnie ta bezczelność, okradanie społeczności, wyzysk lichwą i mordy rytualne. Kiedy w okolicach gmin żydowskich ginęły chrześcijańskie dzieci, ludność chrześcijańska w wyniku krzywdy jaką znosiła, w reakcji samoobronnej dokonywała pogromów, które były okrutne, ale nie brały się znikąd, były reakcją właśnie na takie praktyki”.
Taka współczesna polska odmiana wiary w czarnoksięstwo (w które nadal dość powszechnie wierzy się w Afryce czy Azji, i nadal morduje się domniemanych czarowników i czarownice). Wystarczy odpowiednia iskra i znów może dojść do pogromów.
Dlatego, choć ks. prof. Guz ma prawo pleść bzdury, to jednak krytyka jego słów i odcinanie się od nich KUL i archidiecezji jest rozsądne. Problem w tym, że Polska Rada Chrześcijan i Żydów, domagając się zajęcia stanowiska przez władze kościelne i uczelnię, zażądała jednocześnie „surowych kroków dyscyplinujących”. Wprawdzie kroki te nie mogą mieć postaci przemocy – uczelnia może co najwyżej odmówić dalszej współpracy, a hierarchia kościelna zastosować sankcje, których przyjęcie zależy od dobrej woli księdza – ale dało to szeregowi środowisk pretekst do mówienia o nagonce, ataku filosemitów i chęci ocenzurowania. Ks. prof. Guz ze swoim absurdalnym wywodem stał się bohaterem prawicy niosącej na sztandarach „niepoprawność polityczną”: bohaterem, który odważył powiedzieć „prawdę” o mordach rytualnych.
A wystarczyło pokazać oczywistą bzdurność jego rozumowania.
Dla porządku – obecny pogląd historyków jest taki, że mordy rytualne dokonywane przez Żydów były i są wymysłem, ponieważ nie ma na nie dowodów, a jedynie oskarżenia i zeznania wymuszone na torturach. Izraelsko-włoski historyk prof. Ariel Toaff pisał wprawdzie o używaniu krwi do pewnych obrzędów przez niektórych żydowskich sekciarzy w średniowieczu (odrzucających religijny zakaz spożywania krwi), ale w obliczu krytyki uściślił, że była to krew oddawana dobrowolnie przez żywych dawców.

Państwo nie gnije

Listopad 15th, 2018

W komentarzach do afery z KNF czytam, że „państwo gnije”. Otóż nie. Takie afery pokazują, że państwo ma się właśnie bardzo dobrze i realizuje swoją prawdziwą zasadniczą funkcję, jaką jest poszerzanie wpływów i zwiększanie zysków klasy rządzącej.
Bo w państwie w rzeczywistości chodzi właśnie o to, by zdobyć stołki dające kontrolę nad działaniami innych ludzi, a następnie je odpowiednio wykorzystywać dla własnych korzyści. Czy to legalnie, ściągając z ludzi podatki i przeznaczając je na swoje biznesy i wynagrodzenia, albo obsadzając stanowiska w zarządach i radach nadzorczych państwowych firm – czy to nielegalnie, biorąc łapówki za nieprzeszkadzanie lub przyznanie przywileju.
Owszem, jeśli ktoś myśli, że państwo powinno działać dla dobra narodu lub obywateli, to afery są jaskrawym przejawem nieprawidłowego działania. Sęk w tym, że to, co ten ktoś wyobraża sobie jako działanie prawidłowe, należy do sfery tzw. pobożnych życzeń.
Państwo tworzą ludzie, a ludzie w ogromnej większości będą działać we własnym egoistycznie rozumianym interesie. I ten interes popycha większość ludzi do sięgania po władzę oraz wykorzystywania jej w ten, a nie inny sposób.
Afery były za każdego rządu. Afera Rywina, afera Amber Gold, teraz afera KNF. To tylko niektóre. A o ilu aferach nie wiemy? Znamy prawdopodobnie tylko wierzchołek góry lodowej.
Chcecie mniej afer? To postarajcie się jeśli nie zlikwidować, to przynajmniej mocno ograniczyć państwo.

Prezydent Żuk i zgromadzenia

Październik 10th, 2018

Jakiś czas temu krytykowałem prezydenta Katowic Marcina Krupę za próbę zakazania manifestacji nacjonalistów – słusznie zresztą uchyloną przez sąd. Niestety okazuje się, że nie jest on odosobniony w swych zapędach do ograniczania wolności zgromadzeń. Prezydent Lublina Krzysztof Żuk (przynależność partyjna: Platforma Obywatelska) zakazał odbycia Marszu Równości (czyli manifestacji środowisk homo-, bi- i transseksualistów oraz ich sympatyków) oraz przy okazji zapowiadanej przez jego przeciwników kontrmanifestacji. Jako powód podał, że ich odbycie „może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach”.
Ponieważ Marsz Równości był planowany jako zgromadzenie pokojowe, a nawoływania do agresywnej konfrontacji padały co najwyżej ze strony niektórych jego przeciwników, oznacza to, że prezydent Żuk uważa, iż do tego, by czyjeś zgromadzenie zagrażało życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach, wystarczy, by ten ktoś miał agresywnych (czy uznanych za takich) wrogów. Bo mogą przyjść, napaść i wywołać zadymę. Co za tym idzie, ktoś mający agresywnych wrogów traci faktycznie prawo do zgromadzeń publicznych.
Taka interpretacja jest bardzo wygodna dla władzy chcącej zakazywać gardłowania na ulicach swoim przeciwnikom. Wystarczy, że ktoś zarejestruje przeciw nim kontrmanifestację i napisze w Internecie trochę pogróżek – i już można im zakazać demonstrowania. Bo zagrożenie życia, zdrowia lub mienia. Nieważne, że chcą demonstrować pokojowo i że istnieje taka instytucja jak policja, na którą wszyscy przymusowo płacimy podatki i której ustawowym obowiązkiem jest „ochrona bezpieczeństwa i porządku publicznego, w tym zapewnienie spokoju w miejscach publicznych”.
Oczywiście Marsze Równości odbywały się już w wielu miastach (niedawno w Katowicach), zwykle towarzyszyły im kontrmanifestacje i nigdzie nie było zagrożenia życia, zdrowia lub mienia w znacznych rozmiarach. Tak, że można podejrzewać, iż prawdziwą przyczyną decyzji prezydenta Żuka było to, że zbliżają się wybory i warto powalczyć o głosy homofobów.
Co ciekawe, decyzję prezydenta podtrzymał Sąd Okręgowy (będzie jeszcze apelacja). Jak wynika z informacji prasowych, uzasadnił to tym, że „organizatorzy nie wskazali dokładnej liczby uczestników zgromadzenia publicznego oraz nie zapewniono wystarczającej liczby osób do służby porządkowej”. Mimo iż ustawa Prawo o zgromadzeniach nie nakłada na organizatora wprost obowiązku zapewniania służby porządkowej (ma on jedynie obowiązek podać „informację o środkach służących zapewnieniu pokojowego przebiegu zgromadzenia, o ile organizator zgromadzenia je zaplanował” – jak widać, ustawa dopuszcza możliwość, że ich nie zaplanuje), a przewidzenie dokładnej liczby uczestników nie jest z oczywistego powodu (zgromadzenie publiczne, czyli otwarte dla wszystkich) możliwe.
No ale zakaz wydał polityk Platformy Obywatelskiej, więc pewnie nie wypada robić mu wbrew.
A ja przypominam swój projekt ustawy o zgromadzeniach, promowany przez Stowarzyszenie Libertariańskie, który uniemożliwia ich zakazywanie przez władze gmin. Na razie nikt z polityków się nim nie zainteresował. Może w obliczu zakazania Marszu Równości zrobi to Robert Biedroń?

Polaków trzeba trzymać za mordę

Październik 8th, 2018

Dziennikarka Gazeta.pl Eliza Dolecka stanęła w obliczu faktu, że w większości cywilizowanych krajów Europy szczepienia są dobrowolne – za niepoddawanie się im nie grożą kary, tak jak w Polsce – a mimo to jest w nich mniej więcej równie wysoki odsetek ludzi zaszczepionych i nie wybuchają tam masowe epidemie. I jaki z tego wyciągnęła wniosek? „Cywilizowany świat nie musi”, jednak „dobrowolność nie dla Polaków”.
Bo „Polak to nie Norweg czy Fin” i nie umie stosować nawet „głupich prezerwatyw”, jak twierdzi przytaczany przez nią autorytet medyczny. Inny cytowany autorytet medyczny wyraża opinię, że „w kategorii świadomości profilaktycznej” znajdujemy się „wśród najbiedniejszych, najbardziej zacofanych lub doświadczających konfliktów zbrojnych, krajów świata”. Oczywiście, nie są przytoczone dane na poparcie tych twierdzeń, za to zilustrowane są one grafiką wymieniającą sześć krajów, w których w 2016 roku mieszkała połowa nieszczepionych dzieci na świecie: Nigerię, Indie, Pakistan, Indonezję, Etiopię i Kongo.
„Niewykluczone, że już niedługo Polacy za granicą będą obligowani do wylegitymowania się książeczką szczepień, bo zostaną uznani za imigrantów wysokiego ryzyka” – straszy pani Dolecka. W domyśle: jeżeli zostanie przyjęty obywatelski projekt ustawy wprowadzający w Polsce zasadniczą dobrowolność szczepień (znoszący kary administracyjne za odmowę poddania dziecka szczepieniu i pozostawiający możliwość wprowadzenia obowiązkowych szczepień tylko w sytuacji zagrożenia epidemią).
Jak widać, zdaniem Elizy Doleckiej i cytowanych przez nią autorytetów medycznych jesteśmy w swej masie – my, Polacy – ciemniakami podobnymi do mieszkańców biednych krajów Azji i Afryki. Troglodytami odpornymi na wiedzę i racjonalne argumenty, za to masowo wierzącymi w plotki i spiskowe teorie dziejów. Których trzeba z tego powodu trzymać za mordę.
I jak się zdaje, właśnie takie przekonanie podziela większość tych, którzy na skierowanie projektu ustawy wprowadzającej dobrowolność szczepień – rozwiązanie stosowane w 19 państwach Europejskiego Obszaru Gospodarczego (Austria, Cypr, Dania, Estonia, Finlandia, Niemcy, Grecja, Islandia, Irlandia, Liechtenstein, Litwa, Luksemburg, Holandia, Norwegia, Portugalia, Rumunia, Hiszpania, Szwecja, Wielka Brytania), nie licząc Belgii i Malty, gdzie obowiązkowe są tylko niektóre szczepienia (patrz tutaj)! – zareagowali niebywałą histerią, krzycząc o idiotyzmach, proepidemikach oraz przyrównując to do projektu zezwalającego na strzelanie do ludzi. No bo jeżeli ktoś jest przekonany, że otaczają go masy ciemnoty, że ogromna liczba Polaków szczepi swoje dzieci tylko dlatego, że istnieje przymus, i że natychmiast po jego zniesieniu przestanie to robić, co będzie skutkowało niechybnymi epidemiami groźnych chorób – to po prostu panicznie się teraz boi. I reaguje tak, jak reaguje.
I niekoniecznie tak jest tylko w przypadku szczepień.

@ > §

Październik 7th, 2018

W „Gazecie Wyborczej” narzekania na „Lex Facebook” – na to, że portal Marka Zuckerberga ustanowił sobie i egzekwuje wobec użytkowników własne reguły, bez udziału państw, w których działa. Podobnie jak inne wielkie platformy społecznościowe.
A ja zauważę, że tak jest od zarania Internetu – każde forum, czat, lista i grupa dyskusyjna, strona internetowa i blog zawsze stanowiły sobie i egzekwowały własne reguły. Czasami nawet w postaci „admin ma zawsze rację”. I uważano to za normalne. Nikt nie mówił z zaniepokojeniem o, dajmy na to „lex Wizaz.pl”, „lex Forum Libertarian”, „lex pl.soc.polityka” czy „lex Czateria”. Na czym polega różnica?
Tylko na tym, że ludziom bardziej zależy na ich wpisach i profilu na Facebooku niż na wyżej wymienionych forach, grupach i czatach. Bo mają większy zasięg, są istotniejsze dla ich komunikacji z innymi.
I dlatego nie podoba im się, że ich wpisy są czasem przez Facebooka usuwane, a ich konta dostają czasem bany.
Jednak problem nie leży w tym, że decyduje tu prywatny serwis, a nie państwo.
Przecież nie ma znaczenia, czy wpis jest usuwany, a profil dostaje bana mocą decyzji Facebooka, czy państwowego urzędnika. I czy decyduje tu regulamin Facebooka, czy przepisy ustanawiane przez państwo. Efekt jest ten sam. Ba, gdyby decydowało tu państwo, to konsekwencje mogłyby być dla użytkowników bardziej przykre. Bo Facebook może jedynie usunąć wpis albo dać bana. A państwo może jeszcze nałożyć grzywnę albo skazać na ograniczenie wolności, pozbawienie wolności, a nawet (nie w Polsce) na śmierć. Co zresztą czasami robi. Ale robi tylko w tych przypadkach, gdy informacja o naruszeniu jego reguł do niego dotrze i zdoła zidentyfikować autora naruszającego je wpisu.
Wyobraźmy sobie, że Facebook byłby serwisem państwowym i jego bazy danych byłyby bezpośrednio monitorowane przez polską policję. W każdym przypadku, gdy dziś Facebook daje bana za „mowę nienawiści” czy „obrazę uczuć religijnych”, byłby gotowy materiał dowodowy do wszczęcia z urzędu postępowania karnego. I duża część tych postępowań kończyłaby się skazaniem. Plus jeszcze znieważanie prezydenta, konstytucyjnych organów państwa, funkcjonariuszy publicznych, flagi i godła…
Może jednak z punktu widzenia wolności słowa lepiej, że w praktyce w większości przypadków decyduje „lex Facebook”, a nie „lex RP”?
Problem leży gdzie indziej. Leży w tym, że – jak zresztą zauważyła jedna z osób cytowanych w artykule „GW” – w przypadku Facebooka „wyrok” wydaje maszyna, a nie człowiek. Bo sprawdzanie takiej liczby treści przekracza możliwości ludzi. A maszyna jest omylna, ma problemy z rozpoznawaniem kontekstu. No i Facebook w słabym stopniu ma wdrożone procedury minimalizujące niesprawiedliwe „wyroki”.
Ale jeśli ktoś myśli, że narzucenie tu reguł państwa coś pomoże, to się myli. Bo państwa – i struktury ponadpaństwowe – idą właśnie w kierunku akceptacji metod stosowanych obecnie przez Facebooka, czyli wydawania „wyroków” przez maszyny. Projekt dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym faktycznie wymusza to na wszystkich dużych platformach, czyniąc je odpowiedzialnymi za treści naruszające prawa autorskie zamieszczane przez ich użytkowników – zawsze, a nie jak dotąd tylko w przypadku, gdy nie usuną ich po ich wskazaniu. Nakazuje to również projekt unijnych regulacji w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu w internecie treści o charakterze terrorystycznym.
To ja jednak mimo wszystko nadal wolę „lex Facebook”. Tradycyjne reguły prywatne w Internecie (@) od reguł państwowych (§). Bo w ostateczności z Facebooka można przenieść się gdzie indziej, na któryś z istniejących konkurencyjnych serwisów lub nowy – tak jak kiedyś ludzie przenosili się na Facebooka z MySpace czy Naszej Klasy. Ale od reguł narzuconych przez państwo, albo tym bardziej przez Unię Europejską czy porozumienia międzynarodowe, nie ma ucieczki, chyba że do darknetu.
@ > §!

Pan szuka sponsora :)

Październik 4th, 2018

Fanpage na Facebooku mam od kilku lat. Bloga od 2007 roku. Wcześniej miałem stronę internetową, której „snapshoty” dostępne są jeszcze w archiwum Internetu (najstarszy, z 1998 roku, tutaj), a fragmenty zarchiwizowane na Polskim Wiki Wolnościowym. Jeszcze wcześniej, w czasach „przedinternetowych”, publikowałem w anarchistycznych pisemkach, takich jak „Mać Pariadka” oraz tzw. zinach i innej niszowej prasie.
Już prawie 30 lat komentuję rzeczywistość i promuję idee wolnościowe.
Nigdy jednak nie brałem na serio możliwości, by ktoś mi za to pisanie płacił. Owszem, sporadycznie zdarzało się, że wysłałem tekst do gazety, która płaciła wierszówki, ale były to sumy raczej symboliczne i nie pieniądze były powodem pisania tego tekstu.
No, ale teraz coraz popularniejszy staje się crowdfunding i ludzie ponoć płacą za to, że ktoś zamieszcza swoje wypociny i przemyślenia w Internecie. Znaczy, sponsorują autora. Są jego mikromecenasami. (Co by nie mówić, jest to uczciwsze niż wymuszanie pieniędzy przy pomocy państwowego monopolu zwanego majątkowymi prawami autorskimi).
No więc, skoro tak, to czemu nie spróbować? Założyłem sobie w końcu profil na Patronite.pl – i można odtąd oficjalnie mnie sponsorować, wpłacając po 5, 10 lub nawet 20 złotych.
Jeśli jakieś pieniądze będą wpływać, to stanie się to pewnie bodźcem do częstszego pisania. Bo okazuje się, że zarabianie na życie zaczyna niestety pochłaniać coraz większą część mojego czasu.
A jak nie będą wpływać? To trudno, przeżyję – przeżyłem bez tego prawie 30 lat 🙂

Mundury bez kamer, czyli bezkarność policji

Wrzesień 25th, 2018

W grudniu zeszłego roku ówczesny minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak ogłosił wyposażenie policjantów w kamery umieszczane na mundurach, pozwalające na monitorowanie działań funkcjonariuszy. Na razie w ramach programu pilotażowego w Warszawie oraz województwach podlaskim i dolnośląskim. Łącznie 180 urządzeń. Minister Błaszczak nie omieszkał przy okazji przypomnieć, że zakup tych kamer był możliwy dzięki temu, że państwo uchwaliło program modernizacji służb mundurowych i przeznaczyło na niego ponad 9 miliardów złotych.
Jak jednak się okazuje, policjanci przesłuchujący chłopaka zatrzymanego na poznańskiej komendzie takich kamer do dziś nie otrzymali. Bo inaczej z pewnością nie odważyłby się on oskarżyć ich publicznie o pobicie: „Byłem przetrzymywany w małym pomieszczeniu w piwnicy, bez monitoringu. Tam mogli mnie bezkarnie bić i poniżać. Zostałem uderzony dwa razy w tył głowy, raz mnie przewrócili, przycisnęli kolanem twarz do podłogi, wyginali mi dłonie”.
Na ulicy, gdzie został on zatrzymany, monitoring jednak był, wskutek czego policjanci nie mogli postawić mu zarzutu ani jazdy rowerem po chodniku, ani oddawania moczu w miejscu publicznym. Oczywiście nie mogli też postawić zarzutu kradzieży roweru (co było pretekstem do kontroli), bo rower był jego własnością. No ale że monitoring na ulicy nie nagrywa dźwięku, to postawili mu w końcu zarzut „lżenia i obrażania funkcjonariusza”.
Podsumujmy. Policja może zatrzymać każdego do kontroli pod dowolnym pretekstem, następnie zawieźć na komendę, pobić bez świadków i w braku dowodów postawić mu zarzut znieważania funkcjonariusza, na który zawsze znajdzie się świadek – drugi funkcjonariusz.
Dlaczego? Bo:
1) Policjanci (oraz pomieszczenia komendy) nie są obowiązkowo, na mocy przepisów ustawowych wyposażeni w trakcie służby w kamery nagrywające obraz i dźwięk, nagrania z których byłyby archiwizowane przez niezależną instytucję – czego domagają się od dawna aktywiści akcji „Kamery na mundury”.
2) Istnieje przepis o ściganiu z urzędu znieważenia funkcjonariusza publicznego, który czyni oskarżenie o to bardzo łatwym – policjantom wystarczy zgłosić to do prokuratury, podczas gdy znieważenie kogoś przez policjanta wymaga oskarżenia prywatnego. (Jakiś czas temu Stowarzyszenie Libertariańskie opublikowało mój projekt ustawy znoszący m. in. ten przepis).
Czas to zmienić.

Cyberinwigilacja – w 2011 skandal, w 2018 norma

Wrzesień 23rd, 2018

W 2011 roku ówczesne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zgłosiło do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju projekt „Autonomiczne narzędzia wspomagające zwalczanie cyberprzestępczości”, mający na celu opracowanie między innymi „narzędzi umożliwiających niejawne i zdalne uzyskiwanie dostępu do zapisu na informatycznym nośniku danych, treści przekazów nadawanych i odbieranych oraz ich utrwalanie”. NCBiR ogłosiło konkurs na opracowanie tych narzędzi (wpisując to jako jeden z tematów do konkursu 1/2011 w ramach obronności i bezpieczeństwa państwa) – inaczej mówiąc trojanów i spyware wykradających dane z komputera użytkownika i przesyłających je do policji lub ABW.
Zrobił się skandal, bo prawo wówczas nie pozwalało wprost na stosowanie takich narzędzi, co przyznało samo MSWiA. O sprawie pisały wszystkie media – od Gazety Wyborczej przez Onet, Wirtualną Polskę, Wprost, Niezależną, wPolityce.pl, po prasę branżową taką jak PCWorld, Dziennik Internautów, Komputer Świat. „MSWiA chce kontrolować nasze komputery”, „MSWiA szykuje cyberinwigilację”, „Totalna inwigilacja służb pod rządami Tuska”, „Rok 1984 w 2011” – to tylko niektóre tytuły. Pośrednio się do tego wtedy przyczyniłem, zainteresowując sprawą Stowarzyszenie Blogmedia24.pl i pisząc dla niego projekty pism, które skierowało ono wtedy do MSWiA i ABW, sekretarza stanu w KPRM Julii Pitery, a następnie prokuratury, uznając, że jest to przestępstwo z art. 269b kodeksu karnego. Ostatecznie prokuratura umorzyła śledztwo, uznając, że nie było podstaw sądzić, że te narzędzia miały być wykorzystywane nielegalnie. A w konkursie NCBiR z tego tematu nikt nie zakwalifikował się do dofinansowania.
Potem z opublikowanych w 2015 r. informacji w serwisie zaufanatrzeciastrona.pl okazało się, że CBA kupiło i co najmniej od 2012 r. używało podobnego oprogramowania – włoskiego oprogramowania szpiegowskiego RCS, produkowanego przez firmę Hacking Team. Interesowały się nim również policja, ABW i SKW. Oznacza to, że wbrew wcześniejszemu stanowisku MSWiA najwyraźniej naciągnięto przepisy o kontroli operacyjnej i uznano, że sformułowanie, iż polega ona m. in. na „stosowaniu środków technicznych umożliwiających uzyskiwanie w sposób niejawny informacji i dowodów oraz ich utrwalanie, a w szczególności treści rozmów telefonicznych i innych informacji przekazywanych za pomocą sieci telekomunikacyjnych” zezwala na takie praktyki.
Potem przyszła „dobra zmiana” i w 2016 roku policja i inne służby otrzymały w tzw. ustawie inwigilacyjnej już całkowicie legalną możliwość podrzucania trojanów i spyware oraz uzyskiwania tą drogą danych, w ramach kontroli operacyjnej. Do ustaw regulujących ich działanie dodano sformułowanie, że kontrola operacyjna polega m. in. na „uzyskiwaniu i utrwalaniu danych zawartych w informatycznych nośnikach danych, telekomunikacyjnych urządzeniach końcowych, systemach informatycznych i teleinformatycznych”. Tak więc to, co za czasów PO było stosowane przez CBA na granicy prawa, za czasów PiS jest używane już zupełnie zgodnie z prawem.
No i teraz mamy informację, że CBA kupiło kolejne oprogramowanie szpiegowskie – najprawdopodobniej izraelskiego Pegasusa. Żeby podrzucać trojany na smartfony. I używa go.
Wprawdzie legalnie może robić to tylko w celach kontroli operacyjnej, czyli w przypadku podejrzeń o korupcję. Ale o korupcję można podejrzewać każdego, a w „niecierpiących zwłoki” przypadkach do zrządzenia takiej kontroli nie jest wymagana wcześniejsza zgoda sądu. Przez 5 dni może być to bez zgody sądu. Potem wprawdzie ustawa nakazuje zniszczenie zebranych w ten sposób materiałów, ale jak to z całą pewnością sprawdzić?
Ciekawe też, gdzie jeszcze trafiają informacje zbierane przez CBA przy pomocy zagranicznego spyware? Bo przecież mogą być w nim „tylne furtki” np. dla służb innych państw.
No i ciekawe, czym obecnie dysponują inne służby i policja?
Ale nie to jest najistotniejsze. Najistotniejsze jest to, że to, co w 2011 roku było skandalem dla wszystkich od lewa do prawa, nazywane „cyberinwigilacją” i „rokiem 1984”, w 2018 roku jest już właściwie uważane za normalne – co najwyżej opozycja wytknie, że na oprogramowanie szpiegowskie wydano pieniądze z funduszu dla ofiar przestępstw. Tak zmieniła się Polska przez te siedem lat.