Puste strony starych gazet

Marzec 25th, 2019

Ogólnopolskie dzienniki, takie jak np. „Rzeczpospolita”, „Fakt”, „Gazeta Wyborcza” czy „Dziennik Gazeta Prawna” ukazały się dziś z pustymi stronami tytułowymi. Dlaczego? Bo domagają się, by polscy europosłowie poparli w głosowaniu (które będzie prawdopodobnie za dwa dni) projekt dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, czyli tzw. „ACTA2”.
Projekt, który w aktualnym kształcie zmusza portale społecznościowe do sprawdzania i cenzurowania wszystkich treści zamieszczanych przez ich użytkowników, w celu uniknięcia odpowiedzialności za ewentualne zamieszczenie przez któregoś z nich treści naruszającej czyjeś (np. właśnie tych dzienników) prawa autorskie.
Łączna jednorazowa sprzedaż wszystkich ogólnopolskich dzienników (w formie zarówno papierowej, jak i elektronicznej) to obecnie nieco ponad 600 tysięcy (a wraz z regionalnymi nieco ponad 800 tysięcy) egzemplarzy (dane można sprawdzić tu). I stopniowo spada – jeszcze kilkanaście lat temu było to ponad półtora miliona.
Dla porównania, liczba polskich użytkowników Facebooka czy Youtube to ok. 20 milionów. Z serwisów polskich – Wykop ma 9,5 mln użytkowników, CDA.pl – 5 milionów użytkowników, Chomikuj.pl – 3,5 mln, Demotywatory.pl – ok. 2 milionów, Joemonster.org – 1,5 mln, a Kwejk – ok. miliona.
Czyli biznes zarabiający na dostarczaniu informacji kilku procentom Polaków (nawet jeśli przyjąć, że jeden egzemplarz czytają średnio trzy osoby, to nie jest to więcej niż 5-6%) chce, by cenzurowano aktywność internetową większości Polaków. A oprócz tego – większości mieszkańców Unii Europejskiej.
Politycy – czyj interes będzie dla was ważniejszy? Większości Polaków korzystających z serwisów społecznościowych, czy odchodzącej powoli w niebyt branży?

Konfederacja, czyli wolność to niewola

Marzec 19th, 2019

„Ja dzisiaj opowiadam się za penalizacją aktywności homoseksualnej jako takiej. (…) Wystąpię z takim wnioskiem, zobaczymy, jak zostanie on przyjęty na forum Parlamentu Europejskiego” – to słowa Grzegorza Brauna, lidera jednego z ugrupowań tworzących komitet wyborczy Konfederacja Korwin Braun Liroy Narodowcy, w wywiadzie dla internetowej telewizji wRealu24 (fragment od minuty 7. do 10.).
Inaczej mówiąc, pan Braun domaga się karania ludzi przez państwo po prostu za to, że uprawiają seks z osobami tej samej płci. Tak, jak było za Stalina, Chruszczowa i Breżniewa w ZSRR (gdzie homoseksualiści siedzieli w więzieniach i obozach koncentracyjnych), za Hitlera w Niemczech (tak samo) czy w Wielkiej Brytanii jeszcze niedługo po II wojnie światowej, gdy skazano i w efekcie doprowadzono do samobójstwa wybitnego (i zasłużonego dla wysiłku wojennego przez wkład w łamanie niemieckich szyfrów) matematyka Alana Turinga.
(Przy okazji – coś takiego jest sprzeczne z polską tradycją, nawet w przypadku Polski przedrozbiorowej udokumentowane przypadki skazywania za homoseksualizm są bardzo rzadkie, a po odzyskaniu niepodległości karalność homoseksualizmu jako takiego istniała jedynie dopóty, dopóki obowiązywały kodeksy karne zaborców – i nie była specjalnie egzekwowana poza przypadkami prostytucji).
Wymieniony wyżej komitet wyborczy nazywany jest przez wielu jego zwolenników i niektórych liderów „wolnościowym” czy „koalicją wolnościowców”. Jak widać, słowo „wolność” nabiera tu powoli nowego znaczenia i postulat karania za stosunki homoseksualne jako takie jest, oprócz protekcjonizmu gospodarczego (zawartego wprost w programie Ruchu Narodowego), walki z imigracją, sprzeciwu wobec zwrotu mienia zagrabionego przez PRL osobom pochodzenia żydowskiego oraz żartobliwie rzuconego postulatu wprowadzenia „bykowego”, ważnym elementem tworzącym tę nową wolność.
„Wolność to niewola. Ignorancja to siła”.

Haracz dla dzieciatych

Luty 23rd, 2019

Program „Rodzina 500+” zostanie rozszerzony na pierwsze dziecko i to już od 1 lipca. Zapowiedział tak Jarosław Kaczyński na konwencji PiS. A ponieważ za takim rozwiązaniem opowiedziała się wcześniej także Platforma Obywatelska oraz partia Roberta Biedronia, można przypuszczać, że będzie obowiązywał on w takiej formie przez najbliższe kilka, a może kilkanaście lat.
40 miliardów złotych rocznie na program Rodzina 500+.
Oznacza to, że każdy pracujący w Polsce będzie średnio przeznaczał na ten cel rocznie (bezpośrednio lub pośrednio) ok. 2400 zł, a proporcjonalnie do zarobków – około dwóch trzecich swojego miesięcznego wynagrodzenia netto.
Mam prawie pięćdziesiąt lat. Jestem singlem. Nie mam dzieci i szansa na to, bym je kiedykolwiek miał jest prawie zerowa. Zresztą nie planuję mieć dzieci.
Oznacza to, że 2/3 moich miesięcznych zarobków „na rękę” rocznie państwo zabiera przymusowo na cel, z którego nigdy nie skorzystam. Owszem, na inne cele – np. emerytury, edukację, infrastrukturę komunikacyjną. media publiczne czy lecznictwo – może zabierać jeszcze więcej, ale w tym przypadku mam przynajmniej świadomość, że z tego korzystam, mam szansę skorzystać lub kiedyś skorzystałem – czyli z mojego punktu widzenia coś mam przynajmniej w zamian.
A w tym przypadku czuję się dosłownie tak, jakbym płacił haracz mafii. Nawet gorzej, bo od mafii też coś zwykle się dostaje – ochronę przed mniejszymi gangami. Tu nie dostaję i nigdy nie dostanę nic. Równie dobrze mógłbym płacić na budowę Wielkiej Piramidy Kaczyńskiego (czy Schetyny, czy Biedronia).
I nie przekonują mnie argumenty, że ktoś będzie musiał wytwarzać dobra, z których będę korzystał na emeryturze. Jest mi zupełnie obojętne, czy będą je wytwarzać Polacy, Hindusi czy roboty. Pełnej automatyzacji wytwarzania dóbr pewnie się nie doczekam, ale liczba ludności świata nadal rośnie i to szybko. Jak będzie zbyt mało polskich rąk do pracy, pojawią się zagraniczne.
Zresztą już widać, że program „Rodzina 500+” praktycznie nie wpływa na rodzenie się większej liczby dzieci, a jeśli wpływa, to w stopniu znikomym.
Czyli tak naprawdę płacę haracz na to, by politycy mieli czym przekupić wyborców mających dzieci. Albo po prostu haracz dla tych, którzy mają dzieci. Klasy obecnie uprzywilejowanej w Polsce.
A za to mam bardziej dziadowską publiczną „służbę zdrowia”, bardziej kiepskie drogi i w perspektywie niższą niż mogłaby być emeryturę. Już nie mówię o tym, że państwo mogłoby mi tych pieniędzy nie zabierać i mógłbym sobie np. pojechać za nie na dłuższe wakacje.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wychowywanie dzieci kosztuje. Ale urodzenie dziecka to, poza skrajnymi przypadkami, wybór. Jeden woli nie mieć dzieci, a za to np. mieć więcej oszczędności na koncie, lepszy samochód, jeździć sobie na lepsze wakacje, lepiej jeść, mieć kilka kotów lub psów – a drugi woli mieć dziecko lub dzieci. Dlaczego wybór tego drugiego ma być finansowany przez tego pierwszego? A odwrotnie nie?

Oddać Żydom, oddać Polakom

Luty 18th, 2019

„Oczekiwania, aby Polska zadośćuczyniła za niemieckie zbrodnie oparte są na fundamentalnym nieporozumieniu”powiedział premier Mateusz Morawiecki zapytany o skomentowanie wypowiedzi sekretarza stanu USA wzywającej do restytucji prywatnej własności „tych, którzy utracili ją w czasach Holokaustu”. Innymi słowy, premier Morawiecki uważa, że jeśli Niemcy podczas II wojny światowej skonfiskowali czyjąś własność lub po prostu zamordowali jej właściciela, a po wojnie państwo polskie tę własność przejęło – to nie ma obowiązku zwracać jej spadkobiercom tego właściciela.
To tak, jakby bandyci napadli Kowalskiego i Malinowskiego, zabili Malinowskiego, zabrali jego portfel z pieniędzmi, a Kowalski wdał się z nimi w walkę i ten portfel z częścią pieniędzy odzyskał, po czym powiedział synowi Malinowskiego: „oczekiwania, bym zadośćuczynił ci za zbrodnie bandytów oddając ci pozostałe pieniądze ojca oparte są na nieporozumieniu”.
Poszanowanie prywatnej własności level zero – używając nowoczesnego slangu.
Z takim podejściem rząd Polski nadal będzie pracował na opinię Polski jako kraju, który może i nie współpracował z Niemcami w przeprowadzeniu Holokaustu (to da się obronić), ale na pewno na nim skorzystał. Nawet jeśli w rzeczywistości uprawnionych (z punktu widzenia poszanowania własności prywatnej) roszczeń do mienia po ofiarach Holokaustu nie ma aż tak dużo, bo w wielu wypadkach spadkobiercy po prostu nie istnieją.
Gorzej, że (wbrew temu, co niektórzy myślą) roszczenia żydowskie – po ofiarach Holokaustu i ocalałych z niego – stanowią tylko część roszczeń pośrednio związanych z czasami wojny.
Bo mienie podczas II wojny Niemcy zabierali nie tylko Żydom, ale i Polakom. A potem państwo polskie przejmowało je w tymczasowy zarząd i na mocy (nadal obowiązujących!) ustaw i dekretów z 1946 r. i 1958 r. – nacjonalizowało. Czasem za urzędowo ustalonym odszkodowaniem, głównie w papierach wartościowych (Encyklopedia PWN podaje, że odszkodowania otrzymali tylko właściciele zagraniczni, w ogólnej wysokości ok. 200 mln dolarów), czasem bez.
Wypowiedź premiera można więc rozumieć tak, że państwo nie poczuwa się do zadośćuczynienia również spadkobiercom tych Polaków, bo przecież bezpośrednią przyczyną jego utracenia były tu niemieckie zbrodnie.
Mateusz Morawiecki wspomniał przy okazji, że „sprawa zwrotu mienia obywatelom amerykańskim pochodzenia żydowskiego jest zresztą całkowicie uregulowana – od lat mamy podpisaną w tej sprawie z Amerykanami umowę indemnizacyjną, która zwalnia nasz kraj z tej odpowiedzialności”. Tym samym zasugerował, że tak naprawdę wszelkie roszczenia wysuwane przez amerykańskich Żydów do restytucji mienia w Polsce są nieuprawnione – co wpisuje się w szerzoną przez niektóre środowiska narrację, że w naciskach ze strony rządu USA chodzi o zgodę na przejęcie „mienia bezspadkowego” przez bliżej nieokreślone organizacje żydowskich oszustów.
Nie jest to całkiem prawda, o czym można przekonać się, zerkając do tej umowy, a konkretnie do jej załącznika (str. 6). Wynika z niego, że umowa ta dotyczy jedynie roszczeń obywateli USA (i niektórych amerykańskich osób prawnych) istniejących w momencie przejęcia mienia przez państwo polskie. Czyli nie dotyczy na przykład takich sytuacji:
– Obywatel polski (np. Żyd) przeżył II wojnę światową, wyjechał do USA, ale otrzymał obywatelstwo USA już po przejęciu jego mienia przez państwo polskie, a jego spadkobiercy – obywatele USA – wysuwają do tego mienia roszczenia.
– Obywatel polski (np. Żyd) został zamordowany podczas II wojny światowej, a jego spadkobiercą został krewny mieszkający w USA, który nie miał jeszcze obywatelstwa amerykańskiego i uzyskał je dopiero po przejęciu mienia zamordowanego przez państwo polskie, a teraz on lub jego spadkobiercy wysuwają do tego mienia roszczenia jako obywatele USA.
– Spadkobierca obywatela polskiego (np. Żyda) zamordowanego podczas II wojny światowej, niebędący obywatelem USA, sprzedał prawa do roszczeń obywatelowi USA już po przejęciu mienia zamordowanego przez państwo polskie.
– Roszczenia do mienia wysuwa spadkobierca obywatela polskiego (np. Żyda) zamordowanego podczas II wojny światowej, który nabył spadek wprawdzie jeszcze przed znacjonalizowaniem mienia przez państwo polskie, ale ma podwójne obywatelstwo amerykańskie i polskie, i wysuwa roszczenia jako obywatel polski.
Takich roszczeń może być sporo. Poza tym uprawnione (z punktu widzenia poszanowania prawa własności) roszczenia mogą wysuwać również ci spadkobiercy polskich Żydów zamordowanych w Holokauście, którzy mieszkają w innych krajach, choćby w Izraelu – i to nierzadko jako obywatele polscy. Nie jest więc prawdą, że po mienie pozostałe po ofiarach Holokaustu, lub rekompensaty z tytułu jego utracenia, wyciągają ręce jedynie oszuści.
Wydaje mi się niestety, że wypowiedź premiera wpisuje się w tzw. oczekiwania społeczne. Bo większość Polaków nie jest potomkami polskich, ani tym bardziej żydowskich właścicieli i nie mogłaby oczekiwać żadnej restytucji mienia ani zadośćuczynienia. Za to może sobie wyobrażać, że jeśli by do takiej restytucji doszło, to państwo będzie miało mniej pieniędzy dla nich – na szkoły, leczenie czy program „Rodzina 500+”. Albo każe zapłacić im większe podatki. Albo odda na cele tej restytucji kamienicę komunalną, w której mieszkają.
Choć tak naprawdę państwo posiada majątek, który mogłoby przeznaczyć na restytucję bez zabierania czegokolwiek komukolwiek: państwowe grunty rolne, lasy, inne nieruchomości, bogactwa naturalne, akcje spółek. Ale wielu ludzi po prostu identyfikuje się z państwem – identyfikacja z agresorem? – i jeśli państwo miałoby tu coś oddać, to odczuwa to tak, jakby miano zabrać im samym, nawet, jeśli faktycznie nic z tego nie mają.
Można więc przypuścić, że nie będzie żadnej restytucji mienia ani zadośćuczyniania, nie tylko oszustom, ale i prawowitym właścicielom czy ich spadkobiercom. Nadal będą obowiązywały ustawy i dekrety z czasów stalinowskich i gomułkowskich, żeby zadowolić część społeczeństwa o komunistycznej mentalności, krzyczącą, że Polska nie jest nikomu nic winna, a już na pewno Żydom.
No chyba, że naciski ze strony USA i innych państw będą na tyle silne, by wymusić na polskim rządzie sprawiedliwą ustawę reprywatyzacyjną.
Dlatego spadkobiercy byłych właścicieli w Polsce, a także polskie środowiska broniące poszanowania prywatnej własności powinny tu stanąć nie po stronie rządu polskiego, ale po stronie rządu amerykańskiego i prawowitych spadkobierców ofiar Holokaustu. Zaznaczając jednocześnie, że nikt nie ma szczególnego tytułu do mienia, w przypadku którego brak jest spadkobierców.

Obietnice Roberta Biedronia

Luty 3rd, 2019

Dowiedziałem się wreszcie, co konkretnie obiecuje Robert Biedroń.
Robert Biedroń obiecuje, że dofinansuje budowę 10 milionów mieszkań z „europejskiego programu mieszkaniowego” i zapewni bezpłatne przejazdy lądowym transportem publicznym młodym ludziom w całej Unii Europejskiej. Jak rozumiem, ma zapłacić za to Unia – ciekawe, czy o tym wie? 🙂
Robert Biedroń obiecuje, że państwowe spółki zostaną odpartyjnione, a media publiczne staną się niezależne dzięki wybieraniu ich władz przez komisje niezależne od polityków. Ciekawe – bo tego już nie napisał – w jaki sposób będą wybierane te komisje i w jaki sposób ma być zapewniona ich niezależność od polityków? 🙂
Robert Biedroń obiecuje wprowadzenie bezpłatnego dostępu do Internetu w całej Polsce. Ciekawe, czy wie, że taki dostęp (dla 99% mieszkańców Polski) oferowany jest już od 2011 r. przez spółkę Aero2 i ma być oferowany do końca bieżącego roku? 🙂
Robert Biedroń obiecuje, że powoła komisję sprawiedliwości i pojednania, która przeprowadzi audyt stanu praworządności w Polsce i zbada nadużycia prawa, których dopuścili się funkcjonariusze publiczni w latach 2015–2019. Ciekawe, czemu tylko w tym okresie? 🙂
Robert Biedroń obiecuje, że zwiększone wpływy podatkowe dzięki aktywizacji zawodowej nowych osób dadzą „3 miliardy złotych dla budżetu”, zapewniając jednocześnie, że do 2035 roku zostaną zamknięte wszystkie kopalnie i elektrownie węglowe (choć zarazem 200 tysięcy osób spośród górników i pracowników elektrowni ma otrzymać pracę w sektorze odnawialnych źródeł energii), płaca minimalna za rok będzie wynosiła 2700 zł, a za pięć lat już 3500 zł brutto, a program 500+ zostanie rozszerzony. O sposobach aktywizacji zawodowej nowych osób nic nie wspomina, poza inkubatorami startupów w każdej gminie i 3,5 miliarda złotych rocznie wsparcia na inwestycje innowacyjne. Ciekawe, czy policzył, że dodatkowe 3 miliardy zł wpływów do budżetu państwa z PIT wymagałoby aktywizacji zawodowej ok. 3 milionów nowych ludzi zarabiających 2700 zł brutto, a jeśli za „budżet” przyjąć również ZUS, NFZ i budżety samorządów, nie ograniczając się do PIT – ponad 300 tysięcy nowych osób? I w jaki sposób chce to zrealizować? 🙂

Nikt nie wygasił polskiego przemysłu

Styczeń 31st, 2019

Zauważyłem, że wiele osób hołduje poglądowi, jakoby polska transformacja gospodarcza po zakończeniu epoki PRL polegała m. in. na likwidacji niemal całego polskiego przemysłu, w interesie, oczywiście, zachodnich (przede wszystkim niemieckich) korporacji i państw, którym przeszkadzała polska konkurencja. Taką tezę wygłosił np. kilkanaście dni temu Rafał Ziemkiewicz, komentując korzystanie przez polskie elektrownie z importowanego węgla: „Odzyskawszy suwerenność zrobiliśmy taką „transformację”, żeby „wygasić” (…) prawie cały przemysł”. Taką tezę głosił przed ostatnimi wyborami do Sejmu również Paweł Kukiz, twierdząc nawet, że polityka unijna wciąż zmierza do tego, by „wygasić polski przemysł”. W 2015 roku, po ogłoszeniu planów ówczesnego rządu na temat likwidacji części kopalń (wtedy użyto właśnie słowa „wygaszenie”) wiele osób, zwłaszcza związanych z prawicą, przypominało, że od upadku PRL „wygaszono” ponad 600 dużych polskich zakładów przemysłowych. Na Facebooku wciąż krążą memy z długą listą zlikwidowanych przedsiębiorstw. Przekaz jest jasny: dużą część polskiego przemysłu, mimo wszystko kwitnącego w czasach PRL, celowo zniszczono, a resztę sprzedano obcym. Pozostało niewiele i zła Unia na czele ze złymi Niemcami próbuje zlikwidować i to.
A jak jest naprawdę? Wystarczy zerknąć na dane GUS i inne dane statystyczne.
Wg danych GUS za 2017 r. w Polsce było wówczas 70860 przedsiębiorstw zatrudniających 10 lub więcej pracowników, z przychodami ok. 3,34 bln zł i zatrudnieniem ok. 5,7 mln osób. Z tego przemysł to były 21103 przedsiębiorstwa z przychodami 1,5 bln zł i zatrudnieniem 2,5 mln osób.
Do tego dochodziło ponad 2 mln mikroprzedsiębiorstw z przychodami 141,7 mld zł, z czego przemysł stanowił niecałe 10%.
Ale może należy to wszystko do właścicieli zagranicznych? Otóż nie. Wg danych GUS za 2017 r. przedsiębiorstw z kapitałem zagranicznym (w tym tych poniżej 10 pracowników) było ok. 22,1 tys., z przychodami ok. 1,54 bln zł i zatrudnieniem niecałe ok. 2 mln osób. Z czego przemysł to była niecała połowa, z przychodami poniżej 700 mld zł.
Należy dodać, że Polska wg danych CIA należy do najbardziej uprzemysłowionych państw w Europie, a nawet na świecie. Udział przemysłu w PKB Polski przekracza 40%. Jest to mniej więcej tyle samo co w Chinach, więcej niż w tradycyjnie uprzemysłowionych Czechach, sporo więcej niż w Niemczech czy Rosji, dużo więcej niż we Francji. W Europie wyższy wskaźnik mają jedynie (minimalnie) Białoruś oraz Serbia, a na świecie głównie państwa opierające swoją gospodarkę na wydobyciu ropy naftowej. Jest to wprawdzie nieco mniej, niż w 1989 r., ale nie świadczy to o gospodarczym cofnięciu się – to, że Serbia, Wenezuela czy Korea Północna mają wyższy (nieco) udział przemysłu w PKB nie oznacza ich wyższego rozwoju.
PKB Polski wynosił w 2017 ponad 526 mld dolarów i był ośmiokrotnie większy niż w 1990 r. (kiedy to wynosił ok. 66 mld dolarów w przeliczeniu na dolary z 2017 r.). Z uwzględnieniem siły nabywczej różnica była ok. pięciokrotna.
Z udziału przemysłu w PKB Polski wynika, że polski przemysł w 2017 r. wytworzył ponad trzykrotnie więcej niż cała polska gospodarka w 1990 r., a uwzględniając siłę nabywczą – prawie dwukrotnie więcej. Jeśli wziąć pod uwagę same tylko przedsiębiorstwa przemysłowe z kapitałem polskim, to biorąc pod uwagę ich udział w przychodach sektora przemysłowego ogółem i uwzględniając siłę nabywczą wytworzyły one w 2017 r. mniej więcej tyle, co cała polska gospodarka w 1990 r. – i oczywiście znacznie więcej (ponad dwukrotnie) tyle, co ówczesny przemysł.
Prawdą jest natomiast, że w polskim przemyśle pracuje dziś dużo mniej ludzi niż przed 1990 r., co świadczy jedynie o tym, jak niską wydajność miała praca zatrudnionych w nim w tamtych czasach. Zmieniła się też jego struktura – mniejszy udział ma np. górnictwo.
Nie jest owszem wykluczone, że zmarnowano potencjał niektórych przedsiębiorstw, a niektóre inne przy okazji transformacji zniszczono po to, by ktoś mógł sobie zarobić. Ale ogólnie polskiego przemysłu jak widać wcale nie „wygaszono”. Produkuje więcej, stanowi pokaźną część polskiej gospodarki i wcale w większości nie należy do obcych.

Jeszcze bardziej karać nienawistników?

Styczeń 17th, 2019

Ponad 70 osób – w tym były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz, były europoseł Marek Migalski, dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau Piotr Cywiński oraz wielu dziennikarzy (ze szczególnym uwzględnieniem tych związanych z pismami „Liberté!” i „Więź”) – zaapelowało o „przyjęcie ustawy zapobiegającej i penalizującej mowę nienawiści w przestrzeni publicznej”, „wzorem innych krajów europejskich”.
Rozumiem, że dotychczasowe przepisy kodeksu karnego, penalizujące nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość (art. 256 kk), a także nawoływanie do popełnienia przestępstwa lub pochwalanie go (art. 255 kk) uważają oni za niewystarczające. Pytanie, co jeszcze w takim razie według nich miałoby być karane?
Z treści ich apelu tego nie można wywnioskować. Ale ja pamiętam rozmaite wcześniejsze pomysły rozszerzania zakresu przepisów karzących za „mowę nienawiści”. Na przykład w 2011 roku Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita” proponowało karać za samo rozpowszechnianie informacji, które mogą doprowadzić do „szerzenia nienawiści lub pogardy na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, płeć, tożsamość płciową, wiek, niepełnosprawność bądź orientację seksualną”. Czyli w zasadzie za informowanie o wszelkich negatywnych zjawiskach, bo przecież wielu ludzi za takie zjawiska obwinia różne kozły ofiarne – czy to Żydów, czy imigrantów, czy homoseksualistów, czy też Kościół i katolików i każda taka informacja może rozniecić wśród nich nienawiść. Nie mówiąc już o informowaniu o negatywnych zjawiskach, z którymi jakoś związane byłyby określone grupy np. etniczne czy religijne (np. zamachy dokonywane przez muzułmanów, kradzieże dokonywane przez Cyganów, zbrodniarze stalinowscy pochodzenia żydowskiego itp.).
A w 2012 roku posłowie Platformy Obywatelskiej zaproponowali karanie za nawoływanie do nienawiści z powodu m. in. przynależności politycznej. Czyli w praktyce nielegalna mogłaby okazać się jakakolwiek ostrzejsza krytyka polityków czy ugrupowań politycznych mająca na celu wzbudzenie do nich wrogości czy niechęci (bo to właśnie oznacza „nawoływanie do nienawiści”).
Oba projekty wtedy upadły, bo jednak politycy nie zdecydowali się na tak radykalne ograniczenie wolności słowa. Czy sygnatariuszom wymienionego wyżej apelu chodzi o to, by do nich wrócić?

„Sto razy Sierpem” już w sprzedaży

Styczeń 8th, 2019

Ebook z wyborem moich tekstów dostępny już w Ebookowie, a także w księgarniach Empik, ebookpoint, PWN, Gandalf i Legimi.

Zwolennicy silnych samców

Grudzień 27th, 2018

Ponad rok temu napisałem (na swoim prywatnym profilu na Facebooku, więc nie każdy to tutaj pewnie czytał):
„Tak sobie myślę, że zarówno prawicowość, jak i lewicowość to przedłużenie postaw z lat dzieciństwa.
Prawicowcy w skrytości ducha marzą, by w społeczeństwie panowały porządki takie, jak na podwórku albo w nieformalnej hierarchii szkolnej, gdzie rządziły brutalne byczki przy pomocy swoich przydupasów, a słabeuszami i ofermami się pogardzało. Lewicowcy z kolei boją się brutali i chcą, by istniała jakaś dobra pani, której mogliby się na nich skarżyć i która by ich chroniła.
Oczywiście jest to przykrywane różnymi ideologiami, ale te postawy – prawicowy kult siły i lewicową wiarę w opiekuńczą władzę – można spod nich zauważyć.
No i są jeszcze tacy, którzy wyrośli z wiary w dobrą panią i nie chcą dać sobą pomiatać brutalom. Uważają, że można się im przeciwstawiać wspólnie, bez pani. Ale niestety mało kto ich słucha”.
No i teraz można zobaczyć, że – przynajmniej, jeśli chodzi o prawicę – ideologiczne maski zaczynają spadać. Pan Janusz Korwin-Mikke napisał ostatnio bez ogródek: „jeśli kraj ma wygrać z innymi, musi być rządzony przez osobników z jajami! Przez machos, mających wysoki poziom testosteronu”. Zaznaczył także, że nie chodzi o samo zwycięstwo w wyborach, ale przede wszystkim o odrzucenie „obłędnej ideologii”, której „istotnym składnikiem” jest równość płci. Czyli nie chodzi o żaden wolny rynek, niskie podatki czy wolność osobistą, a nawet wartości chrześcijańskie – ale o zachowanie, czy też przywrócenie, porządku, w którym rządzą silni machos i nikt nie kwestionuje ich wyższości.
I to nie jest żaden pojedynczy wyskok lidera partii KORWiN. Wystarczy zobaczyć, ile czasu i wysiłku nie tylko zwolennicy tej partii, ale cała tzw. antysystemowa prawica poświęcają atakom na feministki, gejów, „ideologię gender” – wszystko to, co zagraża dominacji silnych samców. Wystarczy zobaczyć, jacy politycy są jej bohaterami: raczej nie szwajcarscy, irlandzcy, nowozelandzcy, którzy dzięki liberalnym reformom doprowadzili do dobrobytu i względnej wolności w tych krajach. Ich nazwisk nikt nie zna. Rzadko wspomina się o księciu Janie Adamie II czy nawet Margaret Thatcher lub Ronaldzie Reaganie. Idolami polskiej antysystemowej prawicy są prędzej Jair Bolsonaro (którego p. Korwin-Mikke wychwala właśnie za to, że jest jawnym homofobem i niepochlebnie wyraża się o kobietach), Władimir Putin, Baszar al-Assad, przywódcy Komunistycznej Partii Chin czy nawet prezydent Filipin Rodrigo Duterte, z którego rozkazu zabito już tysiące ludzi w lokalnej „wojnie z narkotykami”. Bo to są silni samcy.
Tak się składa, że ja nigdy nie byłem silnym samcem. Jako dzieciak nie byłem „byczkiem”. W szkole podstawowej byłem najmłodszy i może najsłabszy w klasie (bo byłem dwie klasy „do przodu” w stosunku do wieku). Panoszenie się „byczków” mi nie pasowało. Może dlatego nigdy nie byłem i nie jestem prawicowcem. Prawicowość – kult brutalnej siły – mnie razi i w pewnym stopniu budzi we mnie lęk. (Ale z wiary w „dobrą panią” też wyrosłem, nie jestem też lewicowcem).
Pytanie, czy jest wystarczająco dużo takich jak ja, którzy nie chcą dać sobą pomiatać ani brutalom, ani „opiekuńczej” władzy? Czy są w stanie stworzyć „trzecią siłę”?

Spisek na rzecz żydowskich pomarańcz

Grudzień 19th, 2018

Od paru dni na Facebooku krążą memy dotyczące planowanej podwyżki VAT na soki owocowe i jednoczesnej obniżki VAT na cytrusy. Według tych memów obniżka dotyczy VAT na cytrusy z Izraela, a podwyżka – VAT na soki z Polski. Sugestia jest jasna – to antypolski żydowski spisek!
Tymczasem prawda jest taka, że planowana obniżka VAT na cytrusy (i inne owoce tropikalne, patrz informacja Ministerstwa Finansów) do jednolitej stawki 5% (stosowanej obecnie dla owoców pochodzenia krajowego) będzie (w sprzedaży detalicznej) dotyczyć owoców sprowadzanych skądkolwiek – nie tylko z Izraela, ale również np. z Ameryki Południowej, Afryki, Dalekiego Wschodu, Turcji czy południowej Europy. Udział Izraela jest tu zresztą znikomy – o ile łączny import owoców cytrusowych do Polski w 2016 roku (ze wszystkich krajów) wyniósł 416562 tys. dolarów, o tyle całkowity import żywności (a więc nie tylko cytrusów) z Izraela do Polski w tamtym roku wyniósł 33034 tys. dolarów (źródło). Czyli wartość importu wszelkiej żywności z Izraela jest ponad 12 razy mniejsza od wartości importu cytrusów z całego świata.
A planowana podwyżka VAT na soki do stawki 23% będzie dotyczyć oczywiście tak soków polskich, jak i importowanych. Rozumiem, że słusznie protestują tu polscy rolnicy, obawiający się zmniejszenia sprzedaży owoców w wyniku wzrostu cen soków i zmniejszenia popytu. Rozumiem, że wkurzeni są ci konsumenci, którzy na soki wydają więcej niż na cytrusy. Ale po co sugerować tu jakieś żydowski spisek, zamiast powiedzieć po prostu, że to polski rząd jeszcze bardziej chce złupić Polaków?
Chodzi o rozniecenie dla jakichś celów nienawiści do Żydów, czy raczej wykorzystanie już istniejącej?